niedziela, 8 marca 2026

Dziki, mroczny brzeg - Charlotte McConaghy, czyli naciągane to wszystko i tyle

Chyba z dotąd przeczytanych powieści od Filii Literackiej, ta okazała się najsłabsza i jakoś nie bardzo rozumiem zachwyty rozlegające się wokół niej. Ani nie zachwycają opisy surowej scenerii, w której umieszczona jest akcja - niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy, gdy tuż wcześniej przeczytało się choćby Sweetland. Ani nie sprawdza się to jako thriller, bo autorka gubi wątki, wytraca co i rusz temperaturę akcji, próbując pokazywać zagrożenie choć wcale się go nie czuje. Dodam więcej - od strony psychologicznej też jakoś tego nie kupuję - drażnią mnie trochę infantylne przemyślenia nie tylko dzieciaków ale i dorosłych, kompletnie irracjonalne decyzje i zachowania, jakby cały czas powtarzane nam uparcię "nie chcę" jednoznacznie mało prowadzić do "a co mi tam i tak to zrobię". 
 
I w sumie na tym mógłbym skończyć notkę. Kilka zdań jednak czuję, że powinienem dopisać. 

Pierwsza myśl, która wysuwa się przy lekturze "Dzikiego, mrocznego brzegu" to romansidło i to w dodatku nudne. Cała ta otoczka katastrofy ekologicznej, trudnej przeszłości, czy też zagrożenia życia i tajemnic z teraźniejszości, wydaje się jedynie dodatkiem do tego co dzieje się w głowie i sercu Rowan. Ona długo nie tłumaczy czego szukała w łodzi kierującej się na tą wyspę, zamieszkiwaną przez pełniącego tu ostatni dyżur Dominica i jego trójki dzieci. Uratowana z katastrofy, ledwie przeżywszy, od początku czegoś szuka i podejrzewa że jest oszukiwana, że nie mówi się jej całej prawdy. A mimo to z każdym dniem coraz bardziej lgnie do mężczyzny, który jak podejrzewa nie tylko ją oszukuje, ale mógł też zrobić krzywdę jej mężowi. To przecież jego tu szuka, a mimo to romans jakoś przychodzi jej tak lekko jakby nic innego nie było ważne. Bo jest opiekuńczy i kochają go dzieci? Czy dlatego że wisi nad nimi ryzyko tego że nie tylko nikt ich nie uratuje, ale i doprowadzą do zagłady świata, tracąc szansę na uratowanie jedynego na świecie genetycznego banku roślin? 


Samotność, lęk, poczucie winy... to wszystko i tak ma być wstępem do pragnienia bliskości, które ma być źródłem przetrwania i nadziei. 

 
Naciągane to wszystko i tyle. Nie dość że nierealne to i kompletnie psychologicznie również mało wiarygodne. Ot powieść w którym emocje, pokonywanie jakichś trudności, traum, rozwiązywanie tajemnic ma być dowodem na wyjątkowość bohaterów, ich siłę i usprawiedliwiać ich romans. Tu kryzys klimatyczny jest jedynie pretekstem, by pokazać ich jako nowych Adama i Ewę (plus wyjątkowo dzielne dzieci), którzy jako jedynie rozumieją zagrożenie i mogą zbudować nadzieję na nowe życie na ziemi. 

Ani nie wzrusza, ani nie przeraża. A i klimat Crummey pokazał że można stworzyć dużo ciekawszy. 
Nudy i tyle. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz