poniedziałek, 16 marca 2026

The Finest Hour - Oudeziel, czyli to jakaś kapela ze Stanów, prawda?

Kolejne wypatrzone polskie wydawnictwo muzyczne, które nie ukrywam że trochę mnie zaskoczyło. Jak przeczytacie notkę nie będziecie mieli takiej zaskoczki jak ja, ale po kolei. Oudeziel to w miarę nowy zespół z Gdańska grający muzykę artrockową, ale muzycy występowali już wcześniej w innych projektach i mają nawet doświadczenia międzynarodowe. I powiem że to słychać. Często bowiem polskie kapele idą trochę na żywioł, szukają pomysłu jak by tu przebić się do radia, na siłę znaleźć przebój. Tworzenie projektów, w których muzycy, producent pracują nad jakąś wspólną wizją można by ze świecą szukać. 

I choć The Finest Hour to nie do końca moja muzyczna bajka - albo za dużo elektroniki, albo wokal trochę bez pazura, to jednak muszę przyznać: czuć że to jest muzyka, która bez wstydu mogłaby powstać i być grana za granicą. I przy pierwszym odsłuchu od razu bym stawiał, że to jakaś kapela ze Stanów. 

niedziela, 15 marca 2026

To był zwykły przypadek, czyli nie musimy być tacy sami

Pozwólcie że zanim napiszę o kolejnym obrazie przed wieczorem Oscarów, przypomnę Wam jeden tekst sprzed lat 8 - ZNAK wznowiło ten tytuł i powiem że przypomniałem sobie go z przyjemnością. Chodzi o biografię Zbyszka Cybulskiego, kto lubi aktora, będzie miał okazję wrócić do jego produkcji a jego samego zobaczyć w trochę innym świetle. Amant? Gwiazdor? Człowiek rozkochujący w sobie kobiety? 
***

A dziś zabieram Was do Iranu. Choć Jafar Panahi nie może kręcić u siebie, wciąż opowiada o ludziach którzy zostali w kraju, o ich emocjach i zwykle robi to bardzo celnie. 
 

Wyobraźcie sobie ludzi, którzy trafiają, niejednokrotnie bez żadnego powodu do aresztu reżimu, który oskarża ich o zdradę kraju i torturami zmusza do zeznań. Macie to? No to zapomnijcie o swoich oczekiwaniach. Bo choć ten film jest mocnym uderzeniem w autorytarny system, to jego fabuła może nieźle zaskoczyć. Chwilami miałem wrażenie że akcenty komediowe są aż przesadzone, że warto by było mocniej, bardziej poważnie. A mimo to może właśnie dlatego ostanie minuty zostają nam w głowach tak mocno, to przesłanie głęboko ludzki głos ofiar dociera do nas tak wyraźnie. 

sobota, 14 marca 2026

Miasteczko Nonstead - Marcin Mortka, czyli inspirując się najlepszymi

Marcin Mortka w niesłuchanie płodny sposób buduje i podrzuca fanom kolejne powieści, a co ważne wciąż szuka nowych pomysłów. Choć pewnie dobre pomysły warto by rozbudowywać i kontynuować, on ciągle znajduje nowe przestrzenie. Po klimatach pirackich, fantasy, legendach skandynawskich i jakichś opowieściach o wikingach, oto w ubiegłym roku pojawiła się pozycja, która może być zaskoczeniem. Tym razem bowiem nie ma w niej humoru, za to jest mrok i groza. Miasteczko Nonstead już doczekało się kontynuacji i pewnie sobie ją za jakiś czas zafunduję, bo ta opowieść, trochę w stylu Kinga czy Koontza, mimo że prosta i pełna schematów, klimat ma po prostu bombowy.   


Niewielkie miasteczko w Stanach, niczym właśnie z książek obydwu wymienionych panów, mieścina w której dzieją się dziwne rzeczy, mieszkańcy zdaje się jednak już trochę się do tego przyzwyczaili. Taki urok, że czasem wychodzą na jaw jakieś mroczne sprawy, ale ponieważ każdy coś takiego posiada, lepiej nie komentować ani nie rozmawiać na ten temat. 

Komuś z zewnątrz wydawałoby się że będzie trudno zdobyć zaufanie ludzi, a jednak główny bohater Nathaniel McCornishe - pisarz uciekający trochę przed sukcesem który go przerósł, dość szybko nawiązuje kilka kontaktów, a potem przez wplątany jest w dość naturalny sposób we wszystko co się tu dzieje. 

piątek, 13 marca 2026

Cuda za rogiem - Keigo Higashino, czyli czasem wystarczą małe gesty

Keigo Higashino poznałem niedawno i pokochałem za Podejrzanego X, z zaskoczeniem przyjmując do wiadomości, że słynie nie tylko z powieści kryminalnych. A może nie powinienem się dziwić? Wszak tamta powieść też zauroczyła mnie właśnie tym iż była oryginalna, miała mocną warstwę obyczajową, czy też kulturową. Cuda za rogiem jednak tam mocno się różnią, że mogą okazać się zaskoczeniem. Łączy je może fakt, iż prawie niewidocznymi nitkami udało się połączyć różne postacie i wątki. Tak chodziło o pragnienie pomocy kobiecie potrzebującej pomocy, a potem pewną rozgrywkę pomiędzy śledczym a sąsiadem kobiety. 
 
Cuda za rogiem wpisują się za to w pełne ciepła historie typu comfort books, gdzie nawet trudne życiowe sprawy udaje się załatwić za pomocą odrobiny życzliwości, empatii, czasem wybaczenia. Odrobina magii, otwarte serca i to wystarczy by działy się cuda. 


Tą odrobinę magii tym razem zapewni nam niewielki sklepik, którego właściciel postanowił kiedyś poza handlowaniem, udzielać też porad potrzebującym. Początkowo to miał być żart, coś raczej przyciągającego uwagę, nic na serio, jak się okazało jednak w ludziach jest głęboka potrzeba czasem poszukania anonimowo pomocy. A szczerość, życzliwość może okazać się wystarczająca by komuś pomóc.

czwartek, 12 marca 2026

A jak tam u was z prochami, czyli seriale Grupa zadaniowa i Krwawe wybrzeże

Poszukując rzeczy do oglądania nie zawsze kieruję się ocenami na Filmwebie, bo mogą wprowadzać w błąd, ale jest jeszcze inny sposób - obserwowanie rekomendacji ludzi, którzy wiesz że mają podobny gust, nie rekomendują tytułów słabych. I tak oto u Marcina Mellera wypatrzyłem na dwa starsze seriale, które w ostatnich tygodniach z przyjemnością pochłonąłem. Oba dotyczą wydziałów antynarkotykowych labo grup powołanych do spraw związanych z prochami, więc łączę je w jednej notce, może ktoś podobnie jak ja, dotąd je przegapił. 


Najpierw Grupa zadaniowa od HBO. Naprawdę miodzio! Dobrze poprowadzone historie nie tylko śledztwa prowadzonego przez funkcjonariuszy, ale i tych będących po drugiej stronie. Coś co miało być sposobem na utarcie nosa motocyklowym i narkotykowym gangom, prywatną zemstą i pomysłem na zdobycie gotówki, przerodziło się w totalną rozpierduchę i spowodowało, że ściga cię zarówno policja jak i bandziory. 

środa, 11 marca 2026

Uważaj na psychopatów, czyli dwupak kryminalny

Dziś trochę starsze tytuły ściągnięte gdzieś z półek, z drugiego rzędu, gdzie dawno nie zaglądałem. Żeby nie było że czytam same nowości. 

Lissy i nowy dla mnie autor Luca D'Andrea. Facet rozkochany w północnych Włoszech i to właśnie w górskich terenach umieszcza akcję swoich powieści. Na chłodniejsze wieczory takie rozgrzewające thrillery wielu czytelników przyjmie z radością. I pewnie Lissy może znaleźć swoich zwolenników. Choć może nie porwie szybką akcją, autor przygotował kilka niespodzianek, tajemnic, a przede wszystkim zadbał o klimat.  

Oto od bogatego mężczyzny, ucieka dużo młodsza żona. By zabezpieczyć swoją przyszłość, postanawia ukraść mu coś, co tak naprawdę nie należy do niego. Facet od lat budował swoją pozycję niekoniecznie uczciwymi metodami, a kolekcję diamentów otrzymał od ludzi tworzących tzw. konsorcjum, którzy trzęsą całą północną częścią kraju. Miał je spieniężyć, by zdobyć ich zaufanie i wejść na kolejny poziom interesów, tymczasem żona pokrzyżowała mu wszystkie plany. Należy więc ją ukarać, najlepiej razem z kochankiem, który na pewno stał za jej decyzją. 

wtorek, 10 marca 2026

Wartość sentymentalna, czyli te ściany tyle już widziały

Kolejny oscarowy gigant, bo zebrał sporo już nagród i nominacji, choć kompletnie różni się od tego co przeciętnie uznaje się za wzór hitu kinowego. Joachim Trier zafundował film trochę w stylu bergmanowskim, kameralne, surowe, pełen kotłujących się podskórnie emocji dramat psychologiczny o relacjach rodzinnych. Miłość, strata, przebaczenie - poruszając się wokół takiej triady krążymy też wokół kilkorga postaci - dwóch sióstr, które próbują poradzić sobie po śmierci matki, ojca który nagle postanowił po latach pojawić się ponownie w ich życiu. Co ważne - jego powrót to nie tylko obecność na uroczystości rodzinnej, czy porządkowanie spraw testamentowych, ale i próba uporządkowania ich relacja, choć nie mówi tego wprost.  

Starszy facet, uznany reżyser, który swój ostatni film zrobił lata temu, postanawia zrobić jeszcze jeden obraz, niejako domykający jego karierę. Całość chce nakręcić w starym domu, gdzie obie siostry się wychowały, budynku w którym pokolenia zmagały się z różnymi dramatami. Można by się domyślać, że powraca w nim do własnego dzieciństwa, do relacji z matką, jak się okazuje w tej historii jest jeszcze coś bardzo istotnego. 

Tajny agent, czyli trupy i karnawał

Za kilka dni już nic oscarowa, więc pora jeszcze na szybko napisać o kilku tytułach jakie mi zostały do opisania. Wśród nich: Tajny Agent - obraz który można zobaczyć u nas na razie jedynie przedpremierowo, bo oficjalnie na nasze ekrany trafi dopiero pod koniec miesiąca. Okrzyknięty czarnym koniem wyścigu po nagrody, pewnie bardziej zachwyci koneserów, zdjęciami, klimatem, bo mam wrażenie że fabularnie ta historia może trochę rozczarować. I może nawet bardziej niż o opowiedzenie jakiejś zamkniętej historii twórcom zależało bardziej na tym by pokazać tło - końcówkę lat 70 w Brazylii, gdy wojskowa dyktatura powoli chyli się ku upadkowi, wciąż jednak ludzie czują lęk. To jest esencja Tajnego agenta - ta niepewność, czy przypadkiem my albo ktoś obok nas nie zniknie z ulicy na zawsze. I lepiej niech nikt nie pyta o los takiej osoby, żeby i samemu nie narazić się na kłopoty. 

Co ciekawe, to nie jest kino w którym by jakoś starano się pokazać kulisy tego reżimu - są jakieś migawki, ale nie poznajemy szczegółów, nawet przy historii głównego bohatera przez prawie dwie godziny nie wiemy nic. Jedzie przez pół kraju, ukrywa się, ktoś wysyła za nim płatnych morderców, ale dlaczego...

poniedziałek, 9 marca 2026

Starzyński, czyli odważna decyzja repertuarowa i za to szacunek

Najnowszy musical w Teatrze Syrena może zaskoczyć, bo u nas wciąż kojarzy się ten gatunek z rozrywką, a nie ze spektaklami, które na poważnie opowiadają o jakimś tragicznym życiorysie. To dość odważny ruch, choć pamiętając o wsparciu, które można uzyskać sięgając po takie tematy oraz o tym, że szkoły mogą być zainteresowane taką formą obcowania ze sztuką, a jednocześnie lekcją historii, ten ruch może im zaprocentować. 

Nie znam niestety jeszcze powieści Grzegorza Piątka, która stała się podstawą scenariusza - ostatnich dni rządzenia miastem przez legendarnego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Może wtedy łatwiej byłoby mi zrozumieć pewne rozwiązania i je oceniać w takim zestawieniu z materiałem oryginalnym. Nie znam, odnosić się będę więc jedynie do emocji jakie wzbudził we mnie ten spektakl. 

niedziela, 8 marca 2026

Dziki, mroczny brzeg - Charlotte McConaghy, czyli naciągane to wszystko i tyle

Chyba z dotąd przeczytanych powieści od Filii Literackiej, ta okazała się najsłabsza i jakoś nie bardzo rozumiem zachwyty rozlegające się wokół niej. Ani nie zachwycają opisy surowej scenerii, w której umieszczona jest akcja - niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy, gdy tuż wcześniej przeczytało się choćby Sweetland. Ani nie sprawdza się to jako thriller, bo autorka gubi wątki, wytraca co i rusz temperaturę akcji, próbując pokazywać zagrożenie choć wcale się go nie czuje. Dodam więcej - od strony psychologicznej też jakoś tego nie kupuję - drażnią mnie trochę infantylne przemyślenia nie tylko dzieciaków ale i dorosłych, kompletnie irracjonalne decyzje i zachowania, jakby cały czas powtarzane nam uparcię "nie chcę" jednoznacznie mało prowadzić do "a co mi tam i tak to zrobię". 
 
I w sumie na tym mógłbym skończyć notkę. Kilka zdań jednak czuję, że powinienem dopisać. 

Wierzymy Ci, czyli czy to naprawdę musi tyle trwać

Nie chcę odkładać tego filmu, bo mimo wszystkich wad jakie ma, poruszył mnie bardzo. Z kamerą śledzimy tak naprawdę coś w rodzaju postępowania sądowego i etap wstępny, przesłuchania. Każda ze stron przedstawia swoje zdanie, trzeba cierpliwie znosić to, że słyszysz na swój temat jakieś przykre, krzywdzące rzeczy - przed sądem rodzinnym, gdy toczy się walka o o dzieci, to niestety wcale nie rzadkie. 

Czemu więc ten surowy, kameralny obraz, choć tak niewiele się w nim dzieje, a całą historię znamy jedynie ze słów wypowiadanych przez adwokatów albo przez rodziców, tak bardzo mnie poruszył. 

sobota, 7 marca 2026

Anihilacja - Jeff VanderMeer, czyli hipnotyczny sen i misja której nikt nie rozumie

Trochę dziwna sytuacja gdy wydawca polski decyduje się na wznowienie cyklu którego już wypuścił kilka tomów, ale z innymi tytułami - tak się stało z serią Southern Reach.

Gdy pisałem o pierwszym tomie (kliknij tu) obecnie noszącym tytuł "Anomalia" wspominałem o tym iż był to tytuł który wzbudził trochę konsternacji. Tam klimat tajemnicy, atmosfera była istotniejsza niż fabuła, niewiele zyskaliśmy odpowiedzi, a żeby było śmieszniej drugi tom też ich zbyt wiele nie udziela. 

Skończyła się wyprawa, której byliśmy świadkami do Strefy X, poza biolożką możemy podejrzewać że nikt inny nie przeżył, chyba że powrócą w trochę innej formie cielesnej i duchowej. Każdy kto powraca się zmienia, wielu wcale nie wraca, a mimo to wciąż organizowane są kolejne ekipy, by dowiedzieć się może ciut więcej niż dotąd. 

Tom drugi związany jest z tym pierwszym, ale jedynie pośrednio, bo chodzi o to, że towarzyszymy kontrolerowi, który m.in. ma prowadzić przesłuchania biolożki. 

piątek, 6 marca 2026

Chibineko, niezwykła restauracja wspomnień - Yuta Takahashi, czyli była kawa, teraz cały posiłek

Wszyscy którzy pokochali historie z cyklu "Zanim wystygnie kawa", czyli comfort books (czy też healing books jak niektórzy je określają choć tam raczej widziałbym poradniki jakich też coraz więcej) pewnie z radością sięgną po coś w podobnym stylu, ale innego autora, więc z dużą gwarancją że to nie będą odgrzewane kotlety. Pisząc w podtytule "była kawa, teraz cały posiłek" nie przesadziłem, bo w tej historii potrawy mają podobne znaczenie jak kawa w serii, którą Polacy tak pokochali. To pewnego rodzaju symbol, specjalny posiłek przygotowywany jako wspomnienie kogoś kto odszedł, potrawy jakie lubił, ale w tym konkretnym miejscu, w dość wyjątkowych okolicznościach, dopóki nad daniem unosi się para, pojawia się okazja by zobaczyć tą osobę raz jeszcze. Coś powiedzieć, coś usłyszeć, ten jeden ostatni raz. 

Pewnie każdy tak ma że czasem czuje tęsknotę, może chciałby jeszcze coś powiedzieć, za coś podziękować lub przeprosić, bo nie było okazji, śmierć przyszła zbyt szybko. Takie spotkanie, choć krótkie może dać nam ulgę, spokój, a może odpowiedzi na jakieś nasze pytania. 

czwartek, 5 marca 2026

LARP. Miłość, trolle i inne questy, czyli humor i brak spiny

Na tle różnych polskich produkcji, szczególnie tych, które aspirują do miana komedii, produkcja w reżyserii Kordiana Kądzieli, mocno się wyróżnia jakąś świeżością. I nie chodzi bynajmniej jedynie o odwagę, by dotknąć troszkę innych grup młodzieży, nie tylko tej bananowej, czy hiphopowej, ale również tych uznawanych za dziwaków czy nerdów. Chodzi też o luz, z jakim to jest zrobione, podobnie jak w przypadku serialu 1670, w którym gościu też maczał palce. Tu nie czuć spiny i może dlatego też nie ma takiego poczucia zażenowania jak przy większości polskich komediopodobnych koszmarków.   

Czy muszę wyjaśniać pojęcie LARPA? Live action role-playing to gra na żywo, odgrywanie jakiejś historii, ale co ważne w rolach, próbując jak najbardziej wejść w jakiś świat. Fantasy, historia, S-F i co tam tylko wyobraźnia podpowie. Oczywiście o ile nie natrafisz na radykałów, którzy powiedzą że wampiry nie mogą na jednym planie stanąć z elfami, bo w rzeczywistości (sic!) nie współistniały. 

No więc tak: Sergiusz i jego przyjaciele uwielbiają LARPy, książki fantasy i wszystkie fantastyczne historie. Cóż im się dziwić - dorastając w niewielkim miasteczku, gdzie jedną z większych atrakcji jest pewnie budka z hot-dogami, czy boisko o ile ktoś grywa w gałę, nie ma się wiele do roboty. Rodzice powinni nawet się cieszyć, że dziecko nie przesiaduje z piwem na ławce w parku i nie rozrabia po pijaku :) W każdym razie Sergiusza tata raczej się nie cieszy. W końcu jest komendantem, wychowuje synów sam, bo matka zginęła w tragiczny sposób, więc chciałby widzieć w nich twardzieli i szybciutko przygotować jakieś ciepłe posadki u siebie. Taka to rzeczywistość. 

Dziki, czyli a weźcie sobie cały ten rozmach i szeroki format jeżeli fabuły brak

Ten tytuł czekał na swoją kolej już chyba dwa miesiące, a ja ciągle to odkładam, uznając że mam ciekawsze rzeczy do opisania. Z Dzikim niestety mam więc problem. I chyba nie tylko ja. To jest projekt przygotowany w sposób postawiony na głowie - większość budżetu dajemy na technologię, a scenariusz, aktorstwo, fabuła i reżyseria to już wszystko zrobione na kolanie, bo przecież film i tak się sprzeda, bo będzie miał ładne zdjęcia, widoczki i zadbamy o trochę akcji. No nie, drodzy filmowcy to tak nie działa. 


Gdyby jeszcze chodziło o brak spójności, absurdy, zawsze można by to jeszcze podkręcić i zrobić niczym kampową zabawę motywami kina gatunkowego. Wiecie - krew się leje, topory latają w powietrzu, głowy spadają... A i jeszcze wykrzywione gęby. Koniecznie na zbliżeniach. Jak najwięcej. Przerażenie. Wściekłość. Wytrzeszczone oczy. Takie dzikie grymasy. A czarny charakter będzie tak komiksowy, że raczej będzie bawił a nie straszył, z minami niczym Nicolas Cage w najgorszych ze swoich produkcji. 

Problem jest jednak jeszcze głębszy. Bo dodajcie jeszcze drętwe dialogi, dziwny montaż i już nic się w tym nie będzie trzymało kupy. Jakby po pijaku ktoś to sklejał i mówił, a tu dziurę zakleimy jakimś widoczkiem, a potem przeskok o ileś lat i znowu widoczki, przecież one tu najważniejsze. 

środa, 4 marca 2026

Morderstwa w Marble Hall - Anthony Horowitz, czyli czemu chcesz do tego wracać?

Jeżeli zerkniecie na spis przeczytanych książek (na górze bloga) łatwo znajdziecie kilka innych książek Anthony'ego Horowitza oraz moje zachwyty nad ich oryginalnością. Szczególnie dotyczyło to właśnie serii Morderstwa w... którego trzeci tom jest tematem dzisiejszej notki. 


Co od początku zwróciło moją uwagę? Ano fakt, iż mamy do czynienia z książką w książce, czyli zamiast jednej zagadki kryminalnej mamy aż dwie, w pewien sposób połączone. Bohaterka cyklu Susan Ryeland jest bowiem redaktorką, która kocha swoją pracę nad kryminałami, ale wciąż wplątywana jest w jakieś dziwne historie, które zmuszają ją nie tylko do zabawy w detektywa, ale i walki o życie. Skoro opinia publiczna już wie, że to za jej przyczyną trafił do więzienia wydawca, z którym pracowała, a autor wplątał się w paskudną aferę, najwyraźniej są osoby, które specjalnie mogą sobie zażyczyć współpracy właśnie z nią nad ich książkami. Tym razem niby nie po to, by ją zabić, gdy zbliży się za bardzo do prawdy, ale nawet jeżeli nie autorowi przyjdzie to do głowy, to może komuś innemu, komu zależy na tym by książka się nie ukazała...

wtorek, 3 marca 2026

Bez wyjścia, czyli muszę sobie poradzić...

Park Chan-Wook zaskoczył nas kiedyś "Parasite" i choć przecież ma na swoim koncie fabuły w zupełnie innym stylu chyba właśnie z tamtym połączeniem czarnego humoru, zbrodni i pewnych obserwacji społeczno-psychologicznych jest kojarzony. I w sumie "Bez wyjścia" trochę w ten schemat się wpisuje, choć tu akurat problem jest trochę inny: chodzi o zmianę statusu i sytuacji materialnej po utracie pracy. Co zrobisz by to przywrócić, by te chwile upokorzenia jak najszybciej zapomnieć? Ano zrobisz prawie wszystko. A może nawet wszystko. 

A przecież w dobie komputeryzacji, AI, nacisku na oszczędności, na nowe technologie, nawet ludzie z doświadczeniem już nie są tak cenieni jak dawniej. Ten tradycyjny model, do którego byliśmy przyzwyczajeni, gdy młodsi uczyli się od starszych, od mistrzów, odchodzi do lamusa, a oczekuje się, że to ci bardziej doświadczeni, po kilku dekadach mają zasiadać w ławkach i przed ekranami by uczyć się przystosowania do "nowej rzeczywistości". 

poniedziałek, 2 marca 2026

Full HD - Spięty, czyli jest gdzieś wyjście gdzie można wyjść na ludzi

Śledziłem z uwagą to co nagrywało Lao Che, doceniając różnorodność muzyczną, zaskakiwanie i choć nie mogę odżałować iż to koniec formacji, to Spięty na szczęście pokazuje że solowo może zaproponować rzeczy równie ciekawie. Zawsze ważne były jego teksty, przewrotne, kapitalne zabawy słowne, a na to na szczęście wciąż możemy liczyć!

 

Po krążku który pokochałem, czyli trochę nostalgicznym "Heatrcore", nowy materiał znowu jest powrotem do melodii i dźwięków bardziej tanecznych, skocznych, ale nie tak agresywnych jak np. na "Black Mental". I po raz kolejny mam tak, że tego materiału można słuchać raz za razem, bo tu każda linijka, jakiś fragment, który wcześniej może umknął, odkrywa się dopiero przy kolejnym przesłuchaniu. I to jest fajne. 

niedziela, 1 marca 2026

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos - Tom Wolfe, czyli zapisać się w historii

Klasyk, który nawet po latach czyta się wyśmienicie. Mimo pewnych wad, bo przecież książka była pisana jeszcze w końcówce lat 70 i odnosi się mocno do wyścigu jakie we wszelkich dziedzinach można było dostrzec pomiędzy ZSRR a USA. Dziś już sporo ludzi nie pamięta tamtych czasów, tego napięcia, które może i kosztowało masę kasy wydawanej na zbrojenia, ale jednocześnie mobilizowało do jakiegoś postępu. Choćby w podbijaniu przestrzeni kosmicznej. 

Temu tematowi właśnie poświęcił Tom Wolfe swoją opowieść - beletryzowany reportaż, w którym skupił się na pierwszym etapie tego wyścigu o to kto pierwszy znajdzie się w przestrzeni kosmicznej. To już chyba trzecie wydanie tej pozycji w Polsce (pierwsze było jeszcze w latach 90 pod tytułem S-Kadra), a możecie też kojarzyć film, który powstał na jej podstawie.  


Niby może wydawać się, że to już dość odległa przeszłość, emocje już zupełnie ostygły, a loty na orbitę stały się dostępne nawet dla ludzi, którzy nie są jakimiś bilionerami. A jednak. Tom Wolfe nie tylko dobrze uchwycił tamten entuzjazm, jaki w jednym i drugim kraju ogarnął ludzi na wieść o kolejnych sukcesach, ale i wciągnął nas w ciekawą opowieść, choć większość tej historii dzieje się raczej za kulisami lotów kosmicznych. 

piątek, 27 lutego 2026

Grzesznicy, czyli czosnkiem, kołkiem i gitarą

Grzesznicy zdobywają sporo pochwał i nagród, choć troszkę mnie to dziwi. Zachwyca mnie muzyka, sam pomysł, który jest dość zaskakujący, ale...

No właśnie - ci którzy spodziewają się horroru, długo będą czekać na jakiś rozwój akcji, klimatu początkowo też raczej niech się nie spodziewają. A ci którzy spodziewają się czegoś ambitniejszego, rozczarowani pewnie będą tym co dzieje się w drugiej połowie filmu, bo to sieczka z wampirami jakby rodem z kina klasy B, gdzie już liczą się jedynie hektolitry krwi, a nie jakiś sens i logika. 

Ryan Coogler zabawił się niczym Tarantino i zagrał trochę wszystkim na nosie. Pokazuje napiętą atmosferę amerykańskiego południa, niewolnictwo i niewielką przestrzeń wolności jaką Afroamerykanie wespół z innymi mniejszościami próbują sobie tworzyć - choćby w muzyce. A jednocześnie mimo pewnego realizmu, szuka jakiegoś wyładowania napięcia w scenach nie tylko pełnych przemocy, ale i przewrotnie odwracających role - teraz to ludzie Klanu mają być tymi błagającymi o litość. Bawi się też muzyką, zawieszaniem na chwilę czasu i miejsca, by zafundować nam coś bardziej odjechanego. To wszystko może się podobać, ogląda się fajnie, tylko pytanie czy rzeczywiście można doszukiwać się tu czegoś wielkiego i przełomowego. 

czwartek, 26 lutego 2026

Do zobaczenia za rok, czyli czemu to dla nich tak ważne

Na różne wydarzenia teatralne M. zazwyczaj nie tylko mi towarzyszy, ale też pomaga w pisaniu recenzji, co skutkuje tym że przybierają one kształt rozmów, dyskusji, wymiany opinii. Tym razem jednak M. odmówiła. I może gdybym podobnie jak ona miał ustawiono bardzo wysoko poprzeczkę, widząc jakiś tekst w obsadzie, którą zapamiętuje się na długie lata, też miałbym trudność by pisać bez prób odniesienia, bez porównań, które jak by się nie próbowało spojrzeć, wypadają na niekorzyść tego co współczesne. M. opowiadała mi sporo o tym co widziała w wykonaniu Haliny Kowalskiej i Janusza Gajosa, z góry więc przekonywała mnie że to będzie rewelacyjna komedia, istna perełka inteligentnego humoru. 
A potem widziałem jak z każdym kwadransem mina jej rzednie. 


To nie znaczy, że nie ma co porywać się na teksty już znane z innych inscenizacji, że nie ma co próbować szukać nowych pomysłów. Teatr Gudejko tym razem chyba spodziewając się, że ma pewnego rodzaju samograj, zbyt mało pracy włożył w przygotowania, by rzeczywiście wykorzystać cały potencjał jaki tkwi w tym tekście. Z jednej strony zabawnym, ale i przesyconym nostalgią, jakąś dziwną zadumą nad dokonywanymi przez nas wyborami. 
Oto dwójka ludzi spotyka się w pokoju hotelowym. Każde z nich ma swoje życie rodzinne, jakieś problemy i radości, ale na tą jedną noc znaleźli w sobie nawzajem chwilę szczęścia. Na tyle ważną, że postanowili spotkać się ponownie, za rok... I potem znowu. Choć może mniej tam już jedynie erotycznego napięcia, a więcej rozmów, szukania w sobie wsparcia, jakiejś motywacji, dla każdego z nich te spotkania stają się czymś bardzo ważnym, czymś na co czekają.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Springsteen: Ocal mnie od nicości, czyli walcząc z demonami

Filmowe biografia gwiazd muzyki i estrady wydawałoby się to samograj - trochę piosenek, jakieś poruszające sceny z życia prywatnego, droga do sukcesu z pokonywaniem trudności, czasem dramatyczny finał, jeżeli ktoś odszedł zbyt wcześnie... 
Scott Cooper obiera inną drogę - robi film dość kameralny, z niewielkiego fragmentu życia muzyka, wcale nie stawia mu pomnika, a jednocześnie sprawia że artysta staje się nam jakoś bliższy i ten konkretny album, o którego nagrywaniu opowiada film, natychmiast ma się ochotę sobie odświeżyć. I to mimo tego, że na nim nie ma tych największych przebojów jakie kojarzymy z Bruce'm Springsteenem. 



Jeremy Allen White którego tak polubiłem za The Bear, może nie jest fizycznie idealnym Bruce'm, w tej historii jednak pasuje jak ulał. Ma bowiem w sobie nie tylko ten ogień, który rozpala go gdy wychodzi na scenę, ale i jakąś dziwną melancholię, jakiś niepokój, który go spala. No i kurde śpiewa tak, że aż trudno uwierzyć w to, że to nie są nagrania Springsteena.

Oto artysta, który zyskał już pewną popularność i mógłby spokojnie odcinać od niej kupony, produkując kolejne wpadające w ucho piosenki, a zamiast tego zamyka się w domu na odludziu, by pisać i przygotowywać numery, które raczej dalekie są od przebojowości. To historie o ludziach prostych, często nieszczęśliwych, o takich, którzy nosili w sobie jakieś szaleństwo. Powraca motyw jego własnego dzieciństwa, przemocowego ojca, chwil strachu, ale i takich gdy był szczęśliwy.

niedziela, 22 lutego 2026

Wczoraj byłaś zła na zielono - Eliza Kącka, czyli chcę być obok Ciebie

W najnowszej książce Elizy Kąckiej słowo "autyzm" nie pada ani razu, a mimo to będzie to poruszająca lektura nie tylko dla tych rodziców, którzy stykają się ze spektrum zaburzeń gdzieś w życiu swoich dzieci, ale i dla każdego "zielonego" kto pojęcie ma prawie żadne. Może "Rain Man" ktoś widział lata temu, ale przecież nadal nie rozumie co to znaczy w codziennym funkcjonowaniu towarzyszyć osobie, której życie wymaga dużo więcej uważności, ładu, własnych zasad... Gdy osoba dorosła może powiedzieć o tym czego nie akceptuje, z czym ma trudność, to jest to kwestia podążania za nią, ale to co ciekawe to obserwowanie tego procesu, gdy mały człowiek dopiero uczy się komunikowania, gdy sam jeszcze nie rozumie wielu rzeczy. Towarzyszenie mu z cierpliwością, jednocześnie wciąż pod czujnym okiem i ocenami otoczenia, to niezła lekcja życia. 

Przypomina mi się to z czym zetknąłem się pisząc pracę magisterską o sytuacji rodziców dzieci ze spektrum, w połowie lat 90 i ze zdumieniem odkrywam, że mimo iż rozrosło się środowisko pomocowe (również dzięki samym rodzicom), powiększyła się literatura, to wciąż nie jest łatwo, nawet z samą diagnozą. To jeżdżenie po specjalistach, odbijanie się z czasem zupełnie przeciwnymi zaleceniami, od straszenia do uspakajania (wyrośnie z tego), jest koszmarem i trudno nie pomyśleć o tym jak niewiele się zmieniło pod tym względem. 

piątek, 20 lutego 2026

Klub Kawalerów, czyli wystarczy jedna bystra kobieta



MaGa: Ach, te kobiety… Z nimi źle, ale bez nich – jeszcze gorzej. Imć Michał Bałucki w 1890 roku stworzył „Klub Kawalerów”, a współcześnie Krystyna Janda, wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widzowie już od początkowych scen klaskali, zaśmiewając się w głos i przez to zatrzymując na chwilę akcję. Mimo tego tempo nie zanikło, a komedia bawiła wszystkich. I młodych i tych nieco starszych. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam. Bo komedię trzeba umieć zrobić, a Krystyna Janda to potrafi.


Robert: Rzeczywiście czuje się to, że zarówno aktorzy jak i widzowie znajdują w tej ramotce jakąś fajną energię, której brakuje nawet współczesnym farsom. To nie tylko sam tekst, ale to jak oni go ożywiają na scenie czyni go tak zabawnym. A fakt iż zmienia się język, maniery, stroje, ale pewne rzeczy się nie zmieniają, czyli zazdrość, gierki jakie czasem stosujemy, by pobudzić czyjeś ego, okazanie zainteresowania, które wyzwala jakby nową energię, wciąż przeżywamy i one w zabawny dla otoczenia sposób potrafią nas zmienić.

czwartek, 19 lutego 2026

Wielki Marty, czyli tupet kontra pokora

Chcę jak najszybciej opisać to co już widziałem spośród nominowanych do Oscara, do końca lutego będą więc chyba na Notatniku przynajmniej dwie notki filmowe. Zresztą nazbierało się tego trochę i marzec też chyba będzie pod znakiem seriali oraz nowości kinowych. W oglądaniu m.in. Ołowiane dzieci. I chyba jednak będzie lepiej niż zrobiło to TVP z Czarną śmiercią (kurczę, też muszę napisać notkę...).

Wielki Marty zbiera sporo pochwał, a ja mimo tempa tej produkcji, emocji jakich funduje, jakoś nie mogę znaleźć w sobie wielu słów zachwytu. To dobry film, niezły scenariusz, niestety mam wrażenie że główny bohater nie da się lubić i przez to jakoś ten brak sympatii przekłada się również na stosunek do całości produkcji. Mieliśmy już postacie, które potrafiły w uroczy sposób kłamać, manipulować, by coś tam dla siebie ugrać, to jednak był jakiś element gry, coś co czasem można było usprawiedliwić potrzebą chwili. Tymczasem w Wielkim Marty'm bohater robi w balona wszystkich po kolei, nawet własną matkę, snuje wielkie wizje, obiecuje, a potem ma wszystkich w dupie. Nie, to nie tylko dlatego że akurat mu się nie udało, bo nawet jak miałby kupę kasy, to też woli wydać na własne przyjemności, ba, nawet rozdać by udowodnić swój gest, a nie by oddać to co ofiarowali mu w potrzebie inni. Kawał cwaniaka i drania po prostu. 

środa, 18 lutego 2026

Siódmy koci żywot - Beata i Eugeniusz Dębscy, czyli to przecież niemożliwe by kot podrzucał wskazówki, prawda?

Nie dość że dziś środa, to wczoraj Dzień kota, a więc połączmy to w jednej notce. A kto poza Martą Matyszczak pokazuje iż nasze ludzkie intuicje, metody dedukcji i wszystkie talenty śledcze to pikuś w porównaniu z tym co potrafią koty? Ano ich miłośnicy, czyli Beata i Eugeniusz Dębscy. Mają już na swoim koncie kilka serii, w tym cykl o detektywie Tomaszu Winklerze, a Siódmy koci żywot miałby szansę otworzyć nowy pomysł. Lekki, ale wciąż kryminalny.

Przecież jest trup, jest śledztwo, są policjanci którzy je prowadzą pod przewodnictwem komisarz Borkońskiej, to byłoby jednak dość banalne gdyby nie ten dodatek - perspektywa kota, który postanowił wciąć sprawy dochodzenia w swoje łapki. Ludzie są tacy mało domyślni. A przecież zginął jego opiekun (właścicieli to mają psy, a nie koty prawda?), który tak o niego dbał. Może i człowiek nie do końca z czystą przeszłością, ale o wielkim serduchu, który starał się naprawiać popełniane przez siebie błędy. Należy się więc jakaś sprawiedliwość...

wtorek, 17 lutego 2026

Gerta Schnirch, czyli zawsze wolałaś milczeć

Chyba umknął by mi ten film, może ominąłbym go spodziewając się jakiegoś rzewnego historycznego melodramatu jakich wiele. Na szczęście Wydawnictwo Afera dało sygnał, że warto zwrócić uwagę, bo to przecież ekranizacja powieści Kateřiny Tučkovej. A po Bilej Vodzie, to dla mnie potwierdzenie jakości. Wciąż co prawda Boginie z Żitkovej czekają na półce, ale w tym roku na pewno trafią bliżej pod rękę - po prostu w skali roku te 180 tytułów przeczytanych to jest pewnie ze 20 procent tego co trafia na półki w domu lub na czytnik :( No nie da się wszystkiego...
 
Oglądając Gertę Schnirch trochę myślałem o tym ile hałasu by zrobił u nas podobny serial - w pewien sposób dotykający bolesnych ran, rozliczeń historycznych, tego jak czasem wolimy zapomnieć o winach i krzywdach, tłumacząc to jeszcze większymi grzechami. Historie pokazujące inną perspektywę zaraz oskarżane są o próby zakłamywania przeszłości, dorabiania poczucia winy ofiarom, a usprawiedliwianiem oprawców. A przecież nie chodzi o odwrócenie przekazu, tylko o to, by z uwagą pochylić się nad losem ludzi, a nie cyferek, nad dramatem, tragedią, a nie pojęciami z podręczników typu "naród", "odpowiedzialność", "wyrównanie krzywd". Nawet polityczne decyzje dotyczące przesuwania granic, nie usprawiedliwiają przecież okrucieństwa i odwetu na tych, w których widzimy jakby przedłużenie obecności krzywdziciela. Bo mówią tym samym językiem, bo wyznają tą samą wiarę, bo nie postrzegamy ich jako "swoich". A teraz możemy "odegrać się" za to wszystko czego doświadczyliśmy. Co z tego że zwykle na niewinnych, na kobietach i dzieciach, ale wmawiamy sobie że były współwinne, bo przecież przez krótki okres czasu żyły lepiej niż my, mogły korzystać z przywilejów, nie broniły nas tak jak byśmy tego chcieli. 

Tak. Gerta Schrnirch to poruszająca historia dotykająca tematu wypędzeń obywateli uznanych za niepożądanych, bo postrzeganych jako ludzi pochodzenia niemieckiego - dotyczy to m.in. nie tylko terenów Czech, ale i naszych ziem zachodnich, w obu przypadkach ludzi, którzy mieszkali tam od pokoleń, współdzieląc te tereny z sąsiadami innych narodowości. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Hamlet, czyli inna ona, inny on

Bardzo sobie cenię cykl pokazów z National Theatre w Londynie, które możemy oglądać w Polsce m.in. dzięki pokazom w Multikinie. Daje nam to bowiem możliwości poznania innego spojrzenia na teatr, na obsadę spektakli, pokazuje inne rozwiązania scenograficznych. Podobnie było i tym razem. Wydawać by się mogło, że „Hamleta” Szekspira znamy na wylot, że nic już nie jest nas w stanie zaskoczyć… a jednak. To tak jak ze znaną i lubianą potrawą, niby wiemy jak ją podać, a jednak każda restauracja robi to trochę inaczej czym może zaskoczyć.

Hamlet w wykonaniu Hirana Abeysekera jest zdecydowanie inny niż jego poprzednicy w inscenizacjach wcześniej oglądanych. Inna jest również Ofelia w wykonaniu Francesci Mills. Reżyser Robert Hestie pozbawił dramatu sztywności epoki elżbietańskiej ubierając obsadę w stroje zbliżone do współczesnych i przyspieszając akcję, równocześnie odbierając postaci księcia melancholii i czyniąc z niego młodzieńca na poły dziecinnego, na poły nadpobudliwego. Młodego człowieka, który nie jest w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez życie. Zabieg na pewno nowatorski, choć moim zdaniem zmniejsza dramaturgię na rzecz lekkości i rozmazuje sens tragedii. Natomiast pomysł na postać Ofelii wydaje się bardziej trafiony. Interpretacja jej postaci jest początkowo młodzieńczo żywiołowa, by zmienić się w tragicznie oszalałą. Według mnie to właśnie ona stała się centrum tego spektaklu i doprawdy jest zdumiewająca.

Flip Top Head - Trilateral Machine, czyli poeci też mogą zaszaleć

Czasem jestem pytany: skąd biorę różne tematy notek i swoje odkrycia np. muzyczne. Po prostu szukam. Czasem to kwestia zaglądania na strony ludzi, których znasz i szanujesz za ich gusta i tam coś trafiasz mniej znanego... Tak właśnie trafiłem np. na dzisiejszą propozycję, band który chyba nawet jeszcze nie ma na koncie albumu, same EPki, a znalazłem ich nazwę na liście tego co puszczał w swojej audycji Mariusz Duda w radiu 357. Jakoś wciąż nie trafiam na odsłuch na żywo, ale co mi szkodzi sprawdzać po nazwach i tytułach? 

Flip Top Head. Nawet nie wiem jak określić ich muzę, ale to ciekawa mieszanka art-rocka, może odrobina folku, ale i chwilami zadziora prawie punkowskiego. To co tworzy na pewno jakąś oryginalność to pomysł na delikatne, trochę melancholijne wokale i muzyka, w której nie brakuje melodii, czasem jednak potrafią zabrzmieć bardziej kakofoniczne nuty. Te przełamania, przejścia z jednego nastroju na drugi, sprawiają że to może trochę niepokoić, na pewno jednak zaciekawia. 

niedziela, 15 lutego 2026

Męczennik! Kaweh Akbar, czyli tak żeby to miało sens

O ile książka o której wczoraj pisałem, czyli Demon Copperhead, to rzecz, która wciąga prawie od samego początku, to Męczennik pewnie nie będzie powieścią która zachwyci każdego. Poruszający debiut prozatorski irańskiego poety, który od lat mieszka w Stanach, ma dość porwaną narrację, więcej tam świata wewnętrznego niż działań postaci, może jednak zachwycić nie tylko ze względu na odmienną kulturowość jakiej dotyka. Działa również język, poruszające dotknięcie tematyki śmierci, która czasem staje się tak bliska, na wyciągnięcie ręki. Już sam bohater zaskakuje oryginalnością - to młody poeta, dorabiający tym że w szpitalach jako aktor uczestniczy w szkoleniach studentów medycyny jak rozmawiać z pacjentami cierpiącymi ból, śmiertelnie chorymi albo członkami ich rodzin. 

Temat śmierci jest dla niego jednocześnie bliski ale i w pewien sposób bolesny, bo nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojej matki, która zginęła według ojca w strąconym przez Amerykanów samolocie. Cyrus Shams mimo młodego wieku ma na koncie już uzależnienia, a w sferze seksualnej też brakuje mu jakichś bardziej poukładanych relacji. To ciągłe eksperymentowanie, poszukiwanie siebie, czasem aż do autodestrukcji. 

sobota, 14 lutego 2026

Demon Copperhead - Barbara Kingsolver, czyli nikomu tak naprawdę na mnie nie zależy

Nawiązanie w tytule do słynnej powieści Dickensa nie jest przypadkowe, choć przecież Barbara Kingsolver nie opowiada historii w kostiumach epoki. Cofa, się ale nie za daleko, pisze o tym co zna, czyli amerykańskiej prowincji, borykającej się z biedą, alkoholizmem i uzależnieniem od opioidów. 

Wiele widziałem opinii na temat tego tytułu w samych superlatywach, że niby "genialny", "porywają" itp. Może nie używałbym aż tak wielkich określeń, ale na pewno to opowieść, która płynie, wciąga nas swoim rytmem, językiem, pewną nieuchronnością tego co przewidujemy. Wśród żywiołowo napisanych powieści społecznych może mieć moc rażenia nawet większą niż reportaże, bowiem porusza emocje. Wobec losu chłopaka, który nosi w sobie jakiś niepokój, bunt ale i wrażliwość, której nie daje w sobie zagasić, trudno pozostać obojętnym.

piątek, 13 lutego 2026

Wszystko na mojej głowie - Jakub Bączykowski, czyli każdy ma jakąś historię do opowiedzenia

Po Zadzwoń zanim dojedziesz dołączyłem do grona tych, którzy każdej książki Jakuba Bączykowskiego wyglądają niczym rośliny wody w ogrodzie. Powieści obyczajowych na rynku nie brakuje, ale on mam wrażenie uchwycił w świetny sposób potrzebę historii, w których najistotniejsze nie są porywy serducha, romanse i szczęśliwe zakończenia. Co w takim razie jest ma być ich siłą? Jakaś prawda w nich zawarta, emocje, uczucia, zakręty życiowe, szukanie nadziei i siły, zadawanie sobie pytań o to w którą stronę pójść. Może dlatego czytelnicy (nie tylko kobiety) tak je pokochali? Bo nie chodzi o to by opowiadać bajki, tylko dotknąć prawdziwego życia, czegoś co przeżywa większość z nas. Trudnych relacji z rodzeństwem, poczucia straty po kimś bliskim, miłości do rodziców którą odkrywamy często za późno, gdy ich już brakuje...  

We Wszystko na mojej głowie, czyli najnowszej książce Kuby znajdziecie nie jedną a kilka takich historii. I może jeszcze bardziej przypominać to różne azjatyckie comfort books, gdzie wokół jednego miejsca gromadzą się ludzie ze swoimi historiami, a wychodzą z niego jacyś spokojniejsi, mniej naładowani lękiem, stresem, czy złości. Salon fryzjerski w Polsce od lat trochę tak się kojarzył - ktoś nie tylko zaopiekuje się nami i sprawi że lepiej będziemy wyglądać, ale i wysłucha, może coś doradzi. Często kojarzymy to z miejscem na ploteczki, ale przecież dobry fryzjer, czy fryzjerka nie opowiadają o innych, nie powtarzają tego co usłyszeli. 

czwartek, 12 lutego 2026

Coben kontra Läckberg, Stany kontra Skandynawia, czyli O krok za daleko i Szklana kopuła

W ubiegłym tygodniu wyzłośliwiałem się nad dwoma serialami w oparciu o prozę Harlana Cobena, to dziś kolejny, ale żeby nie było nudy to tym razem w dwupaku z ekranizacją równie słynnej autorki z północy Europy.
Może za tydzień kolejny dwupak? Mam wrażenie, że jak ktoś wpadnie w rytm to po skończeniu jednego od razu szuka kolejnego, a po każdym rozczarowaniu myśli sobie, może następny wreszcie będzie lepszy. Obie dzisiejsze produkcje są lepsze od tego o czym opowiadałem tydzień temu, ale nie są też żadną rewelacją, mają swoje słabości i powtarzają pewne schematy. W przypadku O krok za daleko już sama obsada może rozbawić, bo oto w rolach głównych pojawia się aktor jakby dobrze nam znajomy (Zostań przy mnie), ale w zupełnie innej roli. Potem powtórzenie pewnych schematów (para morderców, którzy bawią się tym co robią) zwiększa jeszcze jakieś basze zdziwienie. Ta sama stacja robi z widzów idiotów? Nikt nie patrzy na scenariusz, na obsadę? 

środa, 11 lutego 2026

Sygnalista - Robert Peston, czyli polityka to brudna rzecz

Wydawałoby się, że z końcem zimnej wojny, thrillery polityczne trochę stracą rozpęd i nie będą miały już tej temperatury co kiedyś. Tymczasem jak pokazuje choćby House of Cards, polityka nieustannie dostarcza nam tematów, które mogą budzić emocje. W końcu ci ludzie decydują o naszych podatkach, podejmują ważne projekty zmian w prawie, pokazują kierunki zmian i inwestycji. Nie chodzi więc jedynie o bezlitosną walkę między kandydatami w wyborach, o bezwzględność, ale np. o tryb podejmowania różnych decyzji, o ukrywanie działań lobbingowych, czy też po prostu jakichś własnych grzeszków. 

Dziennikarze nie od dziś polują na takie tematy, jedni bardziej nastawiając się na plotki i sensacje obyczajowe, które przecież również mogą zatopić niejednego polityka, a inni mają większe ambicje - ich interesują programy, projekty, realizowanie obietnic, związki z biznesem, przejrzystość w podejmowanych decyzjach. I trochę właśnie takiego człowieka pokazuje nam Robert Peston w "Sygnaliście". Bohater by zdobyć jakieś informacje jest zdolny do bardzo wielu posunięć, czasem wiele ryzykując. Ma dodatkową motywację: podejrzewa że wokół tragicznej śmierci jego siostry, wysoko postawionej urzędniczki w rządzie, jest jakaś tajemnica, którą on musi rozwiązać. 

wtorek, 10 lutego 2026

Pillion, czyli poczuj coś mocniej

Cholera, mam problem z tym filmem, a może raczej ze sposobem w jaki Gutek Film go reklamuje - czyli jako świetną propozycję na Walentynki, jako romantyczny film jednocześnie przełamujący pewne tabu i myślenie o preferencjach seksualnych. 

Możecie stwierdzić że jestem homofobem, że nie kumam środowiska BDSM i jestem nietolerancyjny, jednak w całej tej historii nieśmiałego chłopaka, który zakochuje się w przystojnym motocykliście, jest coś co mnie bardzo uwiera. Gdyby to nie było dwóch facetów, tylko facet i kobitka, pewnie więcej osób podzielałoby moje zdanie - wszystkie te sceny, które niby mogą wydawać się zabawne i tłumaczymy je tym, że przecież to za obopólną zgodą, trzeba jednak wyraźnie nazwać przemocą psychiczną, emocjonalną i fizyczną, obejmującą również gwałt. I ok, jeżeli ktoś godzi się na taką przemoc, to nic mi do tego, choć moim zdaniem zamiast o tym opowiadać i się z tego śmiać, raczej powinniśmy delikatniej lub mocniej sugerować pomoc terapeuty. W tym przypadku moje serducho jest zdecydowanie po stronie matki, która obawia się że synowi dzieje się krzywda. Przesadza? Nie powinna się wtrącać? Kurcze, po to uwrażliwiamy na przemoc, żeby ją ignorować? Przecież ktoś kto jej doświadcza, czasem jest na tyle uzależniony emocjonalnie, tak bardzo zdominowany, że będzie się godził na wiele, byle tylko nie stracić obiektu swoich uczuć. Raniony, poniżany, wciąż spychany do roli tego kto nie ma prawa głosu, ma być posłuszny - czy ktoś taki może być szczęśliwy? 

poniedziałek, 9 lutego 2026

HÉR - Monochrome, czyli surowość północy i jazzowe szaleństwo

W ubiegłym roku muzyki na Notatniku było niewiele, na pewno jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się jazzu (m.in. Omasta) nie tylko w trakcie roku, ale i w podsumowaniach (Nene Heroine). A przecież dotąd tego nie słuchałem w większych dawkach, nie rozumiałem, drażniło mnie. Teraz odkrywam po raz kolejny jak różne oblicza może ta muzyka mieć. W wykonaniu gdańskiego zespołu HÉR przenosi ona nas w bardzo zaskakujące klimatu - surowej północy, nordyckiej mitologii, ale i jakiegoś world music przypominającego wciągające i transowe melodie tworzone przez ukochane przeze mnie od lat Dead Can Dance. 
 

Co kawałek, to zaskoczenie. No bo jest i gardłowy śpiew, są jazzowe wariacje na skrzypcach, ale jest i rytm, bardziej mroczny, rockowy, z wokalem opowiadającym jakąś historię. Ich odniesienie do Islandii, do dalekiej północy, czuje się w tej muzyce, czyni odsłuch podróżą w jakieś fantastyczne krainy. 

niedziela, 8 lutego 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska, czyli zdrada czy jednak zaniedbania i błędy

Warto domknąć dwutomową opowieść Elżbiety Cherezińskiej o Bolesławie II, królu któremu historia jakoś dziwnie zapomniała zasług, a pamięta głównie jeden czyn, który potem został obudowany czarną legendą przez Kościół. Oczywiście trudno oceniać z perspektywy prawie 1000 lat kto miał rację. To jakaś wersja wydarzeń autorki, choć warto podkreślić iż zwykle swoje powieści mocno opiera na źródłach historycznych. Powiedzmy więc że to próba trochę innego spojrzenia na króla, który dokonał bardzo wiele, a dziś wspomina się go głównie dzięki konfliktowi z biskupem krakowskim i egzekucji, która potem została wykorzystana przez niechętnych władcy. Nie od dziś wiadomo, że krew kogoś kogo można uznać za męczennika, służy sprawie o którą walczył. Cherezińska stawia zaś pytanie: co to była za sprawa. 


O pierwszy tomie tej opowieści pisałem już w grudniu - nosi ona tytuł Śmiały. Dopiero jednak po przeczytaniu całości, wszystko układa nam się zgrabnie, zaczynamy rozumieć znaczenie różnych konfliktów, ambicji, żali, gry rozgrywanej zarówno przez króla, próbującego umocnić państwo i swoją pozycję, jak i przez tych, którzy tego nie chcą. I nawet jeżeli dziś raczej trudno znaleźć wzmianki iż w drugiej połowie XI wieku wpływy różnych pogańskich plemion były tak silne, by mogli oni rozmawiać jak równy z równym z możnymi lub przedstawicielami Kościoła, to przecież byli oni jedynie języczkiem u wagi, siłą którą chciano wykorzystać dla odwrócenia uwagi lub zdobycia jakiejś przewagi. W powieściach o polskich władcach, szczególnie tych z rodu Piastów, autorka często wplata obecność ich kapłanów, żerców, wieszczek, elementy starych wierzeń, magii i można by uznać to za jakąś ciekawostkę, jej własną fantazję, również na to iż one wciąż były żywe nawet po 100 latach od oficjalnego przyjęcia chrztu przez kraj i wykorzenianiu tego co dawne. 

Żywego ducha - Jerzy Pilch, czyli jak bardzo może boleć samotność

Dawno już chyba nie miałem takiej zdegustowanej miny przy lekturze książki wybranej na DKK. Coś co stanowiło ciekawy pomysł, czyli zderzenie się jednego człowieka ze zniknięciem wszystkich pozostałych ludzi, jakby końcem świata, w którym ktoś o tobie zapomniał, z każdą stroną okazywało się coraz bardziej nużącym powtarzaniem tych samych przemyśleń i rozważań. Pilch zawsze lubił opowiadać historie, w których się pojawiał, potrafił to robić z ironią, z humorem. Tym razem jednak to skupienie na sobie - ja, ja, ja, doklejanie do tej historii na siłę cytatów z niby przypomnianych sobie książek, powtarzanie różnych refleksji po 10 razy na różny sposób, sprawiają że z lektury nie ma się prawie żadnej przyjemności. Początkowo tak, bo przecież Pan Jerzy potrafi pisać i nawet jak krąży jedynie wokół tego co ma głowie, wokół wspomnień, nudy nie będzie. "Żywego ducha" jednak wydaje się mocno wymęczone, na granicy grafomanii. To rozciągnięte na kilkaset stron kilka dobrych przemyśleń o tym co po nas zostaje. Przecież świat pozostał bez zmian, tylko ludzie zniknęli. Zostawili domy, zrobioną kawę, otwarte kawiarnie, sklepy, w hotelach rozgrzebane łóżka. Po prostu zniknęli. I w takiej rzeczywistości przechadza się bohater, facet już w starszym wieku, szukając odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

sobota, 7 lutego 2026

Frankenstein, czyli dałeś życie, to teraz nie uciekaj...

Rano o filmie Camerona, a wieczorem Guillermo del Toro. Dwa wielcy reżyserzy, którym zdarzały się filmy doskonałe, ale też od dłuższego czasu bardziej chyba ufają wielkości swojej wizji, niż rzeczywiście oferują nam coś nowego. Frankenstein zachwyca od strony wizualnej, po tylu ekranizacjach powieści Mary Shelley chciałoby się nie tylko wiernego opowiedzenia jej po raz kolejny i pięknych zdjęć, tylko czegoś więcej. Naukowiec ogarnięty obsesją o raz jego dzieło, które budzi u niego wyrzuty sumienia - stwór w którym widzi on jedynie ożywione ciało, a marzył mu się chyba umysł równie genialny jak jego. Istota której dał życie i dał nieśmiertelność, wyjątkową siłę, witalność, ale nie potrafił dać duszy, a może to tylko on jej nie potrafi dostrzec? Przecież jego ukochana (czy też raczej skrycie kochana, bo to wybranka jego brata), w tej istocie dostrzega coś więcej niż zwierzę. On przerażony jej siłą, więzi ją w lochach, ona zaś najchętniej wyprowadziła je na zewnątrz, by doświadczało świata, by się uczyło na niego patrzeć. 
 

Sporo osób podkreślało po seansie, że film jest piękny, brakuje jednak w nim emocji. I to jest pytanie, czy w historii oglądanej po raz... (dziesiąty?), można jeszcze te emocje odnaleźć. Niby wszystko u del Toro jest tak jak powinno być, może trochę bardziej chaotycznie niż można by się tego spodziewać, czegoś jednak brakuje. 

Avatar. Ogień i popiół, czyli jest widowisko ale duszy już brakuje

Trochę dla formalności notka o trzeciej odsłonie Avatara. Czemu dla formalności? Bo to zaczyna przypominać serial i to kiepski, gdzie w każdym odcinku powtarza się nie tylko ten sam schemat, ale nawet poszczególne rozwiązania i sceny. No jak to ma trzymać w napięciu?

A mimo to, podobnie jak pewnie wielu ludzi, których zauroczył pierwszy film z cyklu Camerona, jego widowiskowość, usiadłem na sali kinowej. I nie żałuję, choć już na notkę trochę miejsca mi było żal, gdy tyle innych tytułów czeka na swoją kolej, a na przyszły tydzień szykują się aż 4 spektakle. Noż kurde kiedy ja mam to pisać?  

Podkreślam więc: jedynie dla formalności i bardzo skrótowo, głównie o tym co na plus, bo tego co na minus, czyli powtórzeń, powtórzeń, powtórzeń, po prostu byłoby za dużo. Fakt - coraz większą rolę odgrywa już kolejne pokolenie, ono staje się nie tylko zakładnikiem, by wreszcie ludzie mogli dorwać "zdrajcę" Jake'a Sully'ego, ale też mają ważną rolę w procesie uratowania wszystkich Na’vi i całej Pandory. Ponownie różne plemiona będą musiały poświęcić wiele ofiar, by stanąć do nierównej walki z ludźmi, którzy myślą tylko o zysku i zemście. 

piątek, 6 lutego 2026

Potrójna dawka aburdalnego humoru, czyli Evžen Boček i Arytoskratki część 3, 5 i 6

Może nie polecam tego w tak dużej dawce jak sam sobie zapodałem, czyli 3 tomy jeden za drugim, ale cykl Evžena Bočka to perełka humoru i zdecydowanie jeżeli szukacie czegoś lekkiego na poprawę nastroju, to szukajcie Arystokratki. O poprzednich tomach też pisałem, one łączą się ze sobą, więc najlepiej czytać po kolei, ale każdy też stanowi pewną zamkniętą ramami historię, w które można dostrzec zarówno kontynuację (postacie), jak i nowe pomysły. 

I w sumie chyba nie powinienem zdradzać zbytnio fabuły, bo to sama przyjemność wejścia w te pokręcone historie, ale przynajmniej kilka zdań o każdym z tych trzech tomów napiszę, a wcześniej choć parę słów zarysu okoliczności w jakie wchodzimy. 

czwartek, 5 lutego 2026

Niebo. Rok w piekle, czyli czemu za nim poszedłeś

Dużo sobie obiecywałem po tym serialu, mam jednak wrażenie że nie do końca wykorzystano potencjał jaki był w tej historii. Mimo dobrej obsady (Kot, Różczka, Jastrzębska, Linowski), nie udaje się uchwycić tego co wydawałoby się w historii o sekcie Niebo najważniejsze, czyli psychologicznych mechanizmów, manipulacji. Zamiast tego mamy jakieś elementy dramatu, thrillera (nie da się stąd uciec, odbierają ci dziecko), a historia staje się letnia, brak w niej jakiejś iskry. Co z tego że Tomasz Kot jak zwykle magnetyczny, skoro nie do końca wierzymy w tą jego siłę oddziaływania. Bombardowanie miłością? Przepowiadanie? Uzdrawianie? Przecież pytanie czemu ludzie oddają cały swój majątek, idą za kimś kto karze im żyć w komunie, ciężko pracować fizycznie, w dodatku klepiąc biedę, stawia sobie każdy widz i chciałby zrozumieć, chciałby to poczuć.   

Tymczasem w Niebie od początku wyczuwamy jakieś napięcie, jakieś niepokoje, które potem w naturalny sposób prowadzą głównego bohatera do prób odejścia. Początkowo bardziej by chronić innych, niż siebie, ale to jego zmaganie się z samym sobą, z tym czego doświadczył, z tym że ktoś go "wybrał" aż prosiłoby się o jakieś pogłębienie. 

środa, 4 lutego 2026

Kapsuła - Wojciech Wójcik, czyli ile o sobie wiemy

Powieści Wojtka Wójcika już parę razy gościły na moim blogu i choć można pewnie by wskazać jakieś cechy ich wspólne, za każdym razem wciągają mnie zupełnie w inną historię. Zaskakującą o tyle, że u niego raczej na próżno możecie wypatrywać super przenikliwych gliniarzy, detektywów, pościgów, strzelanin, fajerwerków. Są jakieś zwroty akcji, gdy coś nagle przed nami się odsłania, wszystko jednak toczy się dość powoli. To nie znaczy że brakuje dramatyzmu, albo nie wciąga, z góry jednak trzeba nastawić się na wolniejsze tempo, na zbieranie okruchów i z nich składanie sobie jakiejś historii. Wójcika interesują losy zwykłych ludzi i tam wynajduje materiał na intrygę. Czy to znaczy że jest to mniej ciekawe od wymyślanych seryjnych morderców i genialnych śledczych, którzy ich ścigają? Jest inaczej.  
 
Tu prawie każdy coś ukrywa, ma jakiś sekret, mniej lub bardziej wstydliwy, czasem w ludziach buzują jakieś emocje, pretensje, żale, zazdrość czy coś mniej osobistego, ale bazującego na ich własnych traumach. I to bywa równie ciekawe jak thrillery gdzie co parę stron ma dziać się coś ekscytującego. 

Niby zwykłe miasteczka, środowiska które pewnie znamy i może do nich należymy, a tu nagle jakaś tragedia. Jak reagują ludzie, co mówią i komu nie chcą nic powiedzieć (zwykle policji), może czasem wyjdą jakieś plotki i historia robi się coraz bardziej skomplikowana. 

Czy Coben zawsze będzie trzymał w napięciu, czyli Zostań przy mnie i Już mnie nie oszukasz

Netflix zdaje się uznał że Harlan Coben gwarantuje im sukces serialu, więc produkują je już seryjnie, nie zważając na to iż nawet najlepszemu pisarzowi zdarzają się powieści słabsze no i niestety: im więcej, tym bardziej widać schematy w jego twórczości. 

Oczywiście dużo do zrobienia ma też reżyser, który przecież może trochę poczarować z materiałem, obsada, ale jak widać po przykładach o których dzisiaj - samo nazwisko autora na podstawie którego powieści robi się film, to za mało. Nawet już aktorzy zaczynają być taśmowo zatrudniani przy tych produkcjach i potem zdziwienie, że ta sama twarz ale przecież gra zupełnie kogoś innego. Tych seriali jest już chyba z 10 na samym Netflixie więc nie dziwcie się artykułom w sieci - najlepsza dziesiątka ekranizacji powieści Cobena jakie kochają widzowie. 
Ostrzegam, choć te dwa też znajdziecie na takich listach. Omijajcie je raczej z daleka, bo to strata czasu. 

wtorek, 3 lutego 2026

La Grazia, czyli do kogo należą nasze dni

W niedzielę pisałem o Kandydacie Żulczyka, gdzie mamy obraz prezydenta Polski, a oto powracamy na najwyższy urząd tyle że we Włoszech. Paulo Sorrentino kreśli jednak zupełnie inny obraz - oto człowiek powszechnie szanowany, uznawany za wyrocznię w dziedzinie prawa, choć z wiekiem wydaje mu się że coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością, która tak szybko się zmienia. Oczekiwania by podejmował odważne decyzje, najwyraźniej są dla niego ciężarem, wolałby końcówkę swojego urzędowania potraktować jako spokojne żegnanie się z władzą, bez żadnych gwałtownych ruchów, żeby nikogo nie drażnić. 

Czy więc to film o odwadze i jej braku? A może o rozsądku i spokoju, towarzyszącemu dojrzałości? Wbrew pozorom w bohaterze filmu kotłuje się całkiem sporo emocji, jednak dotyczą one głównie przeszłości - wciąż na przykład przeżywa to że 40 lat temu został zdradzony przez żonę, po której śmierci mocno tęskni. Tą jego samotność wyczuwamy dość mocno, choć wybuchy zazdrości są sporadyczne, częściej to jakaś nostalgia w jaką wpada, może również lęk przed jakimiś radykalnymi zmianami.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Za kim idziesz - Hańba, Hiob Dylan, czyli orkiestra uliczna tym razem bardziej po amerykańsku

Najnowszy krążek Hańby to efekt współpracy z Hiobem Dylanem, songwriterem który od kilku lat zdobywa popularność na polskich scenach ze swoim banjo. Sporo tu jego numerów (jak choćby Polska B), ale w zupełnie innych aranżacjach, z szalonym rytmem, energią i naturalnością jaka z tego materiału bije. 

Chłopaki z Hańby, dotąd znani z radykalnych tekstów, punkowo-folkowej muzyki, tym razem trochę skręcają ku amerykańskim brzmieniom, to wciąż jest jednak muzyka ulicy. Rytm, melodia, instrumenty nie wymagające żadnego prądu, nagłośnienia, po prostu czysta zabawa. Tyle że więcej country i bluegrass z punkową energią. No może klarnet i akordeon sprawiają że to wciąż jest takie nasze, swojskie. 

niedziela, 1 lutego 2026

Kandydat - Jakub Żulczyk, czyli teatr pozorów i patologiczny koszmar

W zanadrzu kilka dobrych przeczytanych powieści, pojawia się więc dylemat o czym pisać najpierw. Wybieram najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, choć muszę przyznać że trochę zmęczyła mnie ta lektura. To trochę jak z filmami Smarzowskiego - trzeba się przygotować na to, że nie będzie to przyjemna opowieść o dobrych i złych, o tych co grzeszą i o tych, którzy niosą dobro. U Żulczyka może i pojawiają się ci, którzy mają jakieś dylematy, wyrzuty sumienia, chcą coś naprawić, dość skutecznie jednak los im pokazuje że świat ma w dupie ich "słabość" i albo pogodzą się z tym że są częścią moralnego brudu albo zostaną wymazani z pamięci, zgnojeni, bo nikt nawet nie zauważy ich próby naprawienia czegokolwiek. Zostaną wyśmiani, poniżeni i po prostu skazani na egzystencję w mroku, który coraz bardziej ich będzie pogrążał. 
 
Niech się nie ekscytują więc ci, którzy mieli nadzieję: ach, wreszcie ktoś odważnie dołoży tym ..., pokaże ich zakłamanie, układy i brudne interesy. To nie jest panflet na prezydenta, na popierające go ugrupowanie. To raczej dramat, w którym widzimy ile bólu, samotności, pychy i kompleksów jest we wszystkich uczestnikach tej gry zwanej władzą. 

Bohater Żulczyka jest niczym schodzący przez kolejne poziomy piekła, nigdzie nie znajdując nadziei, wsparcia czy iskry jakiejś siły będącej alternatywą. Polityka, media, służby, niezależnie czy jest to jedna czy druga opcja, prawicowi fanatycy, czy ci którzy sami siebie uznali za elitę intelektualną przemian po roku 1989, moralną wyrocznię, jedynych którzy mają rację, w Kandydacie jawi się jako bagno, w którym każdy myśli tylko o sobie, o władzy, o pieniądzach, o jakichś korzyściach. Gdzie tu państwo, społeczeństwo, gdzie ludzie? No przecież ci maluczcy są tak głupi i nieistotni że nie ma co się nimi przejmować. Liczą się tylko masy, którymi można manipulować. Kłamać, zaprzeczać, preparować fakty, prowokować, ogłaszać wyroki. A gdy ktoś zasługuje na uwagę, szuka się sposobu by go kupić lub zastraszyć.