No właśnie - ci którzy spodziewają się horroru, długo będą czekać na jakiś rozwój akcji, klimatu początkowo też raczej niech się nie spodziewają. A ci którzy spodziewają się czegoś ambitniejszego, rozczarowani pewnie będą tym co dzieje się w drugiej połowie filmu, bo to sieczka z wampirami jakby rodem z kina klasy B, gdzie już liczą się jedynie hektolitry krwi, a nie jakiś sens i logika.
Ryan Coogler zabawił się niczym Tarantino i zagrał trochę wszystkim na nosie. Pokazuje napiętą atmosferę amerykańskiego południa, niewolnictwo i niewielką przestrzeń wolności jaką Afroamerykanie wespół z innymi mniejszościami próbują sobie tworzyć - choćby w muzyce. A jednocześnie mimo pewnego realizmu, szuka jakiegoś wyładowania napięcia w scenach nie tylko pełnych przemocy, ale i przewrotnie odwracających role - teraz to ludzie Klanu mają być tymi błagającymi o litość. Bawi się też muzyką, zawieszaniem na chwilę czasu i miejsca, by zafundować nam coś bardziej odjechanego. To wszystko może się podobać, ogląda się fajnie, tylko pytanie czy rzeczywiście można doszukiwać się tu czegoś wielkiego i przełomowego.
Ryan Coogler zabawił się niczym Tarantino i zagrał trochę wszystkim na nosie. Pokazuje napiętą atmosferę amerykańskiego południa, niewolnictwo i niewielką przestrzeń wolności jaką Afroamerykanie wespół z innymi mniejszościami próbują sobie tworzyć - choćby w muzyce. A jednocześnie mimo pewnego realizmu, szuka jakiegoś wyładowania napięcia w scenach nie tylko pełnych przemocy, ale i przewrotnie odwracających role - teraz to ludzie Klanu mają być tymi błagającymi o litość. Bawi się też muzyką, zawieszaniem na chwilę czasu i miejsca, by zafundować nam coś bardziej odjechanego. To wszystko może się podobać, ogląda się fajnie, tylko pytanie czy rzeczywiście można doszukiwać się tu czegoś wielkiego i przełomowego.
W całej tej zabawie z wampirami, jest oczywiście w tle coś poważniejszego - zaduma nad ludzką słabością i skłonnością do grzechu, za który potem spada jakaś kara, mam jednak wrażenie że to trochę na siłę tam dopchnięte kolanem, a i sama końcówka raczej skłania do zupełnie innej refleksji: uważaj na zło, ale żyj po swojemu, by niczego nie żałować. Ojciec, który jest pastorem najchętniej trzymałby całą swoją dziatwę w czterech ścianach, uważają że to będzie dla nich najlepsze, człowiek jednak czasem musi zakosztować wolności, nawet popełnić błędy, po to by poczuć że żyje naprawdę, a nie jak niewolnik. Muzyka jest tu pewnego rodzaju wyzwalaczem, chyba nawet jeszcze bardziej niż alkohol, wyraża tęsknotę za tą swobodą, za marzeniami. W niej mogą poczuć się wolni, nawet jeżeli cały tydzień harują u białych panów.
A że ta muzyka przyciąga nie tylko żywych ale i umarłych... no cóż, to znaczy że niechybnie będzie musiało dojść do jakiejś konfrontacji. To w co chyba już przestali wierzyć, uznali za bajki jakimi ich straszono w dzieciństwie, staje się namacalnym zagrożeniem. I zaczyna się jatka.
Długi wstęp do tej jatki, może trochę się dłużyć, sceny przemocy mogą znowu zniesmaczyć tych co nie przepadają za tego typu horrorami, za to jedno sprawdza się w tym filmie fantastycznie: muzyka! Grzesznicy tętnią zarówno bluesem, muzyką folkową, ale i czymś dużo bardziej współczesnym, w czym wciąż wyczuwa się coś pierwotnego, rytm, energię, pulsację.
Ani to film rozliczeniowy z historią przemocy wobec Afroamerykanów na amerykańskim południu, ani bardzo serio film który ma straszyć, a raczej przedziwna mieszanka wypełniona muzyczną energią. I ja to kupuję. Choć jednocześnie raczej sam w wyścigu oscarowym na tego konia bym nie stawiał.
A że ta muzyka przyciąga nie tylko żywych ale i umarłych... no cóż, to znaczy że niechybnie będzie musiało dojść do jakiejś konfrontacji. To w co chyba już przestali wierzyć, uznali za bajki jakimi ich straszono w dzieciństwie, staje się namacalnym zagrożeniem. I zaczyna się jatka.
Długi wstęp do tej jatki, może trochę się dłużyć, sceny przemocy mogą znowu zniesmaczyć tych co nie przepadają za tego typu horrorami, za to jedno sprawdza się w tym filmie fantastycznie: muzyka! Grzesznicy tętnią zarówno bluesem, muzyką folkową, ale i czymś dużo bardziej współczesnym, w czym wciąż wyczuwa się coś pierwotnego, rytm, energię, pulsację.
Ani to film rozliczeniowy z historią przemocy wobec Afroamerykanów na amerykańskim południu, ani bardzo serio film który ma straszyć, a raczej przedziwna mieszanka wypełniona muzyczną energią. I ja to kupuję. Choć jednocześnie raczej sam w wyścigu oscarowym na tego konia bym nie stawiał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz