Śledziłem z uwagą to co nagrywało Lao Che, doceniając różnorodność muzyczną, zaskakiwanie i choć nie mogę odżałować iż to koniec formacji, to Spięty na szczęście pokazuje że solowo może zaproponować rzeczy równie ciekawie. Zawsze ważne były jego teksty, przewrotne, kapitalne zabawy słowne, a na to na szczęście wciąż możemy liczyć!
Po krążku który pokochałem, czyli trochę nostalgicznym "Heatrcore", nowy materiał znowu jest powrotem do melodii i dźwięków bardziej tanecznych, skocznych, ale nie tak agresywnych jak np. na "Black Mental". I po raz kolejny mam tak, że tego materiału można słuchać raz za razem, bo tu każda linijka, jakiś fragment, który wcześniej może umknął, odkrywa się dopiero przy kolejnym przesłuchaniu. I to jest fajne.
Muzycznie. Cóż - elektronika, pulsujące rytmy, ale i czasem zupełnie zaskakujące melodie niczym z filmu Amelia. Będzie też trochę dęciaków, które tak kocham, nie brzmią jednak aż tak bardzo energetycznie jak to bywało w numerach Lao Che. Tam był żywioł, tu mam wrażenie że muzyka jednak ma być uzupełnieniem, a nie równorzędną dla przekazu. Może to odejście od instrumentów klasycznych do syntezatorów wpływa trochę na odbiór przeze mnie, odczucie tego jako czegoś bardziej sztucznego. ładnie chodzi bas, jednak część tych ścieżek brzmi trochę jak z komputera i to tak jakby w zamierzeniu ktoś nie chciał tego dopracowywać...
Na pewno jest różnorodnie i dużo bardziej tanecznie.
Czy jest tak przebojowo jak już parę razy Spiętemu się trafiło? Nawet jak jednak wpadnie Wam coś w ucho, miło pobujają chórki, gdy zestawicie to z tekstami, już nie jest wcale radośnie, słodko i głupawo. I za to cenię sobie właśnie tego artystę. Dziś takiego słowotwórstwa, zabawy, a jednocześnie próby opowiadania o sprawach ważnych, które nosi się w sercu, naprawdę w przestrzeni radiowej niewiele.
Najlepsze? Sam nie wiem. Pewnie "Kowalski własnego losu", podobał mi się "Język Płocki" kolejny raz wbijający szpilę w religię i może "Serconośny".
Posłuchajcie zresztą sami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz