Niech się nie ekscytują więc ci, którzy mieli nadzieję: ach, wreszcie ktoś odważnie dołoży tym ..., pokaże ich zakłamanie, układy i brudne interesy. To nie jest panflet na prezydenta, na popierające go ugrupowanie. To raczej dramat, w którym widzimy ile bólu, samotności, pychy i kompleksów jest we wszystkich uczestnikach tej gry zwanej władzą.
Bohater Żulczyka jest niczym schodzący przez kolejne poziomy piekła, nigdzie nie znajdując nadziei, wsparcia czy iskry jakiejś siły będącej alternatywą. Polityka, media, służby, niezależnie czy jest to jedna czy druga opcja, prawicowi fanatycy, czy ci którzy sami siebie uznali za elitę intelektualną przemian po roku 1989, moralną wyrocznię, jedynych którzy mają rację, w Kandydacie jawi się jako bagno, w którym każdy myśli tylko o sobie, o władzy, o pieniądzach, o jakichś korzyściach. Gdzie tu państwo, społeczeństwo, gdzie ludzie? No przecież ci maluczcy są tak głupi i nieistotni że nie ma co się nimi przejmować. Liczą się tylko masy, którymi można manipulować. Kłamać, zaprzeczać, preparować fakty, prowokować, ogłaszać wyroki. A gdy ktoś zasługuje na uwagę, szuka się sposobu by go kupić lub zastraszyć.
Nie jest to więc przyjemna lektura. Ba, nawet więcej - na poziomie fabularnym jest na tyle przewidywalna, że również nie ekscytuje, choć przecież mogłaby się wydawać thrillerem. Oto dziennikarz tuż przed drugą turą wyborów wchodzi w posiadanie prawdziwej bomby, czegoś coś może skompromitować jednego z kandydatów. Oczywiście opublikowanie tego w czasie ciszy wyborczej będzie złamaniem prawa i pociągnie za sobą milionowe kary, ale czyż nie jest to warte tego, żeby zaryzykować przegraną tego kogo się nienawidzi? Rozpoczyna się gra - kto to weźmie i za ile, a z drugiej strony planowanie strategii obronnej - czy wystarczy aresztowanie i przetrzymanie na 48 godzin?
Pewnie będą tacy, którzy w każdej z opisywanych postaci będą doszukiwać się podobieństw do realnych graczy na naszym politycznym poletku. To wcale nie takie trudne by ich rozpoznać i połączyć pewne fakty. Dużo ciekawsze u Żulczyka jest jednak pokazanie tego co dzieje się w głowach tych postaci i za to cenię go najbardziej. Nawet jeżeli to tylko fabularna gra, domysły, interpretacje i insynuacje, to mam wrażenie że w tej psychologicznej rozkminie, pełnej kompleksów, ambicji, pragnienia zemsty, upokorzenia, czy też odkupienia win, autor porusza się po mistrzowsku.
Narastająca paranoja bohatera, to poczucie że już nie ma żadnego wyjścia, uświadomienie sobie jak jest manipulowany, mogłaby tu budować jakieś napięcie. Jednocześnie jednak świadomość iż wchodził w te środowiska, zmieniał strony, chciał coś ugrać dla siebie, sprawiają że nie jest to człowiek któremu jakoś mocno byśmy kibicowali. Najbardziej szkoda niewinnych, ale i dla niego byli jedynie kimś do wykorzystania, dotąd się nimi nie przejmował. Jego przekonanie że porusza się po planszy znając wszystkie powiązania i możliwe ruchy, okazało się złudzeniem. Ale tu prawie każdy, nawet najbardziej pewny swojej pozycji, może się zdziwić że czegoś nie przewidział. Ten system wydaje się od początku skażony jakąś patologią, tak jakby władza, otarcie się o nią, powodowała iż zarażasz się jakimś wirusem. Żeby być zdrowym, musisz trzymać się po prostu jak najdalej.
Językowo gęsto i ciekawie! Choć więc chwilami w tych brudnych gierkach, grzechach i grzeszkach, tłumaczeniach albo i wypieraniu, można poczuć się zmęczonym i zniechęconym, lekturę Kandydata jak najbardziej polecam.
Rozdarta na pół Polska. Pycha. I upadek, który wydaje się nieunikniony. Pewnie wielu z nas ma w sobie podobne myśli, Żulczyk jednak potrafił przelać je na papier w sposób wcale nie jednoznaczny, nie zaangażowany w walkę polityczną, jak można by się tego spodziewać.
Pewnie nie nazwałbym tego powieścią genialną, chyba nawet nie najlepszą tego autora, jednak Kandydat zasługuje na uwagę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz