Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie rock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Blue Sky Mentality - Good Neighbours, czyli lato idzie kochani

A co mi tam, muzycznie ostatnio w zupełnie innych klimatach, ale lato i wakacje mają swoje prawa i musi znaleźć się coś lżejszego, prawda? I co z tego, że może nie powala oryginalnością? Za to nóżka się kiwa i słucha się sympatycznie no i od pierwszych dźwięków od razu robi się wakacyjnie. 

Jest optymistycznie, tanecznie, radośnie i tak właśnie ma być. Nawet jeżeli w tekstach jest trochę poważniej. Ma po prostu wpadać w ucho. 

I nie marudź że to brzmi jak muzyka z sieci fastfoodowej gdzie chyba AI im po prostu wszystko produkuje, nie mów że nie zapamiętasz żadnego utworu na dłużej. Jakby Ci grali go po kilka razy na dobę, jak inne "przeboje" to być zapamiętał a może i pokochał. Takie to już czasy że lubi się głównie to co znane...

wtorek, 2 czerwca 2026

Live at the Acropolis - Asaf Avidan, czyli cóż to za głos!

Asaf Avidan. Mówi Wam to coś? 

Większości pewnie kompletnie nic, podobnie jak mi. To teraz wrzućcie sobie w jakiś odtwarzacz, wyszukiwarkę utwór Reckoning song. I co? Znacie? Jasne że znacie. Gość miał kupę szczęścia że błysnął tym jednym kawałkiem, zdobył na tyle dużą popularność, że koncertuje, nagrywa, jeździ po świecie i bynajmniej nie jest artystą tego jednego przeboju. Może po prostu nie potrzebuje więcej takiego rozgłosu. Tam zresztą chodziło o remiks, który bardzo mocno odbiega od oryginału. 

Gdy słuchasz jego emocjonalnych numerów myślisz sobie: kurcze to takie intymne, osobiste, nie banalizujmy tego, nie wsłuchując się w słowa, a jedynie bujając do rytmu, bo melodia fajna. 

Proszę Państwa - kolejne moje odkrycie muzyczne, którym chcę się podzielić: Asaf Avidan. Wow! Co za głos! Ta chrypka, a jednocześnie te wysokie tony. 

poniedziałek, 23 marca 2026

Na niebie czarnej tarczy - Henry no hurry, czyli zwolnić tempo

Na kilka dni muszę zwolnić tempo, zregenerować siły, a więc muzycznie też będzie zwolnienie tempa. O tym artyście u siebie już pisałem, choć mam wrażenie że wciąż nie przebił się ona jakoś do powszechnej świadomości, piszę więc o kolejnym krążku z dużą przyjemnością. Może ktoś go dzięki temu odkryje jak ja kiedyś? 

Wawrzyniec Dąbrowski bo to on kryje się za nazwą Henry No Hurry, już od dłuższego czasu wędruje po naszym kraju ze swoją muzyką, robi to jednak w swoim własnym stylu i ze swoją wrażliwością. To często kameralne spotkania w niewielkich klubach, czasem nawet w mieszkaniach prywatnych. Wzruszające teksty, delikatny podkład muzyczny i ten głos, w którym jest tyle subtelności, delikatności. A mimo skromnej warstwy muzycznej, te kawałki naprawdę potrafią oczarować. 

poniedziałek, 16 marca 2026

The Finest Hour - Oudeziel, czyli to jakaś kapela ze Stanów, prawda?

Kolejne wypatrzone polskie wydawnictwo muzyczne, które nie ukrywam że trochę mnie zaskoczyło. Jak przeczytacie notkę nie będziecie mieli takiej zaskoczki jak ja, ale po kolei. Oudeziel to w miarę nowy zespół z Gdańska grający muzykę artrockową, ale muzycy występowali już wcześniej w innych projektach i mają nawet doświadczenia międzynarodowe. I powiem że to słychać. Często bowiem polskie kapele idą trochę na żywioł, szukają pomysłu jak by tu przebić się do radia, na siłę znaleźć przebój. Tworzenie projektów, w których muzycy, producent pracują nad jakąś wspólną wizją można by ze świecą szukać. 

I choć The Finest Hour to nie do końca moja muzyczna bajka - albo za dużo elektroniki, albo wokal trochę bez pazura, to jednak muszę przyznać: czuć że to jest muzyka, która bez wstydu mogłaby powstać i być grana za granicą. I przy pierwszym odsłuchu od razu bym stawiał, że to jakaś kapela ze Stanów. 

piątek, 22 grudnia 2023

Still Life - Postman, czyli kameralne krajobrazy i dźwięki

Święty Mikołaj przyniósł zupełnie niespodziewany prezent - czarny krążek z muzyką Postmana, czyli ukraińskiego muzyka Kostiantyna Pochtara. Płyta już jakiś czas temu snuła się u mnie na spotify, ale cieszę się jak mysz do sera, że będę miał ją też w trochę bardziej ekskluzywnej wersji.

Multiinstrumentalista i songwriter, dzielący swoje artystyczne życie między Kijowem i Wrocławiem, nagrywa po angielsku, ukraińsku, ale na koncertach podobno świetnie posługuje się językiem polskim, nic więc dziwnego że od jakiegoś czasu trochę u nas o nim głośniej. 

Niedługo rusza kolejna trasa koncertowa, będzie więc można na żywo przekonać się o tym jaką atmosferę potrafi wytworzyć dzięki swojej muzyce. Artyści współpracujący z Borówka Music słyną z tego, że zarówno większe kluby jak i malutkie mieszkanka (bo grają też i tak), stają się cudowną okazją do spotkania nie tylko artystycznego, ale i towarzyskiego. Wrażliwość i sztuka z jednej strony, otwartość i entuzjazm z drugiej :) Przepis na koncert, który się pamięta.
Póki co spróbujcie jeszcze płyty!

wtorek, 25 lipca 2023

Moje serce w Warszawie - Sorry Boys, czyli nie tylko karabiny i kule

Co roku z żoną staraliśmy się być na koncercie rocznicowym w Muzeum Powstania Warszawskiego, niezależnie od tego kto przygotowywał materiał i czy to nasza muzyczna bajka. Bo tam liczy się nie tylko sama muzyka, te koncerty są wyjątkowe. W tym roku oglądam jedynie online, ale postanowiłem za to napisać choć parę zdań o płycie, która powstała przy tej okazji.
Trochę tak już się zadziało, że coraz częściej poszukiwania inspiracji daje nie ten wymiar powstania, który nam się kojarzy na pierwszą myśl, czyli strzały, strach i odwaga, zryw, rany, poświęcenie, klęska. Młodzi twórcy chcą opowiadać o mieście, które stanęło do walki, ale i o młodych (najczęściej) ludziach, o ich uczuciach. O miłości, o nadziei, przyjaźni, o pięknie które było w nich, nawet jeżeli wokół był chaos, krew i bród.
Jest więc trochę nostalgicznie, czasem wybrzmiewają nawet chwile radosne, przyjemne... Nie dlatego, że nikt nie chce myśleć o ofiarach, ale po prostu chcemy ich pamiętać trochę inaczej, właśnie takich - żywych, pełnych energii, przekonanych o sensie walki. W centrum jest więc nie tyle żołnierz, oficer, ale przede wszystkim człowiek, który mimo munduru, stał się tym żołnierzem jedynie na chwilę, nie wiedząc nawet dokąd go to zaprowadzi. 

niedziela, 5 marca 2023

Fall In Fall Out - The Luka State, czyli Kochanie, pokój się pali

Dawno nie było nic muzycznego? No to łapcie fajną porcję energii. Wiem, że takich kapel jest sporo i ta mieszanka melodyjnego indie rocka i punkowego kopa w niektórych kawałkach specjalnie nie jest czymś zaskakującym, fajnie jednak czasem zobaczyć co tam robią młodziaki.
Fall in Fall Out udowodnili debiutem, że potrafią ładnie się rozpędzić, ale i czasem jakąś balladką podbić serducha fanek.
Ile w tych tekstach o mrocznych stronach współczesnego życia klasy robotniczej ich samych, a na ile to kreacja trudno powiedzieć. Warto jednak zapamiętać tą nazwę i sprawdzić na przełomie marca i kwietnia ich drugi album, który na horyzoncie. Czy "buntownicy" wciąż będą mieli pazur i zaangażowanie?

środa, 22 czerwca 2022

Life is Yours - Foals, czyli oni Was obudzą

Już kiedyś pisałem o tej kapeli, gdy wciąż wokół powtarzano jej nazwę - cóż już dawno przestałem udawać, że nadążam za tym co modne w muzyce, nie jestem bywalcem festiwali... Ale skoro pisałem o tym na czym bawiły się córy, to warto też napisać o czymś co sam znalazłem w sieci przy okazji, a co okazało się jeszcze bardziej wpadające w ucho niż ich wybór. Nawet byłem trochę zdziwiony bo nie kojarzyłem Foals aż z tak przebojowym, tanecznym brzmieniem. Może lockdown u jednych wywołuje pragnienie nagrania czegoś wyciszonego, a innych rozpycha energia? Tak to można odebrać i jeżeli stawiałbym z muzy poprockowej na przeboje wakacji, śmiało na podium postawiłbym właśnie ten krążek. 

środa, 15 czerwca 2022

Metamorph - The Score, czyli i co z tego, że brzmi znajomo

Wczoraj córki wyskakały się na ich koncercie, a ja żeby nie odstawać od dwóch dni również zafundowałem sobie The Score w sporej dawce. I wiecie co? Nawet żałuję, że sam nie poszedłem na koncert. Co prawda styl większości zespołów jakich słuchają to dla mnie jedno i to samo, czyli mieszanka rocka i popu, nie rozpoznaję kapel po pierwszych dźwiękach jak one, ale na pewno nie odrzuca mnie od tego jak od sporej ilości papki puszczanej w radiu.
Amerykański duet już po raz drugi pojawia się w Polsce i zyskał tu już sporą grupę fanów - może nie tak licznych jak choćby Imagine Dragons, ale mając wyłożyć na Openera gdzie mają pojawić się ci drudzy, kupę kasy, córki same zdecydowały, że nie ma co. A wczoraj bawiły się świetnie.
Najnowszy krążek panów (na koncercie skład powiększa się do 4 osób) to potencjalna kopalnia przebojów, kwestia jedynie tego żeby się trochę odsłuchały, żeby wpadły w ucho, bo potencjał jest spory.

piątek, 10 czerwca 2022

Raw Data Feel - Everything Everything, czyli niech technologia zainspiruje nas do zabawy

Za kilka godzin w trasę i w góry, pewnie jakieś krążki z muzą zabiorę, żeby nie spać, więc przy dwudniowej przerwie na blogu zostawię Was też z czymś muzycznym. Podobno na wyspach to towar gorący, na równi z Edem Sheeranem, ale u nas chyba kapela mnie znana. Osobiście muszę przyznać, że za dużo tu dla mnie elektroniki, za mało gitar, ale niektóre numery wpadają w ucho i fajnie można to nich się pobujać. Czy to rewolucja współczesnej muzyki pop, jak zapowiadał przy wydaniu płyty zespół? Dla mnie niekoniecznie, choć doceniam pomysł na stworzenie warstwy tekstowej. Lider formacji od dawna starał się pisać o poważnych sprawach, m.in. o absurdalności wpółczesnego życia i inwazyjnej roli jak odgrywa w nim technologia. A tu?

niedziela, 17 kwietnia 2022

Beirut - Artifacts, czyli i nagrania, które się nie ukazały + bonus

Piękna rzecz odkryta tuż przed świętami i to zupełnie przypadkiem. Jak ja mogłem to przegapić? Mój ukochany Beirut pojawił się z nowym materiałem! I co z tego, że nie do końca nowym, skoro kocha się właśnie ich za to co już poznaliśmy, a tu w dodatku mamy tego ogromną dawkę!
Artifacts jest bowiem albumem kompilacją wcześniej niepublikowanych utworów. Strony B singli, niewydane EPki, to rarytasy dla fanów, ale tu naprawdę można się zanurzyć w klimaty, które podbiły już nasze serce. I to nawet fajne, że to tak przekrojowe, że mamy próbki z różnych okresów i z różnych projektów. Dzięki temu odkrywa się ich jakby zupełnie na nowo. 

czwartek, 14 kwietnia 2022

Home - Josh Garrels, czyli znikam i zostawiam Was z życzeniami

Zaczyna się Triduum Paschalne a to już tradycyjnie pora na to żeby zawiesić na kołku bloga, powrócę po Wielkiej Nocy, czyli tak naprawdę w niedzielę, bo to mimo że dla większości rodaków początek świąt, tak naprawdę ich koniec - wszystko to co ważne już się zadziało. Zwykle wrzucałem na ten czas jakąś lekturę, ale w tym roku z braku czasu i w zabieganiu postanowiłem zrobić pewną odmianę. Na uspokojenie, wyhamowanie, odrobinę refleksji tym razem muzyka. Życzenia znajdziecie na koniec, a teraz kilka zdań o tym czemu akurat ta płyta.
Trochę przypadek. Ale ja lubię takie przypadki. U nas muzyki środka z odwołaniem się do wartości jest niewiele, w Stanach to ogromny rynek. Można by jedynie powiedzieć: szkoda. Szukałem więc czegoś co nie będzie czymś oczywistym, żaden Haydn, Mozart, czy pieśni uwielbienia, ale właśnie coś mniej oczywistego. Czemu choćby Ed Sheeran staje się wielką gwiazdą, a tylu artystów, choć tworzących równie piękne melodie i teksty, nie przebija się do masowego odbiorcy? Któż zna odpowiedź. Nawet jeżeli nie znasz artysty o którym dziś piszę, czyli Josha Garrelsa, kliknij może coś z filmików na dole. Spróbuj. Może Tobie się też spodoba. Melodie raczej spokojne, większość to kameralne ballady, ale to nie tylko instrumentalne, folkowo-rockowe brzdąkanie, ale i piękne, rozbudowane brzmienia symfoniczne. Co tu dużo gadać. ładnie jest. I w warstwie muzycznej i dźwiękowej.
Z tą muzyką Was zostawiam. A czego życzę?

czwartek, 24 marca 2022

Peter Doherty & Frédéric LoThe Fantasy Life of Poetry and Crime, czyli gdy rock'n'roll szuka inspiracji

Trochę się dzieje, więc Notatnik też schodzi trochę jakby na drugi plan, co zrobić. Ale będę próbował nadrabiać po niedzieli, może się uda. 
Dziś muzycznie, ale trochę nietypowo, bo trafiłem na ten krążek przypadkiem, uczucia mam mieszane, nikt chyba jeszcze w Polsce go nie sprzedaje ani o nim nie pisał. Ot efekt mojego buszowania po Deezerze. Jak ja to lubię :) Czasem czymś się zachwycę, ale bywa tak i tu, że drapię się po brodzie i mówię sobie: nie wiem kogo miałoby to zachwycić? Czyżby nazwisko Petera Doherty'ego miałoby taką moc?

czwartek, 9 lipca 2020

Delta - Mumford&Sons, czyli coś zostało utracone

To nie jest tekst sponsorowany, choć wspomnę w nim o pewnej usłudze, z góry uprzedzam. Chodzi o Empik Music. Zaczynam zabawę :) Skoro dostałem od Empik GO pół roku za darmo, nie zaszkodzi spróbować. Dotąd używałem Deezera, ale na komórkę niestety nie da się tam słuchać płyt w całości, Spotify jakoś nigdy nie przypadło mi do gustu, no to spróbujmy z czymś nowym.
Na razie preferencje ustawione na Alternatywę, ale to co mi się pokazało jako rekomendacje raczej rozczarowuje - to poprock i rzeczy, które mnie mało satysfakcjonują. Cóż, będę szukał dalej.
Na plus na pewno dość łatwa nawigacja, no i teksty! Tak - słuchając jakiegoś numeru można śledzić go na bieżąco!
Może wreszcie na blogu pojawi się ciut więcej muzyki.
Na pierwszy ogień Mumford&Sons. Ucieszyłem się, bo wydawało mi się, że jeszcze o nich nie pisałem, a tu proszę - notka z 2013, gdzie napisałem o nich jako o knajpianym zestawie wędrownych grajków. Ich krążek z ubiegłego roku pokazuje kierunek w jakim zdążają, jak bardzo się zmienili. I wypadałoby powiedzieć: trochę szkoda.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Młodość - Terrific Sunday, czyli fale nade mną



Staram się przynajmniej raz w miesiącu napisać jakąś notkę muzyczną, więc mimo, że jakoś ostatnio daleko mi po drodze z radosnym, melodyjnym graniem, to z deezera wybieram tym razem Terrific Sunday. Niech będzie, że nazwa bliższa mojemu samopoczuciu :)
A muza? Cieszę się, że w Polsce wciąż gra się takie gitarowe, ale nie za ciężkie granie. Nie jestem na bieżąco z tym co na rynku, ale mam wrażenie, że indie rock trochę odchodzi do lamusa, szuka się oryginalności, czasem na siłę. A tu proszę - w prostocie czasem jest urok.

środa, 21 czerwca 2017

Urges - Ragnar Olafsson, czyli leniwy pierwszy dzień lata

Dla jednych lato to niekończące się imprezy, techno, hałas, disco polo i szaleństwo do urwania się filmu albo utraty tchu, a ja raczej (szczególnie ostatnimi laty) upodabniam się do leniwca, co to najchętniej wieczorami by zasiadł gdzieś na plaży lub pod drzewkiem i zasłuchał się w zupełnie innych dźwiękach. Może troszkę nostalgicznych, ale na pewno spokojniejszych, wymagających trochę wysiłku od muzyka, a nie jedynie umpa, umpa i rymów częstochowskich. Tak mi się jakoś ostatnio kojarzy lato.

sobota, 2 lipca 2016

The Twilight Sad - Oran Mor Session, czyli nikt tak nie wymawia "r" jak Szkoci

Moje myśli biegną ku Szkocji - co prawda nie udało mi się tym razem pojechać, skorzystała tylko córka, ale może jeszcze kiedyś się uda. Irlandia rok temu też wydawała się mało realna.
I tak pomyślałem sobie, że dawno nie było nic muzycznego. Nie chciałem jednak iść utartymi schematami i fundować sobie i Wam czegoś super znanego. Znalazłem jednak kapelę z Glasgow, o której nawet sam niewiele wiem, a troszkę o nich ostatnio zrobiło się głośno, bo ogłoszono, że będzie supportować The Cure. Tym samym Robert Smith swoją decyzją wyciągnął ich chyba trochę z dołka, bo zdaje się, że myśleli o zawieszeniu działalności. Co w nich dostrzegł? Co mają muzycznie wspólnego? Gdy słucham ostatniego krążka, wydanego na jesieni ubiegłego roku, powiedziałbym, że niewiele. No chyba, że smutek, melancholię, którą kiedyś muzyka The Cure zawierała, a tu, mimo zupełnie innego instrumentarium też jest. Ale to dlatego, że to płyta dość wyjątkowa. Posłuchajcie całości np. na deezerze albo zerknijcie na fragmenty poniżej.

środa, 6 stycznia 2016

Cage the elephant - Tell me I'm pretty, czyli nie za ostro, ale energia fajna

Wczoraj na notkę nie było czasu, to może dziś uda się dwie. Po nocce z grami planszowymi znalazłem muzę, która daje sporą dawkę energii, więc chcę najpierw podzielić się z Wami płytką, a wieczorem może jakiś dobry film. Co prawda nagromadziło mi się sporo produkcji, przy których chcę trochę pomarudzić, ale to może na przyszły tydzień, co? Dziś coś dobrego.
Muzycznie ubiegły rok był dość ubogi i nawet miałem jakieś postanowienie, żeby szukać więcej nowości, deezer bez konta premium na komórce sprawdza się jednak średnio, córka za to namawia mnie mocno na spotify i właśnie stamtąd dzisiejszy krążek. Gitarowo, hałaśliwie i energetycznie. Była spora pokusa, żeby opisać warszawskiego Sylwestra, ale było tak zimno, że większość kapel jedynie słuchaliśmy chowając się z córą do namiotu. Notki o tym koncercie więc nie będzie (Perfect grał krótko, Lemon smęcił, Grubson to nie do końca moja bajka). Gdyby nie the Kooks i świetne fajerwerki to bym to uznał za porażkę. Ale o brytyjczykach już kiedyś pisałem, to może dziś o kapeli zza Oceanu. Co prawda muza podobna - widać, że nie ustaje moda na indie rock, na ładnych chłopaków, którzy potrafią i przysmęcić i rozkręcić muzę podrygiwaniem a'a The Beatles.
Oto czwarty krążek Cage The Elephant - dla mnie odkrycia nowego, bo chyba więcej słucham dinozaurów, ale przecież kapela gra już chyba prawie 10 lat i koncertowała z największymi.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Fismoll - Box of feathers, czyli jest boska symetria w delikatności i sile

fissmoll
Jakiś czas temu pisałem o pierwszej płycie tego chłopaka. Debiut był po prostu cudny. I to on dostaje na wyłączność ostatnią notkę muzyczną tego roku. Ostatnia w tym roku, pewnie jeszcze tylko jakieś małe podsumowanie zrobię, ale już widzę, że w przyszłym roku notek muzycznych będzie dużo więcej - jakoś chyba znowu nabrałem chęci do słuchania płyt w całości, przeglądam zestawienia roku 2015, spisuję sobie tytuły, których będę szukał...
A dziś Fismoll.
Może jestem w takim nastroju, że akurat taka muza mnie wycisza, uspokaja, koi duszę w całym tym cholernym zabieganiu. Płytka jest już z nami od prawie pół roku, ale jakoś dopiero teraz, w tym dziwnym grudniu, który przypomina wczesną wiosnę, zakochałem się w niej na maksa. W pracy gdy tylko mogę odciąć się od telefonów i pogaduch koleżeństwa, w drodze na przystanek, na rowerze gdy jadę do domu... Deezer. Słuchawki. I już. I zatapiam się w dźwiękach, które są tak delikatne, tak ulotne i tak cudownie otulają ciepłem...

wtorek, 27 stycznia 2015

Peter J. Birch - Yearn, czyli gdzie indziej pewnie byłby już gwiazdą

Znowu wracam do słuchawek i telefonu zapakowanego płytkami. W końcu na mrozie nie bardzo się da czytać. prawda? A póki co z książkami do słuchania robię małą przerwę. Stęskniłem się chyba za muzyką. Tylko nie wiem czemu (zima tak nastraja?) wciąż mnie jakieś nostalgiczne, melancholijne, akustyczne granie pociąga.
Przedstawiam więc Państwu kolejnego wrażliwca z gitarą, tym razem śpiewającego po angielsku, wyglądającego jakby przybył prosto z Islandii, ale to nasz ziomek prosto z Wołowa na Dolnym Śląsku. Posłuchajcie jego nagrań i powiedzcie sami, czyż jest sens narzekać, że u nas nie ma takich artystów jak na Zachodzie. Bo są! Peter J. Birch to tak naprawdę Piotr Jan Brzeziński i płytka, którą dziś wrzucam na bloga, to nawet nie jest żaden debiut - facet gra, koncertuje, nagrywa, warto więc zapisać sobie w głowie to nazwisko.