I w sumie na tym mógłbym skończyć notkę. Kilka zdań jednak czuję, że powinienem dopisać.
Pierwsza myśl, która wysuwa się przy lekturze "Dzikiego, mrocznego brzegu" to romansidło i to w dodatku nudne. Cała ta otoczka katastrofy ekologicznej, trudnej przeszłości, czy też zagrożenia życia i tajemnic z teraźniejszości, wydaje się jedynie dodatkiem do tego co dzieje się w głowie i sercu Rowan. Ona długo nie tłumaczy czego szukała w łodzi kierującej się na tą wyspę, zamieszkiwaną przez pełniącego tu ostatni dyżur Dominica i jego trójki dzieci. Uratowana z katastrofy, ledwie przeżywszy, od początku czegoś szuka i podejrzewa że jest oszukiwana, że nie mówi się jej całej prawdy. A mimo to z każdym dniem coraz bardziej lgnie do mężczyzny, który jak podejrzewa nie tylko ją oszukuje, ale mógł też zrobić krzywdę jej mężowi. To przecież jego tu szuka, a mimo to romans jakoś przychodzi jej tak lekko jakby nic innego nie było ważne. Bo jest opiekuńczy i kochają go dzieci? Czy dlatego że wisi nad nimi ryzyko tego że nie tylko nikt ich nie uratuje, ale i doprowadzą do zagłady świata, tracąc szansę na uratowanie jedynego na świecie genetycznego banku roślin?
Samotność, lęk, poczucie winy... to wszystko i tak ma być wstępem do pragnienia bliskości, które ma być źródłem przetrwania i nadziei.
Naciągane to wszystko i tyle. Nie dość że nierealne to i kompletnie psychologicznie również mało wiarygodne. Ot powieść w którym emocje, pokonywanie jakichś trudności, traum, rozwiązywanie tajemnic ma być dowodem na wyjątkowość bohaterów, ich siłę i usprawiedliwiać ich romans. Tu kryzys klimatyczny jest jedynie pretekstem, by pokazać ich jako nowych Adama i Ewę (plus wyjątkowo dzielne dzieci), którzy jako jedynie rozumieją zagrożenie i mogą zbudować nadzieję na nowe życie na ziemi.
Ani nie wzrusza, ani nie przeraża. A i klimat Crummey pokazał że można stworzyć dużo ciekawszy.
Nudy i tyle.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz