Dziś trochę starsze tytuły ściągnięte gdzieś z półek, z drugiego rzędu, gdzie dawno nie zaglądałem. Żeby nie było że czytam same nowości.
Lissy i nowy dla mnie autor Luca D'Andrea. Facet rozkochany w północnych Włoszech i to właśnie w górskich terenach umieszcza akcję swoich powieści. Na chłodniejsze wieczory takie rozgrzewające thrillery wielu czytelników przyjmie z radością. I pewnie Lissy może znaleźć swoich zwolenników. Choć może nie porwie szybką akcją, autor przygotował kilka niespodzianek, tajemnic, a przede wszystkim zadbał o klimat.
Oto od bogatego mężczyzny, ucieka dużo młodsza żona. By zabezpieczyć swoją przyszłość, postanawia ukraść mu coś, co tak naprawdę nie należy do niego. Facet od lat budował swoją pozycję niekoniecznie uczciwymi metodami, a kolekcję diamentów otrzymał od ludzi tworzących tzw. konsorcjum, którzy trzęsą całą północną częścią kraju. Miał je spieniężyć, by zdobyć ich zaufanie i wejść na kolejny poziom interesów, tymczasem żona pokrzyżowała mu wszystkie plany. Należy więc ją ukarać, najlepiej razem z kochankiem, który na pewno stał za jej decyzją.
Tymczasem mimo że na poszukiwanie ruszył wytrawny zawodowy zabójca, kobieta jakby zniknęła bez śladu. Dopiero wiosną, może gdy na zasypanych przełęczach przyjdą roztopy, ktoś znajdzie rozbite auto, ale nawet tam nie będzie ciała. Życie bowiem uratował jej mężczyzna, który te góry zna jak własną kieszeń, bo mieszka w nich od dziecka, już od lat samotnie, uznawany powszechnie za dziwaka.
Skoro uratował jej życie, to przecież krzywdy jej nie zrobi, prawda? A przynajmniej możemy mieć taką nadzieję. Wszystko jednak może się zmienić, gdy powoli kobieta będzie opowiadać swoją historię, odkrywać jego tajemnice, ale i planować dalszą drogę.
O ile trochę postać Klausa, samotnego dziwaka chwilami może wydawać się jakby nie z naszych czasów, jakby przerysowana, trzeba przyznać że udało się zgrabnie stworzyć trochę napięcia, doprowadzić do konfrontacji gdzie do końca nie wiemy kto wyjdzie ostatecznie żywy.
Całkiem niezły thriller, a przewrotność w konstrukcji postaci - kto jest dobry a kto zły, sprawia że czyta się to całkiem nieźle.
Z powieści Stachuli mam podobny problem - po raz kolejny autorka udowadnia że potrafi tworzyć klimat zagrożenia, jakby paranoicznej pułapki, gdzie wszystko budzi obawę, ale nie do końca rozumie to otoczenie bohaterki. Ba, może nawet podejrzewać ją o chorobę psychiczną. Gdy jednak przychodzi potem do wyjaśnienia całej zagadki, trochę logika się rozłazi i trudno o pełną satysfakcję przy lekturze. Szczerze? Czytałem lepsze powieści Pani Magdy.
Na pewno potrafi ona w fajny sposób oddać ten specyficzny stan ludzkiej psychiki, gdy czujemy się zagrożeni, gdy dzieją się wokół nas dziwne rzeczy. Dla kobiet to szczególnie bolesne, gdy nie wiedzą co się z nimi działo, gdy zaczynają podejrzewać wykorzystanie. A gdy nadal masz wrażenie, że ktoś jest przy tobie blisko, choć się nie ujawnia, o paraliżujący lęk wcale nie trudno.
Bohaterka próbuje rozwikłać zagadkę tego co ją spotkało, a pomaga jej fakt iż znajduje w sieci podobną historię. Co łączy dwie kobiety w dwóch różnych krajach i z jakiego powodu wybrano właśnie je?
To nie jedna, nie dwie ale aż trzy historie - dwie bohaterki jakby jeszcze na etapie obserwacji przez tajemniczego mężczyznę, a jedna przetrzymywana i torturowana przez (nie wiemy czy tego samego) oprawcę. Ponieważ nie ma jednak jednoznacznych ram czasowych, nie wiemy do końca czy przypadkiem ta trzecia nie jest historią jednej z tych, które dopiero spodziewają się ataku.
Ciekawe, choć bardziej może podobać się budowanie tajemnicy, niż samo rozwiązanie zagadki, bo to ostanie mnie trochę rozczarowało.
Poruszanie się w domysłach, przebijanie się przez mgłę wypartych wspomnień (być może farmakologicznie), amnezję, doszukiwanie się wszędzie sygnałów zagrożenia - to na plus, choć odradzam lekturę jeżeli ktoś jest bardziej wrażliwy na sytuacje mogące wywoływać lęk (wiadomo, wyobraźnia działa).


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz