piątek, 26 czerwca 2026

Tygrysice, czyli przecież jeszcze coś nam się od życia należy

Trzy przyjaciółki, wdowy, które po mężach mają na tyle stabilną sytuację majątkową że specjalnie nie muszą się o nic martwić, szukają sposobu na to, by trochę wnieść kolorów do swojego życia. Wymyśliły więc, że skoro wszyscy mogą pojawiać się w TV z różnymi talentami to i one mogą. Co z tego, że może już nie mają po 20 lat, co zwykle kojarzy nam się z girls bandami - one po prostu chciałyby poczuć się jak za dawnych lat: pożądane, w centrum uwagi, obdarzane komplementami. 

Oczywiście są doświadczonymi kobietami i wiedzą, że wielu chętnie by im owe komplementy prawiło ze względu na ich majątki, więc starają się sprawy stawiać jasno: oddzielając interesy i sprawy zawodowe od życia prywatnego. A przynajmniej tak im się wydaje. 

Charyzmatyczny instruktor Julio Torres, zatrudniony by przygotować je do występów przed kamerą, wywraca bowiem ich życie do góry nogami. 

środa, 24 czerwca 2026

Brudne tajemnice - Disha Bose, czyli pozornie idealne życie

Pierwszy podtytuł jaki miałem napisać do tej książki w tytule notki to: gdzie te chłopy? Bo też ciekawa jest nie tylko ich rola w tej opowieści, ale i podskórnie wyczuwalne to, że wszelkie pretensje kierowane są właśnie do nich. Albo że byli zbyt mało obecni i zaangażowani albo zbyt obecni i narzucający się, albo obojętni i chłodni, kompletnie nie nadający się na obiekt zainteresowania ale niech spróbują poszukać tego zainteresowania gdzie indziej... Wieczne rozdrapywanie wszystkiego na różne strony, pretensje, oczekiwania, zero docenienia i można by się wściec: czemu te bohaterki takie roszczeniowe, czemu nie cieszą się z tego co mają (a mają tak wiele), tylko wiecznie okazują niezadowolenie, chcąc na tle innych kobiet udowodnić że to one są te "naj"... Tylko że kurcze wychodzi na to, że ci faceci wcale nie są bez winy. To nie jest tak, jak by można powiedzieć: nie dostawał ciepła w domu, to poszukał gdzie indziej... Oni tak mało robią, by rzeczywiście zawalczyć o przyszłość związku, tak łatwo się poddają i idą na łatwiznę. Kobiety zaś, choć niby niezadowolone, potem jednak są gotowe by walczyć do upadłego i bronić rodziny. Takie przyjaciółki, które gotowe są obgadać cię za plecami albo wbić tipsa w oko. 

Ciekawe to wszystko choć przyznam że trochę też wkurzające. Długo nie mogłem wejść w te ich historie, nawet mnie nudziły i wydawało mi się iż robi się dramę z kompletnych bzdur. Ktoś coś napisał, ktoś coś powiedział, ktoś coś zobaczył i nagle sprawa urasta do niewiadomo jakich rozmiarów. 

wtorek, 23 czerwca 2026

Ostatni wiking, czyli i kto tu jest nienormalny

Nie ukrywam: jestem fanem Madsa Mikkelsena i nawet jakby grał kłodę drewna nie mówiąc ani słowa i tak pewnie bym chciał to zobaczyć. Gość ma charyzmę, talent i nieprzeciętną fizjonomię więc jak bym mógł przegapić seans Ostatniego wikinga? 

Skandynawowie mają dość specyficzne poczucie humoru, nie wszystkie żarty mogą być dla nas równie zabawne jak dla nich, ale zwykle pasują mi te klimaty. I tu, choć czarna komedia przykrywana jest coraz bardziej dramatem rodzinnym i traumami z dzieciństwa, kupuję to w 100%, a bajkę o ostatnim wikingu (nie czytajcie raczej dzieciom) chętnie bym sobie postawił na półce. Pokręcona jeszcze bardziej niż ten film. Jej przesłanie: zróbmy tak aby nikt nie czuł się gorszy, choć przewrotne, mogłoby zaistnieć na plakatach tej produkcji. Bo to rzecz o akceptacji i jej braku. Dokąd prowadzi jedno a dokąd to drugie? 

niedziela, 21 czerwca 2026

Iwona, księżniczka Burgunda, czyli no ukłoń się i podziękuj


Po całkiem udanej adaptacji Ferdydurke w Och Teatrze, pojawia się kolejna próba podejścia do Gombrowicza i powiem Wam że naprawdę warto wybrać się na nią do Teatru Ateneum. W dość surowej scenografii, bez wielkich fajerwerków, tym lepiej jednak wybrzmiewa pewna sztuczność i zadęcie ludzi władzy, którzy prezentują pewność siebie, mimo że wewnątrz pełni są lęków i jakichś paranoicznych urojeń. Nikt dotąd nie odważył się im tego pokazać, obnażyć tego jak łatwo nimi wstrząsnąć.  

Przedstawienie w reżyserii Anny Augustynowicz może wydawać się dość "szkolne", może nawet upraszczające pewne myśli które próbował przekazać Gombrowicz, ale nie ma co się za to obrażać, tylko może właśnie za to docenić? Nie ma kombinowania, na siłę wpychania współczesności, kto przecież odczyta przesłanie, będzie widział jak ono może się przekładać na analizę mechanizmów władzy, na to jak czasem mimo sprzecznych interesów, ci na górze potrafią łączyć siły byle usunąć kogoś kto ich kłuje w oczy. 

sobota, 20 czerwca 2026

Listonosz - David Brin, czyli kłamstwo które daje nadzieję

To nie jest pierwsze polskie wydanie tej powieści, a mimo to i mimo ekranizacji (nazywało się to Wysłannik przyszłości) jakoś chyba nie jest ona jakoś u nas bardzo znana i może dobrze że Wydawnictwo Zysk i ska ją przypomina. Mimo upływu blisko 40 lat wciąż to się nieźle czyta, choć końcówka odbiega klimatem od tego co w dużej mierze powieść nam oferuje. To obraz kraju po katastrofie nuklearnej, ale David Brin nie skupia się tylko i wyłącznie na kreśleniu przed nami pesymistycznej wizji. Poprzez losy bohatera i to jak on wpływa na innych, fabuła raczej jest próbą odpowiedzi na pytanie co jest potrzebne by odbudować więzi między ludźmi i na nowo stworzyć z nich dużą wspólnotę, którą łączą jakieś wartości, zasady i chęć budowania przyszłości dla kolejnych pokoleń. Wiadomo przecież i znamy to z wielu obrazów postapokaliptycznych, że czymś naturalnym jest rozpad kraju na niewielkie grupy, w których często władzę przejmują najsilniejsi. Myśli się wtedy o przeżyciu, o obronie, ewentualnie o zagarnianiu dóbr, ale nie inwestuje się ich w rozwój, w edukację, w odkrycia. Listonosz jest właśnie opowieścią o ludziach, którzy wierzą że właśnie ten kierunek jest możliwy. 

piątek, 19 czerwca 2026

Dolcze Wita - Leszek Talko, czyli bezstroskie życie na włoskiej prowincji

Leszek Talko jakiś czas temu rzucił wszystko co może już udało mu się zbudować w Polsce i wyprowadził się z rodziną na włoską prowincję. Jego profil na FB obserwuje sporo ludzi a wpisy pełne humoru i zdjęcia to nie tylko sucha relacja z tego jak mu się tam żyje, ale i ciepła opowieść o różnicach w mentalności, o tym jak przyjmowany jest ktoś obcy we Włoszech, o blaskach i cieniach funkcjonowania w Italii. 

 

Inne tempo życia, ale i zupełnie inne podejście do tego co "trzeba" i w jaki sposób, to pewnie kwestia przyzwyczajenia, a może jednak charakteru? Użeranie się z biurokracją, z tym że czegoś się nie da bez wypitej kawy i ploteczek, z tym że ludzie akceptują rzeczywistość i specjalnie z nią nie walczą to pewnie byłby powód frustracji niejednego rodaka. A Talkowie chyba się nie tylko dostosowali, ale i przestali dziwić. Skoro "wszyscy to wiedzą", to może po prostu trzeba poczekać aż człowiek zostanie uznany za swojego a nie za turystę, to też wszystkiego się nauczy. I nie będzie się już wściekać na listonosza, który twierdzi że nie może znaleźć ich adresu, na urzędników którzy choć życzliwi jako wcale nie są pomocni, czy na fachowców, których ze świecą szukać. No może nadal będzie się wściekać, tyle że już tylko w duchu i tylko troszeczkę. W końcu sami chcieli mieszkać na prowincji i w starym domu, który poza urokiem oferuje jednak pewne niespodzianki. 

Tajne godziny - Mick Herron, czyli agenci i biurokraci

Cykl Kulawe konie Micka Herrona od pierwszego tomu bardzo przypadł mi do gustu, a serial z genialną rolą Oldmana jeszcze zwiększył mój entuzjazm. Oczywiście autor ma swój styl, poza akcją funduje czasem takie opisy, że nie każdemu to podejdzie, ale klimat tych powieści jest niepowtarzalny. Wyobraźcie sobie grupę ludzi sfrustrowanych jakimiś porażkami i skazanych na nudną, nic nie wnoszącą pracę, agentów którzy zostali zesłani na boczny tor, do biura którym zarządza w sposób kompletnie psychopatyczny gość budzący totalną niechęć i pogardę. Tyle że gość ma lata doświadczeń w pracy w terenie i intuicję, której mogą pozazdrościć mu wszyscy w służbach. I nawet z największych tarapatów potrafi jakoś wybrnąć, rozwiązać sprawę i jeszcze obronić swoich ludzi. Bo choć nimi pomiata, szanuje ich jak dotąd nikt tego nie robił.  
 
Ale, ale, miało być o najnowszym tomie cyklu, a ten trochę odbiega od całości. Można by go nazwać takim spin-offem, sięga bowiem mocno w przeszłość i pokazuje nam Jacksona Lamba w czasach jego służby w Berlinie, choć akcja dzieje się współcześnie i dotyczy rozgrywek na szczytach władzy. Po raz kolejny politycy mieszają w finansach i w nominacjach, mając nadzieję że komuś utrą nosa, jednocześnie wzmacniając swoją pozycję, a za nic mając bezpieczeństwo kraju. 

czwartek, 18 czerwca 2026

Włoskie śledztwo - Wojciech Nerkowski, czyli polski James Bond na emigracji

Kolejna gościnna notka - a ja pewnie się dopiszę za jakiś czas.

***
Jak często myślisz o Cesarstwie Rzymskim? Ja od kilku dni dość często, a to za sprawą najnowszej powieści Wojciecha Nerkowskiego „Włoskie śledztwo”.

Borys Nowak, młody agent ABW, którego znamy już z kart powieści „Przerwana gra” w wyniku serii niefortunnych zdarzeń zostaje zawieszony w pełnieniu obowiązków. Początkowo jest mocno przytłoczony nadmiarem wolnego czasu, ale wszystko zmienia się, kiedy przez przypadek dowiaduje się o zaginięciu Alicji – polskiej archeolog, która pracowała u stóp Wezuwiusza. Po rozmowie z rodzicami dziewczyny postanawia ramię w ramię z jej mężem rozwiązać zagadkę jej zniknięcia. Czy Alicja zaginęła bez śladu przez przedmiot, który znalazła? Czy miała jakieś tajemnice? Tego wszystkiego dowiecie się sięgając po „Włoskie śledztwo”.

Błędne łąki - Jarosław Szczyżowski, czyli niektóre miejsca lepiej omijać

Ponieważ kocham zarówno kryminały, jak i góry, nic dziwnego że wyszukuję sobie autorów, którzy łączą jedno z drugim i staram się ich podczytywać. Nie każdemu udaje się osiągnąć sukces taki jak Gortycha, ale fakt że wydają kolejne tytuły oznacza że jakieś zapotrzebowanie na takie klimaty jest. 

Jarosław Szczyżowski od dawna był już na mojej liście do sprawdzenia i oto pierwszy jego kryminał już za mną. Za klimat dostaje ocenę całkiem wysoką, choć samo rozwiązanie i finał raczej mnie rozczarował. Nie wiem na ile zdradzać detale, bo nikt tego nie lubi, powiedzmy jednak mocno: jeżeli uzasadnienie dla mordowania wydaje nam się słabe, to choćby się wcześniej budowało w nas napięcie i lęk, szybko ta bańka może pęknąć...

A zaczyna się naprawdę nieźle i długo jesteśmy w fajnej atmosferze, w której każde wyjście ze schroniska może przyciągnąć jakieś kłopoty. Niby Chatka Górzystów jest w Górach Izerskich jest miejscem tak popularnym, że może nie kojarzy się z czymś groźnym, ale jak obuduje się to lokalnymi legendami, odpowiednią pogodą, mniejszą ilością ludzi (zimą), to uwierzcie że potencjał na odrobinę tajemnicy i grozy jest. 

środa, 17 czerwca 2026

Chłopki, czyli kobieta NIKT


Szczerze powiem, że nie miałam ochoty na „Chłopki” w Teatrze Współczesnym. Nie dlatego, że książka Kuciel-Frydryszak mi się nie podobała, bo wręcz przeciwnie, ale się bałam, że znów mi się nie spodoba adaptacja. Wcześniej obejrzałam (w ramach Spotkań Teatralnych) spektakl oparty na tej książce w wystawieniu Teatru z Legnicy. I zwątpiłam w teatr. Rozumiem, że wyraz artystyczny twórców teatralnych może być różny, rozumiem, co chciał przedstawić duet Piaskowskiego i Sulimy, ale w moim mniemaniu poszli w taką stronę i tak daleko, że nie powinni powoływać się na książkę Kuciel-Frydryszak. I nie ja jedna miałam takie odczucie. Rozumiem prowokację, ale nie muszę jej jako widz przyjmować i się z nią godzić, zwłaszcza w odniesieniu do tej książki.


Teraz jestem szczęśliwa, że obejrzałam spektakl „Chłopki” we Współczesnym w reżyserii Sławomira Narlocha, którego premiera odbyła się w grudniu 2025 roku. Tworząc teatralną adaptację książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak stworzył wydarzenie nieoczywiste, w którym pamięć jego własnej prababki splata się w całość z losami bohaterek książkowych. I nie jest to obraz sielski, anielski. To obraz kobiet sprowadzonych do roli roboczego wołu, rzeczy, którą można kopnąć, nałożnicy, którą można wykorzystać. Nie dziwi więc, że wiejska dziewczynka marzy by być krową, bo wtedy wszyscy by ją szanowali. To nie jedyne marzenie dziewczynek ze wsi wprzęganych w pracę na roli od najmłodszych lat aż do śmierci, zmuszanych siłą do uległości, niewidocznych dla innych. Marzących o rzeczach dziś dla nas oczywistych: butach, możliwości nauki, spokojnym życiu, decydowaniu o sobie. O to wszystko co teraz jest dla nas normalne pokolenia naszych prababek i babek musiały walczyć z determinacją godną gladiatora. I walczyły. Z siłą jakiej się po nich nikt nie spodziewał. Lub umierały cicho, wyczerpane do cna mozołem pracy ponad siły, wielokrotnym rodzicielstwem, za które często były obwiniane lub niezawinionym odrzuceniem. A mimo to parły do przodu wyrywając skrawek po skrawku to co im się należało od życia.

wtorek, 16 czerwca 2026

Wędrówka na północ, czyli liczy się cel czy sama droga?

Co jakiś czas pojawiają się produkcje, w których scenariusz można by sprowadzić do wędrowania z punktu A do B i zdania się na to co wydarzy się po drodze. Zwykle jednak stoi za tym jakaś poruszająca historia o zmianie jaka się w bohaterach dokonuje, o pokonywanym trudzie, walce z samym sobą itp. itd. The North, bo taki jest oryginalny tytuł produkcji, którą wprowadza na ekrany Gutek Film mam wrażenie iż z założenia miał być trochę inny. Surowe krajobrazy Szkocji mogą zachwycić, ale ten film nie próbuje do nas się jakoś umizgiwać w stylu "zobacz jak jest pięknie". Bez ścieżki dźwiękowej, kompletnie ignorując zasady typu "po deszczu zawsze pokaż piękne słońce", chwilami jakbyśmy uczestniczyli w paradokumencie. Te pogaduchy po drodze to jakoś ot tak, naturalnie, a nie żaden tam wykoncypowany scenariusz... Może przesadzam, ale naprawdę można odnieść takie wrażenie.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Blue Sky Mentality - Good Neighbours, czyli lato idzie kochani

A co mi tam, muzycznie ostatnio w zupełnie innych klimatach, ale lato i wakacje mają swoje prawa i musi znaleźć się coś lżejszego, prawda? I co z tego, że może nie powala oryginalnością? Za to nóżka się kiwa i słucha się sympatycznie no i od pierwszych dźwięków od razu robi się wakacyjnie. 

Jest optymistycznie, tanecznie, radośnie i tak właśnie ma być. Nawet jeżeli w tekstach jest trochę poważniej. Ma po prostu wpadać w ucho. 

I nie marudź że to brzmi jak muzyka z sieci fastfoodowej gdzie chyba AI im po prostu wszystko produkuje, nie mów że nie zapamiętasz żadnego utworu na dłużej. Jakby Ci grali go po kilka razy na dobę, jak inne "przeboje" to być zapamiętał a może i pokochał. Takie to już czasy że lubi się głównie to co znane...

niedziela, 14 czerwca 2026

Złotowłosy, czyli pomarańczowe znikanie w Czarnej Dziurze

Nowe miejsce na kulturalnej mapie Warszawy, czyli „Przestrzeń 71” to tymczasowa siedziba Teatru Druga Strefa na czas remontu - Modzelewskiego 71. Jednak atmosfera ta sama – kameralne wnętrze, uśmiechnięci ludzie, dyrektor sprawdza bilety 😊. Ta „nowa” przestrzeń teatralna nadal daje głos ludziom młodym, tym którzy mówią o sobie także własnym głosem, a nie tekstem innych. Na tej scenie może stanąć teatr z zagranicy, performer czy iluzjonista. Teatr nieszablonowy, ciekawy, myślący. Również dający przestrzeń inności. 

 

Spektakl „Złotowłosy” to coś pomiędzy monodramem a muzodramem. Intymna opowieść dopełniana dźwiękiem. Opowieść o dziecku/mężczyźnie z włosami koloru starego złota… czyli rudym. Opowieść rozpięta między dzieciństwem w objęciach kochającej matki a wiekiem przed pięćdziesiątką, kiedy zaczynamy spoglądać na nie wstecz. Kiedy zaczynamy wspominać i rozliczać: czego w naszym życiu było najwięcej, co najlepiej pamiętamy, do czego przywykliśmy nawet wbrew sobie.

sobota, 13 czerwca 2026

Gorath. Uderz pierwszy - Janusz Stankiewicz, czyli zabijam choć tak naprawdę wcale tak bardzo tego nie lubię...

Dzięki Marcie Sinister Project nie jest dla mnie jakimś anonimowym tworem, miałem okazję poznać ich na spotkaniu autorskim, więc od dawna obiecywałem sobie, że wreszcie zacznę przygodę z ich książkami. Dobrowolski już się jakiś czas z jednym tytułem pojawił, pora więc na drugi z filarów tego projektu wydawniczego, czyli Stankiewicza. I powiem Wam, że jest naprawdę nieźle - to ma rozmach, rozbudowaną fabułę, odpowiednio dużo akcji... Co prawda chwilami można się zagubić w kierunku w którym to wszystko zmierza, ale cierpliwości, autor nie chciał poprzestać na jednej książce, z góry zakładając sobie kontynuację. 

I tak oto poznajemy gościa, o którym niewiele wiemy, gdy przyciśnięty trochę do ściany podejmuje się zadania, które będzie wymagać od niego by wkraść się w szeregi pewnej bandy. Nie będzie to proste, bo najpierw musi udowodnić że jest równie bezwzględny jak oni, a potem gdy już go zaakceptują i będzie znał ich sekrety, ma doprowadzić do zlikwidowania całej grupy. Toż to misja wyglądająca niczym czystej wody samobójstwo, takie połączenie pracy pod przykrywką z glejtem "wszystko ci wolno" byle zadanie zostało wykonane. 

A my w dodatku czujemy, że Gorath nie lubi być stawiany pod ścianą i od początku ma ochotę wykręcić jakiś numer, byle tylko wywinąć się z całej tej historii bez noża wbitego w pierś albo co gorsza w plecy. 

piątek, 12 czerwca 2026

Złodziej czasu. Łowcy tajemnic - Michał Kuźmiński, czyli to miały być najgorsze wakacje w ich życiu

Książek dla dzieci i młodszych nastolatków pojawia się ostatnimi czasy coraz więcej i to ogromnie cieszy. Spora część z nich oferuje jakąś dawkę przygód, czasem magii, a przy okazji może trochę pozytywnych wzmocnień i pochwałę otwartości i przyjaźni. Czasem trafiają się jakieś ciekawe lokacje, zwykle jednak są jedynie tłem. Dużo rzadziej udaje się pokazać w ciekawy sposób historię, zainteresować jakimiś wydarzeniami, postaciami. A przecież wszyscy wiemy, że najlepszym sposobem na to by połknąć takiego bakcyla jest możliwość zetknięcia się z nim na żywo. Dotknąć, zaangażować się, poczuć coś... 

Zwykle jednak to jest ta "wielka" historia, znane wydarzenia, które ktoś próbuje przybliżyć młodemu czytelnikowi. Trudniej przecież nie opowiadać jedynie o bohaterstwie, zwycięstwach czy klęskach, ale pokazać losy zwykłych ludzi, opowiedzieć o konsekwencjach tych wydarzeń.  

To właśnie może spodobać się w Złodzieju czasu, który zdaje się jest pierwszym tomem większego cyklu. To historia dwójki dzieciaków: jedenastoletniej Doroty i siedmioletniego Daniela, których rodzice postanowili po raz pierwszy wysłać na wakacje do dalszych krewnych. Bez nich? Bez atrakcji? Na wieś? Nie zagranicę? No jak to? 

czwartek, 11 czerwca 2026

Harry Hole, czyli dwa oblicza policji

Niby załapałem się na parę tomów najsłynniejszego cyklu Jo Nesbø i podobało się to co w nich znalazłem, jednak jakoś nigdy nie stałem się jakimś zagorzałym fanem, czyli nie zaskoczyło mnie to tak bardzo, bym uznał te kryminały za wyjątkowe. Może dlatego do ekranizacji podchodziłem bez wielkich emocji i obaw, bo wiadomo że trudno sprostać oczekiwaniom znających książki na wylot. Podchodząc spokojnie do tego co przygotował Netflix, powiem że wyszło całkiem nieźle, choć warto by pewnie popracować nad pewnymi detalami, bo mogą wydawać się widzom mało wyjaśnione i jakby wprowadzone na siłę. 

Tobias Santelmann jest bliski temu jak wyobrażałem sobie bohatera, pokazano jego dość specyficzny stosunek do otoczenia i podejście do pracy, bardziej intuicyjne niż proceduralne. A że trochę trudno uwierzyć w to, że raz pije na umów a potem spokojnie potrafi odstawić alkohol i funkcjonować niczym supermen, to już przemilczmy. W kryminałach skupiamy się przede wszystkim na fabule oraz na tym czy zakończenie będzie zaskakujące i czy nie rozczaruje. 

wtorek, 9 czerwca 2026

Akord - W.P. Rdzanek, czyli żeby ratować ludzkość niektórzy akceptują konieczność ofiar

Rdzanek zdaje się pokusił się na coś podobnego co napisał Szamałek, czyli dość rozbudowaną i bogatą w różne wątki trylogię, w której poza trzymającą w napięciu akcją, stara się też ostrzegać przed różnymi zagrożeniami. Tyle że Ukryta sieć była czymś w rodzaju thrillera kryminalnego, a w trylogii Rdzanka tempo jest szybsze, przeskakujemy z jednej lokacji do kolejnej, a co do ostrzeżeń chwilami ma się wrażenie, że fantazja trochę autora poniosła. A może to tylko moje wrażenie?

Generalnie czyta się to fajnie, choć chwilami mam wrażenie że można by było dopracować sceny i dialogi, żeby nie były tak sztuczne. O pierwszym tomie pisałem tak. Dzieje się sporo, intryga jest gęsta, a nawet jeżeli coś wydaje nam się mało prawdopodobne lub naciągane, zrzućmy to prostu na pewną konwencję gatunkową. W końcu nie od dziś zagrożenia i ich źródło w literaturze sensacyjnej jest trochę wyolbrzymiane - to z jednej strony ostrzeżenie, ale i pewnego rodzaju demonizacja, by "nasi" wypadli bardziej bohatersko. Kupuję też wykorzystywanie odwołań do tego co napisali inni, zwłaszcza że jest to świadoma gra - w końcu postacie też czytają i mogą się porównywać z jakimiś postaciami (Lisbeth Salander). 

Powracają postacie z tomu pierwszego, ale autor zbudował wszystko tak, że to niezależna powieść. Niby lepiej czytać po kolei, to jednak oddzielne historie. Kapitan ABW Zygmunt Fiszer zajmujący się cyberzagrożeniami, Ewa Dzik z Policji, która ma pomaga, zaprzyjaźnieni z nimi od poprzedniej historii znany adwokat, jego miłość i uzdolniona artystka, czy uzdolniony informatyk, czy jego była dziewczyna, pracująca również w kancelarii adwokackiej, powrócą w mniejszych lub większych fragmentach, by pomóc w rozwiązaniu sprawy. 

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Czytając Lolitę w Teheranie, czyli jakie myśli kryją się pod hidżabem

Tak wiele dobrego słyszałem o powieści Czytając Lolitę w Teheranie, że po ekranizacji sporo sobie obiecywałem. O ile nic nie wiedzieliście o sytuacji w Iranie, o rewolucji islamskiej, o sytuacji kobiet, może i znajdziecie tu coś ciekawego dla siebie, jeżeli jednak cokolwiek już na ten temat wiecie, obawiam się że podobnie jak ja będziecie ciut rozczarowani. Oczywiście można by rozpatrywać ten film pod względem aktorstwa, zawartych w nim emocji, jeżeli jednak na etapie scenariusza nie znaleziono dobrego pomysłu na to jak pokazać pewne rzeczy, potem już niewiele można było zrobić. Po prostu poza postacią głównej bohaterki, czyli wykładowczyni literatury angielskiej, pozostałe postacie pozostają dla nas dość zagadkowe, niewiele się o nich dowiemy. I nawet jeżeli pojawi się jakiś dramatyczny wątek, to nie budzi on wielkich emocji, skoro to dla nas postacie prawie anonimowe. 

Uh oh - Patrick Watson, czyli gdy sam tracisz głos

Jak trafiam na różne rzeczy muzyczne? Czasem przychodzi na skrzynkę info o nowościach płytowych, ale dużo częściej ostatnio korzystam ze Spotify, sprawdzam, szukam, jeżeli coś się gdzieś pojawi i jak zaciekawi to słucham w większej dawce. A jak nie zaskoczy? To idę dalej, ale czasem klikając: pokaż podobne. I tak miałem przy tym odkryciu: sprawdzałem sobie gdzieś poleconą nazwę The Cinematic Orchestra, jakoś nie zażarło od razu i kliknąłem dalej na podobne... I oto przypadkiem trafiam na kanadyjskiego artystę którego krążek zachwyca mnie klimatem, intymnością, różnorodnością. Czasem to coś zbliżonego do kochanego przeze mnie Beirutu, czasem coś dużo bardziej kameralnego. I może właśnie w tej różnorodności jest siła?


Peter Watson miał przez pewien czas duże trudności z głosem, nie mógł nagrywać, a nawet mówić, nie załamał się jednak, tylko wpadł na pomysł by zaprosić do współpracy innych wokalistów. i tak właśnie powstał ten przedziwny album. Koniec kariery? Zrobię to na własnych zasadach. Na szczęście również i on mógł się pojawić po tych kilku miesiącach lęku ze swoim głosem.

niedziela, 7 czerwca 2026

Aglo. Bańką po Śląsku - Zbigniew Rokita, czyli pamięć, nostalgia, odrębność

Wciąż w planach mam lekturę Kajś, obiecuję sobie, a potem wciąż odkładam, a tu proszę - przypadkiem trafia w moje ręce nowsza książka tego autora. Również reportaż o Śląsku, z ciekawym pomysłem i masą ciekawostek. I powiem Wam że jeszcze bardziej narobiło mi to smaka do innych jego tytułów. Zbigniew Rokita bowiem czujemy że kocha ten region, ludzi, a jednocześnie wcale nie jest to miłość ślepa, potrafi pokazać wątpliwości i różne strony spraw dyskutowanych i tych gdzie opinie są mocno podzielone. Zabiera nas w podróż tramwajem, najdłuższą linią aglomeracji i jednocześnie funduje podróż w przestrzeni i w czasie. Będzie tu bowiem trochę historii, trochę współczesności. Czyta się to trochę jak felietony, bo też nie zawsze są one jakoś wyraźnie połączone a sprawy są "od sasa do lasa" - tu piłka nożna, tu strzelanie go górników w Wujku, tu jakieś refleksje na temat polityki i walki o uznanie wyjątkowego statusu Śląska, a tu znowu sentymentalne spojrzenie na rozwój przemysłu. Dużo w tym samego autora, jego odczuć, tego co nosi w sercu, wspomnień, a dopiero to rozbudowuje o dalsze informacje. Oglądany jego oczami Śląsk na pewno nie jest idealny, ale też pewnie i tak piękniejszy niż może wydawać się na co dzień tym, którzy tam żyją. Generalnie gdy pisze o historii, o tradycjach, czuje się dużo więcej ciepła, co do współczesności więcej jest sceptycyzmu. 

sobota, 6 czerwca 2026

Czas pokaże - Mart Kozłowska, czyli ostatni normalny człowiek na ziemi

To dziś jeszcze jedna zaległa lektura i druga notka jakoś nawiązująca do klimatów fantastycznych. Choć nie wiem czy Marta Kozłowska by się nie obraziła za wpisanie jej w jakieś ramy gatunkowe - rzeczywiście z nich czerpie dość swobodnie, a zamiast grozy raczej spodziewajcie się satyrycznej postapokalipsy. 

Cieniutka książka potrafi jednak zaskoczyć, trochę właśnie przemieszaniem scen brutalnych i aż przerysowanych, z tonem w jakim zmierza, bo ten ma raczej prawie dydaktyczny smrodek. Im bliżej finału i im więcej wiemy (czy też domyślamy się) o co w tym wszystkim chodzi, tym bardziej jej diagnozy mogą rozczarować i okazać się zbyt miałkie. Może gdyby początkowy horror i zagadkowość utrzymać było ciekawiej?

Malowany człowiek t. 2 - Peter V. Brett, czyli niech cię mrok pochłonie za dzielenie książki na pół i wydawanie jako dwóch tomów

Niezależnie od kretyńskiego pomysłu dzielenia książek na połowy i wydawania oddzielnie (koszmar), skoro na razie utknąłem w Pustynnej włóczni, czyli kontynuacji Malowanego człowieka, to przecież winien jestem i sobie i Wam choć kilka zdań na temat drugiego tomu. Przeskakiwanie od jednej postaci do drugiej na pewno trochę wybija z rytmu, domyślamy się jednak przecież że ich losy prędzej czy później się splotą. O ile w pierwszym tomie mieliśmy do czynienia z małolatami, którzy dopiero uczyli się życia, teraz widzimy ich już silniejszych, bardziej pewnych siebie, nie tylko przekonanych co do tego że z otchłańcami trzeba walczyć, ale i potrafiących zmotywować do tego samego również innych. Czujemy po prostu, że każde z nich będzie miało tu do odegrania ważną rolę, ale i różne będą ich ścieżki. Samotna walka, czy dar pociągania za sobą innych, dodawania otuchy i odwagi. A może umiejętność leczenia, tak potrzebna, gdy wszyscy uważają, że nawet najmniejsza rana oznacza skazanie na śmierć...

piątek, 5 czerwca 2026

Negatyw - Mariusz Kanios, czyli tego już nie da się naprawić?

Podobno to domknięcie trylogii i nie będzie już powrotu do bohatera, który po porzuceniu kapłaństwa poszedł wcielać ideały i wartości do prokuratury. Szkoda, ale rozumiem też autora, który nie chce zarżnąć historii, chcąc pozostawić czytelników z jak najlepszymi wrażeniami. Trzy historie z Michałem Stróżem, każda trochę inna, mają wszystko to co lubi się w kryminałach, jakieś ciekawe tło społeczne, zagadkę do rozwikłania, umiejętnie rozłożone akcenty pomiędzy akcją współczesną, a powolnym ujawnianiem tego co doprowadziło do tragedii. 
Tym razem Kanios wszedł w świat używek, osób z uzależnieniem oraz tych, którzy na nich żerują. To często tragedie całych rodzin, szczególnie jeżeli w świat narkotyków wchodzą ludzie bardzo młodzi, jeszcze nieletni. Społeczeństwo bardzo często lubi szybko osądzać: skoro ktoś kradnie, prostytuuje się, stracił dom, jest zdolny do wszystkiego by zdobyć kolejną działkę, raczej nie zasługuje na zaufanie i pomoc, no chyba że sam zdecyduje się na proces leczenie i udowodni że poradził sobie z problemem. Tymczasem często potrzebna jest ta pomoc już na etapie podejmowania decyzji o leczeniu, by poradzić sobie z rzeczywistością która wydaje się bez wyjścia, by zobaczyć nadzieję, by opanować lęk. 

czwartek, 4 czerwca 2026

Przed wschodem/przed zachodem, czyli to tylko/aż jeden dzień

MaGa: Premiera kolejnej sztuki Teatru WARSawy odbyła się w grudniu 2025 roku, ale dopiero teraz zdołałam ją obejrzeć. Ten urokliwy spektakl zagrany na gościnnych deskach Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego większość widzów przeniesie w krainę pierwszych zauroczeń i pierwszych uczuć, co zapewne wywoła nutkę nostalgii.


Robert: Nie ukrywam, że po stracie sceny przez Teatr WARSawy mocno brakuje mi regularnych spektakli od tego teamu, na szczęście Adam Sajnuk jako reżyser pojawia się też w innych miejscach. Korzystanie z gościnnych scen na pewno utrudnia jakąś regularność w pokazach, cieszy jednak że wciąż pojawiają się nowe rzeczy. Choć szczerze przyznam, iż Przed wschodem/Przed zachodem uważam za jedną ze słabszych rzeczy w repertuarze tego teatru i tego reżysera. Nie tylko dlatego że porównania do filmu (pisałem o nim tak) wciąż są w głowie. Po prostu nie udaje się wyjść poza to jedno spotkanie (w trylogii się udało), pozostajemy więc trochę na banalnych dialogach w miarę młodych ludzi, którzy z jednej strony są siebie ciekawi, a z drugiej nie są gotowi by się deklarować na coś stałego. 

środa, 3 czerwca 2026

Camino Primitivo, czyli po prostu Droga

Obiecałem wczoraj na FB bloga że wrzucę jeden post z wyjaśnieniem dłuższej nieobecności, ale być może nawet nie udało się tego zauważyć - naszykowałem odpowiednią ilość wpisów i po raz kolejny udało się na Notatniku zamknąć miesiąc zgodnie z planem. 

Powodem nieobecności była pielgrzymka - już po raz drugi do Santiago de Compostela, trochę inną drogą, trochę w innych warunkach, może też w trochę innej kondycji psychicznej i fizycznej. 

Na swoim profilu prywatnym na FB robiłem relację z filmikami i zdjęciami, postanowiłem jednak że i na Notatnik coś wrzucę. Tak dawno nie robiłem relacji podróżniczych z żadnych wypraw, choć w przeszłości się to zdarzało. Głównie kiedyś jako pewnego rodzaju polecajki przy wypadach z dziećmi, niech to będzie też jakiś rodzaj uchwycenia pewnej chwili, emocji, wrażenia. Zapraszam więc do przeglądania zdjęć, a jakby co można pisać na maila jeżeli ktoś będzie miał pytania. 

wtorek, 2 czerwca 2026

Live at the Acropolis - Asaf Avidan, czyli cóż to za głos!

Asaf Avidan. Mówi Wam to coś? 

Większości pewnie kompletnie nic, podobnie jak mi. To teraz wrzućcie sobie w jakiś odtwarzacz, wyszukiwarkę utwór Reckoning song. I co? Znacie? Jasne że znacie. Gość miał kupę szczęścia że błysnął tym jednym kawałkiem, zdobył na tyle dużą popularność, że koncertuje, nagrywa, jeździ po świecie i bynajmniej nie jest artystą tego jednego przeboju. Może po prostu nie potrzebuje więcej takiego rozgłosu. Tam zresztą chodziło o remiks, który bardzo mocno odbiega od oryginału. 

Gdy słuchasz jego emocjonalnych numerów myślisz sobie: kurcze to takie intymne, osobiste, nie banalizujmy tego, nie wsłuchując się w słowa, a jedynie bujając do rytmu, bo melodia fajna. 

Proszę Państwa - kolejne moje odkrycie muzyczne, którym chcę się podzielić: Asaf Avidan. Wow! Co za głos! Ta chrypka, a jednocześnie te wysokie tony. 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Zaleca się kota - Syō Ishida, czyli każdy potrzebuje bliskości

Na Dzień dziecka, pozycja idealna, choć raczej nie dla dzieci. Któż jednak potrafi oprzeć się prośbie dziecka? To równie trudne jak oparcie się kociemu spojrzeniu. A w tej książce to spojrzenie jest kluczem. Z początku może wydawałoby się absurdalnym - jak otrzymanie kota ma pomóc w rozwiązaniu jakichś problemów np. bezsenności... Każdy jednak kto już kota miał, ten wie jaka dzieje się magia. 

Czy to działa w każdym przypadku? Ano przekonajcie się czy tak przedziwna recepta od lekarza, do którego ludzie trafiają jedynie z polecenia, przynosi jakieś efekty i czy zawsze takie jakich się spodziewamy. 
 

Zagonieni, może popadnąwszy w rutynę, w jakieś lęki, depresje, poddając się stresowi, zapominamy często o tym ile w życiu może być radości i miłych chwil. Gdy stajemy się za kogoś odpowiedzialni, obdarzając kogoś troską, karmiąc, bawiąc i myśląc cały dzień, niby raczej sobie dokładamy trochę obowiązków. Za to...

sobota, 30 maja 2026

Za tobą - Kelly Luce, czyli być "obcym" nigdy nie było łatwo

Okładka zdawać by się mogło zapowiada jakiś kryminał albo thriller, obiecuje tajemnicę, tymczasem "Za Tobą" ma więcej wspólnego z powieścią obyczajową, może z mocnym wątkiem psychologicznym, niż z jakąś intrygą. Tajemnica niby jest, choć ona dość szybko przed nami jest odsłonięta, bo to raczej otoczenie nie wie wszystkiego o bohaterce, a my czytelnicy znamy jej przeszłość i rozumiemy też dlaczego chce ją ukrywać.  

Dziś Rio wiedzie szczęśliwie życie. Ma rodzinę, spełnia się zawodowo, biega maratony. Z Japonią, w której się urodziła i wychowała wiążą ją jedynie rysy twarzy. Gdy pewnego dnia otrzymuje list z zawiadomieniem o śmierci ojca, Rio, a właściwie Chizuru, bo takie jest jej oryginalne imię które potem zmieniła, będzie musiała wrócić do domu i stawić czoła temu, o czym przez całe życie usiłowała zapomnieć. 

Jej ojciec był dumą narodową - muzykiem, który wzruszał i poprzez swoją niepełnosprawność dawał przykład tego że pracą można osiągnąć wszystko. Niestety nie tylko był człowiekiem, który trochę potwierdzał stereotypy o surowych, nie okazujących uczuć Japończykach, ale perfekcjonistą oczekującym iż ze względu na miejsce zamieszkania córka będzie starała się przyjąć kulturę i zasady jego, a nie matki, wolnego ducha, artystki ze Stanów Zjednoczonych. 

czwartek, 28 maja 2026

Łup, czyli przecież nam się należy

Matt Damon i Ben Affeck - już te dwa nazwiska mogą wywołać wypieki u niejednego widza i chęć na seans. A jeżeli to jest sensacja, to już obiecujemy sobie coś więcej niż jakieś "zabili go i uciekł". Trochę jednak ten "Łup" przekombinowany - długo buduje się napięcie, jakąś zagadkową atmosferę, a potem zbyt szybko i zbyt łopatologicznie próbuje się to wszystko rozwiązać w dodatku podkręcając tempo. 

Niby ogląda się to całkiem fajnie, ale gdzie tam do tej ekscytacji jaka towarzyszyła nam kiedyś przy seansach Infiltracji czy Gorączki. "Łup" w porównaniu z klasykami wypada dość blado, po prostu jak kolejna historyjka o twardych facetach narażonych na dużej pokusy. Gdy jesteś gliną i dostaniesz cynk o baaardzo dużej kasie z narkotyków, to nie masz chęci by choć trochę przytulić dla siebie? W końcu płacą ci marnie, a wciąż narażasz życie. 

środa, 27 maja 2026

Złoty róg - Maryla Szymiczkowa, czyli skandal sezonu i ten szalony Wyspiański

Z dużą przyjemnością wracam do tego cyklu ze śledztwami profesorowej Szczupaczyńskiej, choć nie ukrywam że trochę zaskoczył mnie ten tom. Może ze względu na to że dotąd różne smaczki historyczne były jedynie dodatkiem do kryminalnej intrygi, a teraz "Wesele" stało się kanwą całej fabuły. Bohaterka uczestniczy w pamiętnym wydarzeniu, które potem zostało opisane w dramacie, większość postaci znamy właśnie z tekstu Wyspiańskiego, a różne komentarze profesorowej pozwalają na wyobrażenie sobie jak "elita" krakowska na to wszystko patrzyła. Rewolucjoniści? A fe... Po co taki nieporządek. Jak świat światem pewna klasowość była podstawą ich życia, a najjaśniejszy Pan Franciszek Józef był rękojmią zachowania tego ładu i powolnego rozwoju. 


Ale jest coś jeszcze. Wyobrażałem sobie Szczupaczyńską jako stateczną matronę, dbającą o opinię i pozory, a tu autorzy (bo za pseudonimem Szymiczkowej kryją się Dehnel i Tarczyński) wrzucają bohaterkę w romans i porywy serca. Ach, jakże to tak? Aż się boję co wymyślą w kolejnym tomie, który już jest opublikowany, ale jeszcze jest przede mną. 

wtorek, 26 maja 2026

Prałat, czyli nie zasługujesz na spektakl o sobie

Zbieram się i zbieram do napisania o "Prałacie" z Teatru TV, spektaklu dyskutowanym, chwalonym, a ja mam jakoś mieszane odczucia wobec niego. To nie jest tak, że postać Księdza Henryka Jankowskiego nie zasługuje na ostrą ocenę czy obronę, jednak pewne zabiegi zastosowane przez Michała Kmiecika i Marcina Libera nie do końca rozumiem. 

Przecież próba zmiany perspektywy: powiedzmy coś wreszcie z punktu widzenia ofiar, a nie sprawcy, nie czyńmy go najważniejszą i najciekawszą postacią i tak nie do końca się udaje - to właśnie jego postać grana przez Rafała Dziwisza stoi w centrum, nawet jeżeli próbujemy ją ośmieszać i czynić słabą. Ba, powiem nawet więcej: narracja "to ja jako diabeł go namówiłem" i Jankowskiego "to nie moja wina", raczej powiedziałbym że rozmywa zbrodnie i całe czynione zło, niż je podkreśla. 

Postać "Złego" (Juliusz Chrząstowski), który czuje się dumny z tego jak wodzi na pokuszenie i podsuwa różne swoje wskazówki by rozszerzać ciemność na ziemi może i jest ciekawa, stawianie jednak znaku równości pomiędzy pedofilią, strzelaniem do robotników czy wyborem papieża jako przejawami zła, wydaje się słabym żartem albo grubą prowokacją.  
Brawa na pewno za podjęcie tematu. Zobaczenie postaci trzęsącej się ze strachu, tłumaczącej, zamiast pełnego pychy prałata (on nigdy nie przepraszał za swoje słowa i czyny) daje też jakąś satysfakcję - nie umknął on sprawiedliwości jak w rzeczywistości. 

niedziela, 24 maja 2026

Reporterki - Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, czyli czemu właśnie non-fiction

Jakiś czas temu pisałem o wywiadzie rzece z Małgorzatą Szejnert i od razu wspominałem, że powróci ona wkrótce na Notatnik nie tylko ze swoimi reportażami, ale w jeszcze jednej publikacji poniekąd wspomnieniowej. Tym razem jednak nie sama. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska zebrała w swojej publikacji ponad 20 autorek literatury non-fiction, z różnych pokoleń i z różnym dorobkiem. Kiedyś przecież jedynie niektórym udawało się opublikować książki, w większości ich praca ograniczała się do mniejszych form, do prasy. Dziś ten gatunek sprzedaje się jak ciepłe bułeczki więc i nie trzeba panikować że nie ma się etatu i zaczepienia w konkretnej redakcji. 

"Reporterki" mogą zaciekawić, bo to chyba pierwsze zebranie postaci kobiecych wykonujących prace reporterek. Dotąd może o nich wspominano, zawsze jednak na tle mężczyzn. Teraz mogą też opowiedzieć o tym jak było im jako kobietom, w zawodzie gdzie przez długi czas dominowali faceci. 

Ciekawa jest również koncepcja jaką przyjęła Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, tak jakby prezentując sylwetki swoich bohaterek, robiąc im cudowne portrety fotograficzne, ale wycofując się zupełnie ze swoją obecnością z samych rozmów. Możemy się jedynie domyślać w jaki sposób podsuwała tematy i wątki, w teście bowiem widzimy jedynie rwane na różne fragmenty słowa samych reporterek. Tak jakby od jakiegoś skojarzenia, rzuconego słowa, przechodziły z jednej historii do drugiej, nie łącząc ich w żaden sposób. 

sobota, 23 maja 2026

Umińska, czyli kochałam, zabiłam, a sama żyję choć nie wiem po co

Wśród różnych wypadów teatralnych zdarza mi się korzystać z zaproszeń na spektakle, które można nazwać bardziej "efemerycznymi", czyli granymi na zaprzyjaźnionych scenach, rzadko, na niewielkich salach. Czasem nawet czuję się rozdarty - jak mam coś polecać innym, skoro nie wiadomo czy dadzą radę w ogóle to gdzieś upolować. W przypadku "Umińskiej" wiem o jeszcze jednym terminie tj. 19 czerwca i w sprawie wejściówek warto uderzać do Białołęckiego Ośrodka Kultury "Przystań" na Modlińskiej w Warszawie. Czy będą kolejne pokazy nawet nie wiem. 


Nie mówi Wam nic nazwisko wymienione w tytule? Tym bardziej ukłony dla twórców spektaklu i Fundacji Związek Impulsywny za opowiedzenie tej historii, bo też jest ciekawa jak mało która. Stanisława Umińska była utalentowaną aktorką w latach 20-stych XX wieku Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana w Warszawie. Zdolna, młodziutka dziewczyna zwróciła na siebie uwagę, dość szybko jednak nawiązała związek, który naznaczył jej całe życie. Zakochana z wzajemnością w jednym z najbardziej utalentowanych artystów tego czasu – Janie Żyznowskim (dziś też mało znanym, bo cenzura w PRL zacierała ślady po jego twórczości podobnie jak np. w przypadku Ossendowskiego), mężczyźnie sporo starszym od siebie, miała nadzieję na bajkę...

piątek, 22 maja 2026

To nie jest rozmowa na telefon - Jakub Bączykowski, czyli czy mam jeszcze prawo żyć po swojemu

Jakub Bączykowski w ubiegłym roku gdy skrzyknął w Warszawie grupkę swoich czytelników, trochę ciągnął nas za język dopytując o nasze zdanie: czy dziadkowie mają prawo odmówić pomocy swoim dzieciom przy wnukach. I proszę - oto widzę jak wykorzystał pomysł który wtedy chodził mu po głowie i nurtujące go pytania. Pewnie w zależności od wieku i od swoich doświadczeń i wy byście odpowiedzieli różnie: "co to za problem na emeryturze pomóc swoim dzieciom" albo "nie jestem darmową siłą roboczą, teraz chcę odpoczywać bo już swoje w życiu zrobiłam". Przyglądanie się takim refleksjom które chodzą po głowie bohaterce, wyrzutom sumienia, miłości do wnuków ale i złości czy frustracji, która czasem przychodzi, jest nawet ciekawe, więc mimo że nie znajdziecie w tej powieści wielkich dramatów, pewnie lektura Was nie rozczaruje. 

To wszystko jest takie... Zwyczajne. Życiowe sprawy, rozmowy, obawy o najbliższych, marzenia, plany, a potem jakieś kłopoty które to wszystko niszczą. Bączykowski już kilka razy udowodnił że potrafi pisać historie, które są gdzieś na pograniczu literatury obyczajowej, ale z dobrze rozbudowanym tłem psychologicznym. A może powinienem napisać emocjonalnym? 

czwartek, 21 maja 2026

Breslau, czyli niby klimat jest...

Disney plus jakiś czas temu wypuścił mocno reklamowany serial Breslau, chyba próbując udowodnić że może robić produkcje równie ciekawe i omawiane przez widzów jak i Netflix czy HBO, im też przecież nie zawsze się udaje, więc nie ma co rozdzierać szat, tylko szukać nowych okazji i unikać błędów. Breslau bowiem przypomina trochę produkcje TVP, czyli niezła obsada, słabszy scenariusz, niby dba się o lokacje i detale, ale nie ma to klimatu i przypomina 100 innych produkcji, które widziało się wcześniej. Te same pozy hitlerowców, te same miny, te same ujęcia aut... Ciut za mało, by to był serial wielki. Bo prawda mam jeszcze do nadrobienia Erynie według prozy Krajewskiego i mam nadzieję, że tam będzie lepiej, Breslau jednak przypomniał mi jak często te nasze "retro kryminały" filmowe nie wychodzą poza estetykę Teatru Telewizji. I mam obawy. No nic, może w najbliższych miesiącach sprawdzę i napiszę.  

środa, 20 maja 2026

Spadek po mojemu - Mieczysław Gorzka, czyli a dotąd żyłem sobie tak szczęśliwie

Zachęcony jednym z komentarzy sięgnąłem po najnowszą powieść Mieczysława Gorzki, sprawdzają jak też sobie poradzi w komedii kryminalnej. I jako odskocznia, lekka lekturka bez konieczności analizowania każdego detalu fabuły, sprawdza się to całkiem nieźle. Jako komedia, może nie porywa, bo tego humoru aż tak wiele nie ma, raczej chodzi o zwariowany ciąg zdarzeń w jaki wpadają bohaterowie niż o zabawne dialogi czy sytuacje. Gdyby było więcej tych ostatnich, może byłoby jeszcze lepiej? W końcu postać nastoletniego i rezolutnego ministranta pokazuje że autor ma dar do wymyślania postaci wnoszących sporo akcentów humorystycznych. 
Pozostałe postacie, nawet jeżeli bowiem coś zrobią, pomyślą lub powiedzą co może wywołać uśmiech, nie mają aż takiego potencjału komediowego. Ot, choćby dwa bracia, którzy dotąd dość swobodnie trwonili majątek swojego dziadka, nie czując wielkiej potrzeby by utrzymywać ścisłe relacje, a potem wrzuceni w ciąg tak szybkich zdarzeń i takie sytuacje, które wcześniej by im do głowy nie przyszły. Jeden jest księdzem, który musi przekroczyć przykazania i własne sumienie, bo inaczej zostanie bez grosza albo a drugi zdeterminowanym utracjuszem ściganym za hazardowe długi, który musi wykazać się odpowiedzialnością. Sympatyczni, to nie są jednak postacie, które by wnosiły dużo humoru. Może czasem napięcia między nimi go dają, to też jednak niewiele...

wtorek, 19 maja 2026

Buen Camino, czyli jak szalonym trzeba być...

Ja właśnie zaczynam wędrowanie, a tu tuż przed wyjazdem otrzymałem jeszcze cynk o tym że na temat Camino pojawiła się jakaś produkcja filmowa i czy nie chcę jej obejrzeć. No to chciałem. Ale nie wiem czy to był dobry pomysł. W zalewie głupawych komedii czy filmów romantycznych motyw wędrowania do Santiago de Compostela już się pojawiał i nigdy to nie było nawet w ułamku dotknięcie atmosfery pielgrzymki. Zwykle schemat - trud, surowe warunki ale i ucztowanie przy winie każdego wieczora, to taki stereotyp, skoro Hiszpania to musi być radośnie, słonecznie i tylko nie pokazujcie żadnych krzyży, świątyń, symboli i gestów, chyba że żartobliwie je komentując jakie to są passe. Aż się dziwie ile trudu trzeba włożyć by nakręcić czasem tyle ujęć, a jednocześnie nie pokazać tego co przecież widzi się na każdym kilometrze szlaku. Ale nic to... Można mieć tylko nadzieję, że każdy kto wejdzie na drogę, z czasem doświadczy tego wymiaru duchowego, a nie tylko czegoś co próbuje się nam wmówić: to jedynie przygoda i możesz ją zacząć nawet bez żadnego przygotowania... A potem rozczarowania, że "nic nie poczułem", jakby to miały być skarpetki, a nie coś bardzo osobistego. Zabawne jest to że pokazuje się tu wędrówkę jako natychmiastowe zawieranie znajomości, jakby chodziło o zbieranie pospolitego ruszenia, w którym zaczynasz sam a potem masz setki przyjaciół i wędrujecie już razem. Tak bywa, choć nie ma aż takiego wymiaru jak nam się pokazuje...

poniedziałek, 18 maja 2026

Wolny wybieg - Dezerter, czyli zanim uwierzysz w bajkę, zobacz kto na niej zarabia

Ja dziś oddalam się na dwa tygodnie od komputera, ale notek trochę przygotowałem i zobaczymy czy starczy ich na cały ten czas. Może będą krótsze, może będą to rzeczy starsze, ale w czerwcu pewnie powrócę z nową energią... 
 
Dziś choć nie mam ostatnio nastroju na muzę bardzo ostrą, postanowiłem jednak wspomnieć o krążku, po który warto sięgnąć. Płyta króciutka - niecałe 30 minut, ale za to ile energii i jakie przesłanie. Panom trudno odmówić pewnej konsekwencji i wierności swoim zasadom - od 45 lat stanowią idealny przykład tego jak punk rock może nie tylko być wyrazem wściekłości, ale i łączyć ludzi w staraniach o jakieś zmiany. Dezerter to nie są ludzie, którzy by krzyczeli No future i nic więcej. Ich teksty to od lat krytyka wielkich korporacji, bezwzględności kapitalizmu, bezdusznego systemu i skorumpowanej władzy, ale też tego co sami robimy ze sobą, dla siebie, dla swojego otoczenia. 

niedziela, 17 maja 2026

Sweetland - Michael Crummey, czyli piękne choć depresyjne

Jak pisałem jakiś czas temu o powieści "Dziki, mroczny brzeg", która była tak bardzo chwalona, pisałem że mnie jakoś rozczarowała i dokonałem na swój użytek wtedy porównania ze Sweetlandem Crummeya, który czytaliśmy na DKK. Mija długi czas a ja sobie uświadamiam że jeszcze o niej nie napisałem. No to nadrabiam choć kilka zdań. 

Czym mnie urzekł Crummey? Klimatem. Cholera naprawdę człowiek czuje ten wiatr, te fale, to zimno. Czuje głód, samotność, a jednocześnie poczucie szczęścia, że nie ma piękniejszego miejsca. Na wyspie gdzie wszyscy się znają po prostu niewiele może się zdarzyć niespodziewanego, nie zostaniesz zdradzony, oszukany przez kogoś obcego. Nawet jak nosisz za coś urazy, to nie znaczy że będziesz tego kogoś unikał, bo tu wszyscy muszą jakoś być dla siebie wsparciem w razie trudności. Tak surowa idylla z wyboru, bo każdy z nich może kiedyś marzył o innym życiu, ci którzy tego próbowali wcale jednak nie byli szczęśliwi i myśleli jedynie o powrocie. 
 

Gdy jednak społeczność robi się coraz starsza, pojawia się taka myśl, że może jednak warto wyjechać. Dla młodych by mieli szansę i edukację, dla chorych by mieli opiekę, a może i dla siebie by iść za innymi, by nie zostać samemu. 

sobota, 16 maja 2026

Zapętlona, czyli ból jest zawsze, ale cierpienie jest opcjonalne

Najnowsza premiera w Teatrze Polonia to kolejna świetna rola Krystyny Jandy, więc zapowiada się że to będzie spektakl na który bilety będą znikać jak świeże bułeczki (tak jak na Żar).


Jak się dostanie dobry scenariusz, mięsiste dialogi, to i aż przyjemność w tym grać! A "Zapętlona" autorstwa Matthew Lombardo i w świetnym tłumaczeniu Andrzeja Kłosińskiego to wszystko ma. Janda może nie zaskakuje czymś zupełnie nowym, ale wkłada tyle emocji i życia w tę rolę, że ma się ochotę bić brawa na stojąco. Postać Tallulah Bankhead, onegdaj sławnej amerykańskiej aktorki filmowej i teatralnej, dziś pewnie u nas raczej nie budzi żadnych skojarzeń, może jednak właśnie dzięki temu nie oglądamy jedynie portretu konkretnej osoby, a pewien model (niestety powtarzalny), w którym odbija się wiele karier, które skończyły się za szybko. Alkohol, leki, imprezowy styl życia, nieustanny wyścig z czasem, bo to przecież urodzie i młodości zawdzięczało się początek kariery... A potem? Potem najczęściej już jedynie plotki, współczucie albo obgadywanie za plecami. I pustka, której nie zawsze potrafi się zapełnić. 

czwartek, 14 maja 2026

Strzępy - Izabela Grabda, czyli ech rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady

Pamiętam jaki byłem zaskoczony, gdy wydawnictwo PulpBooks, które od początku stawiało na literaturę gatunkową, rozrywkową, thrillery, fantastykę, kryminały, nagle opublikowali książkę z okładką jak z romansu, sztampową aż do bólu. "Odłamki" Izabeli Grabdy okazały się lekturą tyleż lekką, co wykraczającą trochę poza schematy, w ciekawy sposób łączącą pewną narrację bliską powieściom obyczajowym z pewną tajemnicą, odrobiną napięcia i sympatyczną bohaterką (pisałem o tej książce tak). 

I oto pojawia się jakby kontynuacja, ale w sumie wcale nią nie jest. Co prawda znowu pojawiają się Bieszczady, pojawia się również Irmina, którą poznaliśmy w poprzedniej książce, stanowi tu jednak postać raczej poboczną, pojawiającą się dość późno i nie aż tak ważną. "Strzępy" to historia osobna, mająca może w pierwszej połowie podobną narrację, czyli wyczuwalna tajemnica, ale to po prostu opowieść zakochanego mężczyzny. Owszem wyczuwamy, że jego partnerka coś knuje, to wciąż jednak mógł być po prostu jakiś melodramat. 

Made in Poland, czyli ile można czuć się wkurwionym

Jutro coś nowszego, w sobotę może kolejny spektakl, jednak cykl notek teatralnych zaczynam od czegoś starszego. Jak patrzyliśmy na naszą rzeczywistość na przełomie lat 90 i 2000, jak to się zmieniło dziś. Spektakl pełen emocji, języka ulicy, buntu, a jednocześnie mający w sobie prostotę bajki, która stawia bohatera przed wyborami dobra i zła. Tyle że gdy jest totalnie zagubiony, wcale niełatwo mu wybrać. Szuka autorytetów i wciąż się zawodzi, szuka kogoś kto go pokocha, ale czy potrafi to docenić, uszanować...  

Made in Poland w reżyserii Przemysława Wojcieszka ma w sobie surowość, choć dziś pewnie ona nie zaskakuje tak bardzo. Film chyba nas oswoił z brutalnością, ponad 20 lat temu taki spektakl mógł jednak nieźle szokować. 

Zachęcam więc do tego żeby go odnaleźć - jest w całości nagranie profesjonalne dokonane chyba dla telewizji i dostępne na platformie na Y. 
Kapitalna obsada i możliwość zobaczenia ludzi, których znamy potem z zupełnie innych ról, to ogromna frajda. 

środa, 13 maja 2026

Martwa jesteś piękna - Belinda Bauer, czyli to wcale nie morderca musi być najciekawszą postacią

Wreszcie może trochę opróżnię listę thrillerów i kryminałów, które wciąż czekały na opisanie, bo jak się czyta jeden za drugim (teraz Mieczysław Gorzka) to i się zbiera trochę tego. 

"Martwa jesteś piękna" może wydawać się dość schematyczne - seryjny morderca i dziennikarka, którą sobie upodobał i tylko jej podrzuca jakieś wskazówki, z jednej strony pomagając w karierze, z drugiej zaś coraz bardziej ją przerażając. Przecież nikt chyba o zdrowych zmysłach nie chce mieć takiego nieobliczalnego "przyjaciela"... Gdy jednak cisną cię przełożeni, a sprawa staje się tematem numer jeden w mieście, trudno też nie wykorzystać tej szansy, nawet jeżeli ktoś widzi w tym żerowanie na czyjejś śmierci. 

Zabójca ewidentnie gra sobie z policją i społeczeństwem, podrzuca wskazówki, tyle że mało kto potrafi je odczytać. Dopiero bohaterka potrafi rozpoznać to co chce on powiedzieć. 

Zuza Lewandowska. Początek - Jacek Ostrowski, a tak to się zaczęło

Piętnasty tom serii o mecenas Zuzie Lewandowskiej tak naprawdę powinien być tomem pierwszym. Tyle że nie wiem czy wtedy seria miałaby aż tylu fanów. Jej niezaprzeczalną mocną stroną jest bowiem humor, dość ostry charakterek bohaterki, jej stosunek do komuny oraz upodobanie do śledztw kryminalnych. Jacek Ostrowski robi duży krok wstecz, by pokazać nam jak Zuza znalazła się w Płocku, jej pierwsze miesiące rozpoznawania środowiska, pierwszą sprawę kryminalną, znajomości z postaciami, które zajmują dość znaczące miejsce w kolejnych powieściach. I jest to świetny pomysł! Tyle że...

poniedziałek, 11 maja 2026

Momoko Gill w podwójnej dawce, czyli Clay i Momoko

Miało być muzycznie coś ostrzejszego, ale jak to zwykle u mnie bywa, czasem zmieniam coś nawet na ostatnią chwilę. Nie mam nastroju na ostre granie, więc napiszę parę słów o odkryciu sprzed tygodnia, o głosie Momoko Gill. Chyba najpierw trafiłem na jej album solowy zatytułowany po prostu Momoko, fajną mieszankę jazzu, odrobiny jakby etnicznych elementów, soulu. I zachwycił mnie ten głos, jakiś spokój jaki w nim wyczuwam, lekkość z jaką buduje swoje melodie, tak wpadające w ucho, a zarazem w warstwie muzycznej pełne improwizacji, czasem nawet dysharmonii. Jest bardzo ciekawie! I potem dopiero zacząłem grzebać na Spotify że żadna z niej debiutantka, że nagrywała już w wielu składach, choć to rzeczywiście pierwszy jej w pełni solowy projekt. 
No i postanowiłem wspomnieć też o poprzednim krążku, tak innym a zarazem pokazującym jak wokalistka otwarta jest na różne eksperymenty. 

niedziela, 10 maja 2026

Ta kurewska miłość - Petr Šabach, czyli któż nie tęksni za bliskością

Zastanawiałem się czy zaraz po wywiadzie z Szejnert nie dać też inne książki, w której owa bohaterka się znalazła, ale może zostawię sobie to na kolejny tydzień. Dziś zaś jeszcze Šabach. Czytałem chyba wszystkie tomiki wydane przez Wydawnictwo Afera Šabacha, odkrywając jego twarze, zarówno tą bardziej kpiarską, jak i tą bardziej refleksyjną. Taka to już trochę uroda czeskiego humoru, że on jest przesiąknięty takim trochę filozoficznym podejście do życia - obśmiać nawet to co boli, zalać robaka, zagadać, bo może zrobi się ciut lżej, nie być samotnym w tym co wydaje się trudne. Poprzednie książki znajdziecie w notkach na blogu lub w spisie przeczytanych, a ja dziś zapraszam do lektury najnowszego zbiorku opowiadań, już niestety zbiorku pośmiertnego. Tym razem pochylił się nad tematem miłości i jak zwykle zrobił to trochę po swojemu, z empatią przyglądając się naszym zranieniom, z ironią zaś patrząc na nasze oczekiwania, złudzenia i nadzieje.

Jak przeżyć ten przedziwny stan, który odbiera nam czasem zdrowy rozsądek i popycha do najdziwniejszych decyzji? 

Chłodnia czyli grzejnia - Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem, czyli czy byłam zbyt surowa?

ZNAK wydał w ładnej oprawie zbiór reportaży Małgorzaty Szejnert z PRL i chwała za to, a jako pewnego rodzaju bonus równolegle został wydany wywiad rzeka z legendarną reporterką i współtwórczynią polskiej szkoły reportażu. W rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem może znajdziecie jakichś rewolucji i sensacji, będziecie mogli za to trochę lepiej poznać p. Małgorzatę. I w sumie tyle wystarczyłoby za całą notkę o tym tytule. Spora garść wspomnień, zarysowana droga do Gazety Wyborczej, trochę zdjęć, refleksji bohaterki na temat tego co jest ważne w budowaniu ciekawej historii, w rozmawianiu z ludźmi. I tyle. Dla niektórych pewnie będzie to "tylko tyle" a dla innych "aż tyle".

Wiadomo że dla ludzi interesujących się literaturą faktu to postać dość wyjątkowa, ucząca się od najlepszych, ale i ucząca kolejne pokolenia reportażystów, znajdziecie tu więc masę nazwisk, które być może macie na półkach. Raczej nie jako ploteczki, a raczej jakieś wspomnienia, przebłyski z nimi związane.
O cenzurze, o szukaniu tematów, o błędach i sukcesach...

sobota, 9 maja 2026

Mrokowisko - Julia Halladin, czyli nigdy nie zapomnę, nigdy nie wybaczę...

Pomysł na "Mrokowisko" naprawdę może się podobać. Oto dom z mroczną przeszłością, który omijają miejscowi z daleka, piękny ale i noszący w sobie jakąś tajemnicę. Piętnaście lat stał pusty, a oto ktoś próbuje dać mu nowe życie, nie zważając na to, że najwyraźniej obudził jakieś ciemne moce.
 
Matka z córką wchodzą w tą sytuację z jakąś dziwną determinacją, każda widzi w tym jakąś swoją szansę. Starsza chce wyremontować dom i na tym zarobić, choć wymaga to sporo pracy, młodsza początkowo sceptyczna, z czasem dostrzega też dla siebie szansę. Tyle że ją interesują tajemnice domu, a nie remont. Prowadząc podcast o tajemniczych sprawach ma nadzieję, że przyciągnie dużo więcej ludzi, bo tu ma historię na wyłączność. Zaczyna od zaginięcia młodej dziewczyny, zdarzenia które zmieniło los rodziny dawnych właścicieli i przyczyny tego iż dom stał przez tyle lat pusty.