sobota, 1 października 2022

Minuta ciszy, czyli branża jak każda inna?

Ależ się cieszę z powstania tego serialu i jak mi żal, że to tylko 6 odcinków. Świetna obsada, scenariusz, pomysł! Ta mieszanka polskich realiów, smaczków z branży funeralnej, dramatu i czarnej komedii. Tego, że Więckiewicz będzie świetny byłem pewien, ale zaskoczył mnie bardzo miło Piotr Rogucki, po raz pierwszy doceniłem go mocniej jako aktora.
Krótko o fabule:
Głównym bohaterem serialu jest Mietek Zasada, listonosz z prowincjonalnego miasteczka. Właśnie przechodzi na emeryturę, ale zostaje postawiony w dziwnej sytuacji - jego przyjaciel, gliniarz też na emeryturze popełnił samobójstwo i proboszcz postawił veto na jego pogrzeb. Żadna firma nie chce się więc tego podjąć, a jednym wyjściem dla Mietka pozostaje pochować go samemu. Okazuje się, że założenie firmy pogrzebowej nie jest wcale takie trudne. A skoro powiedziało się A...

sobota, 24 września 2022

To jeszcze nie koniec - Michala Sýkora, czyli nie daje mi to spokoju

Wrzesień kończę dobrym kryminałem! Czeskie krymi od wydawnictwa Afera czytuję praktycznie od początku i podoba mi się, że to dość wyselekcjonowane pozycje, nie ma takiej masy tytułów w skali roku jak to zadziało się z tym gatunkiem w Polsce. A Michała Sýkorę i stworzoną przez niego podinspektor Marie Výrovą już znam z poprzedniej książki wydanej w ramach tego cyklu, więc brałem w ciemno, bo bardzo podobał mi się ten klimat. Ktoś podsumował - za wolne, żmudne śledztwo, ale do cholery to bliższe realiów niż wszystkie sensacyjne produkcyjniaki. Mi ten klimat, powolne zbieranie śladów, hipotez, aż do emocjonującego finału bardzo pasuje. I u naszych południowych sąsiadów powieści tego autora są na tyle popularne, że doczekały się serialu. O Człowieku Pana Ministra przeczytacie tu. 
W przypadku To jeszcze nie koniec, można rzec, że jest jeszcze bardziej nietypowo, bo to nie jest do końca oficjalne śledztwo. Przecież sprawa została zamknięta ponad dwadzieścia lat temu, szybko ją rozwiązano, więc czemu do niej wracać?

Too Late for Edelweiss - The Tallest Man on Earth, czyli najlepsze piosenki to te, które już znamy

Smutna informacja o śmierci Franciszka Pieczki, człowiek nie ma więc za bardzo ochoty na śmieszkowanie, robi się jakoś nostalgicznie. I na chybił trafił szukam czegoś jak zwykle w sieci muzycznego, żeby pomogło w kolejnych godzinach przed komputerem. I oto świeżynka. Premiera dziś. A wykonawca? Cóż. Nie wiem czy kojarzycie pana o pseudonimie The Tallest Man on Earth. Ukrywa się za nim szwedzki song writer Kristian Matsson, który na swoim koncie ma już kilka płyt i sporo koncertuje. Taki to już chyba los człowieka z gitarą :) Wciąż w trasie. I jak się okazuje, pomiędzy pisaniem piosenek własnych, facet bawi się dla relaksu również nagrywaniem coverów. Taki właśnie bowiem materiał znalazł się na tym krążku. Od Lucindy Williams, Yo La Tengo, the National, Hanka Williamsa po The Beatles. 

piątek, 23 września 2022

Roxy - Neal i Jarod Shusterman, czyli po co się wysilać, skoro są "wspomagacze"

Autorzy, którzy podobno wśród młodych ludzi robią furorę, a ja się namęczyłem z tą książką co nie miara. Ciekawy pomysł, zabawy z tytułami rozdziałów, potem jednak grzęźniemy w dziwnych wizjach, plącząc realność z czymś co jest za długie, mętne, niepotrzebne. W pewnym momencie można mieć wrażenie, że młodzi bohaterowie tej książki są tu prawie zbędni, bo służą tylko jako obiekt zakładu pomiędzy...
Ano właśnie - to jest ten myk, który dla jednych będzie genialny, a dla innych trochę przekombinowany (ja należę do tych drugich). Zakład zawierają personifikowane używki, która jako pierwsza sprowadzi swojego wybrańca/ofiarę na imprezę jako swojego towarzysza. Spytacie na jaką imprezę? I to jest właśnie dziwna moim zdaniem wizja jakoby wszystkie używki urządzały sobie jakieś spotkania w dziwnym domu, konkurowały między sobą, podbierając sobie wzajemnie osoby towarzyszące. W końcu wiadomo, że z jednymi środkami efekt uzyska się szybciej, może mocniejszy... Jak więc mają zdobyć szacunek "na dzielni" te, które nie są aż tak bardzo spektakularne?

czwartek, 22 września 2022

Gunda, czyli empatia również dla braci mniejszych

Rany, to naprawdę fenomen, że przez półtorej godziny ludzie siedzą przed ekranem i przyglądają się temu jak świnki biegają, jak kura sobie skacze i jak krowa bryka po łące. Czarno białe, piękne zdjęcia, bliskość z jaką podchodzimy do zwierząt na farmie mają w sobie coś fascynującego. Zwykłe leniwe życie. Niespieszne, takie normalne. I dlatego ostatnie minuty tego filmu tak wbijają w fotel, bo uświadamiają nam, że to przecież człowiek niszczy ta sielankę. Człowiek, który raczej rzadko pochyla się nad swoimi zwierzakami z taką sympatią, jak mamy tu okazję. Godzina za godziną, dzień za dniem. On nie ma czasu, bo dla niego te zwierzaki to jedynie przyszły materiał na sprzedaż i do przeróbki na mięso.
I chyba dlatego rozumiem ludzie, którzy po obejrzeniu Gundy przestają jeść mięso. Gdy widzisz rodzinę świnek i potem przeżywasz dramat ich matki, gdy szuka swoich dzieci, to działa lepiej niż setka wykładów prowadzonych przez ekologów - zwierzęta mają swoje uczucia i nie możemy ich traktować jak przedmiotów.

Prima Facie, czyli prawo a sprawiedliwość

Wracamy do cyklu National Theatre Live do Multikina! Na razie z powtórką, ale to jedna z lepszych, mocniejszych rzeczy jakie pewnie zobaczycie tej jesieni.

***

MaGa: Mocny, wstrząsający i nieoczywisty. Spektakl marzenie do podjęcia szeroko zakrojonej dyskusji na temat przemocy seksualnej. Do określenia i zrozumienia roli ofiary, którą przemoc dotyka często z rąk osoby znajomej, bliskiej.

Robert: O tak! Do dyskusji jak najbardziej. W kontekście całego ruchu Me too, mówienia o tym co dozwolone, a co zdecydowanie jest już naruszeniem granic, mówienia o szacunku, o tym że milczenie nie jest równoznaczne ze zgodą. To uderzenie w patriarchalny system, który jest widoczny nie tylko w prawie, gdzie to ofiara musi "udowodnić" swoją krzywdę, ale i w latach myślenia o tym, że wiele może ujść na sucho, że to przecież "przygoda", "niewinny flirt", czy "zabawa dla obopólnej przyjemności". Dyskusyjne tym bardziej, że i sama przemoc dla wielu nie będzie tu jednoznaczna - skoro ofiara bawiła się cały wieczór ze sprawcą, sama zaprosiła do łóżka, to czemu po jednym stosunku mówi nagle: „nie” i podkreśla brak zgody? Ma prawo nazwać to gwałtem czy nie?

środa, 21 września 2022

Nienarodzona - Ewa Przydryga, czyli to niemożliwe żeby ona...

Kolejne nazwisko autorów krajowych z obszaru thrillerów i kryminałów... Faktycznie chyba teraz tak najłatwiej się wybić.
Ewa Przydryga konstruuje zgrabną intrygę, choć mam wrażenie że trochę daje się ponieść fantazji w końcówce i tam staje się to mniej realistyczne. Za to za atmosferę, zagadkę, która nam towarzyszy przez większą część książki naprawdę brawa.
Na pewno wykorzystanie powoli odsłanianych fragmentów przeszłości mocno pomogło w budowaniu nastroju, w myleniu tropów, bo kierowało podejrzenia na konkretne osoby. A potem wracaliśmy do współczesności i okazywało się, że nic nie jest do końca takie jak nam się wydawało.
Wszystko zaczyna się od zniknięcia kobiety. Podejrzewane samobójstwo podważane jest zarówno przez matkę kobiety, jak i jej przyrodnią siostrę. Ta druga jest szczególnie zdeterminowana w poszukiwaniach prawdy. Jednak czy na pewno znała Laurę na tyle dobrze, żeby powiedzieć z ręką na sercu, że nic nie ukrywała i nie mogła targnąć się na swoje życie? Przecież nie miała lekko: z mężem układało się coraz gorzej, a tu nie dość, że wymagająca wiele uwagi córka ze spektrum autyzmu, to jeszcze kolejna ciąża. Może więc naprawdę coś pchnęło ją w stronę tak wielkiej desperacji?

Gynoelectro - Panilas, czyli w tej głowie co masz

Chyba powinienem z góry zaznaczyć - muzycznie nie moja bajka. Trochę drażni, ale nie tylko wysłuchałem do końca z ciekawością i pewnymi ciarkami na plecach, ale i wróciłem do tego krążka w kolejnym dniu. Doceniam bowiem siłę jaka w tym materiale tkwi - to głos kobiecy i przede wszystkim dla kobiet czytelny. Dużo elektroniki i specyficzny, surowy styl sprawiają, że pewnie nie będzie szans na bardzo szeroką promocję, jednak warto się w to wsłuchać. Ciekawie jest przede wszystkim tekstowo, ale to projekt zbudowany na emocjach, dość bezkompromisowy, szczery, więc nawet ta prostota w warstwie muzycznej czemuś służy. Ma nie odciągać uwagi, ma być tłem, bo to przede wszystkim przekaz jest istotny. To kobiece doświadczenie w polskiej rzeczywistości, a muzycznie wyruszamy jakby w podróż kosmiczną. 

wtorek, 20 września 2022

Broad Peak, czyli gdy mróz przenika do kości

Produkcja Netflix mocno reklamowana i powiem Wam, że choć w różnych recenzjach widzę trochę narzekań, to ja jestem zadowolony. Znając historię, trudno przecież stawiać na jakieś spektakularne budowanie napięcia - wszyscy wiemy kto z wyprawy nie wrócił. Są więc emocje, ale trochę inne, nie tyle widz ma czuć niepewność kto zginie a kto nie, a raczej ma się zastanawiać nad tym ile się poświęca by realizować swoją pasję, ile wysiłku trzeba w to włożyć, jak silne to musi być, że wygrywa nawet z uczuciem do ukochanych osób.
Większa część filmu to wyprawa z lat 80, czyli ta pierwsza, w trakcie której Maciej Berbeka samotnie wszedł na Broad Peak, jak mu się wydawało na sam wierzchołek, a potem przez lata gryzł się tym, że jednak szczytu nie osiągnął. Ledwie przeżył, ale chyba cały czas myśli o tym, więc gdy pojawia się szansa...

Piękny nieczuły, czyli czy można kochać za bardzo

MaGa: Dla mnie ten spektakl jest przestrogą jak i wielkim wzruszeniem. Przestrogą przed miłością, która spala, niszczy, upokarza a wzruszeniem, bo połączony został w całość piosenkami Edith Piaf, którą uwielbiam.

Robert: Ponieważ nie czytałem nic przed udaniem się do Teatru, byłem trochę zaskoczony, zarówno formą monodramu (no nie oszukujmy się, to spektakl jednej aktorki), jak i tak dużą częścią muzyczną. Przyznaję jednak, że dla mnie to się ładnie spina i uzupełnia. Oczywiście doszukujemy się w bohaterce "Małego wróbelka", jej piosenki w wykonaniu Natalii Sikory mają wiele barw i siły, ale sam spektakl można oczywiście odczytywać bardziej uniwersalnie. Tak jak mówisz: czasem kochamy tak bardzo, że nie zauważamy jak bardzo toksyczna dla nas stała się ta relacja, ile dla niej/dla niego jesteśmy w stanie poświęcić.

poniedziałek, 19 września 2022

Monomiasto - Monofon, czyli gdzie ja nie byłem, czego nie widziałem

I kolejna wrzutka muzyczna. Raczej z tych do wsłuchiwania się, bo za pierwszym razem nie wpada jakoś od razu w ucho, ale ma w sobie to "coś", co sprawia że chce się wracać. Jest melodyjnie, ale kapela nie tworzy przebojów na siłę, tekstowo jest więc całkiem poważnie, czasem zaskakująco. Może to chwilami przypominać Lao Che z czasów płyty Gospel (choć nie ma tak porywających dęciaków) i nic dziwnego, bo zespół Monofon powstał m.in. z inicjatywy dwóch członków tamtej formacji (Rafała Boryckiego, perkusisty Michała „Dimona” Jastrzębskiego) oraz gitarzysty Michała Wójcika. Do nich dołączył m.in. na wokal Jacek Szymkiewicz i to chyba ostatnia płyta w jakiej maczał jeszcze przed śmiercią "Budyń".

Włosi - John Hooper, czyli czy jest jedna prawda o mieszkańcach Italii?

Jeżeli ktoś interesuje się Italią, to książka Johna Hoopera będzie nie lada gratką. Pisze nie tyle o kraju, ale o jego mieszkańcach, o ich mentalności, próbując odpowiedzieć na pytanie czy istnieje coś takiego jak stereotyp Włocha i czy jest on prawdziwy. W naszych głowach oczywiście takowy istnieje, ale czy ma coś wspólnego z prawdą? W końcu to kraj, który zjednoczony w obecnym kształcie jest od niedawna, wcześniej zaś był przez wieku mocno podzielony, różne regiony walczyły ze sobą, a ogromny wpływ na to, które z nich brały górę, miały obce mocarstwa. Co w takim razie z naszymi wyobrażeniami o wspaniałej kulturze, zabytkach, dziełach sztuki, wielkiej historii sięgającej aż do starożytnego Rzymu. Ano oczywiście ślady tej przeszłości można odnaleźć, tyle że często nie mają one wiele wspólnego z całym terytorium dzisiejszych Włoch i wszystkimi ich mieszkańcami. Może więc trzeba by mówić raczej o regionach, które bardzo się od siebie różnią, o miastach, które były niezależnymi księstwami?
I tak właśnie Hooper prowadzi nas przez historię, przez czasy współczesne, przez politykę, kulturę, modę, kuchnię, zwyczaje i zainteresowania.

niedziela, 18 września 2022

Ulica szpiegów - Mick Herron, czyli nie są doskonali, ale też nie mają nic do stracenia

Co się dzieje ze szpiegiem, który uznany jest przez przełożonych za niezdatnego do służby, a jednocześnie nadal chcą mieć go na oku? Ci którzy czytali poprzednie tomy cyklu "Kulawe konie" już wiedzą - istnieje specjalny wydział, trochę zapomniane miejsce na świecie, gdzie skazani są na beznadziejnie żmudną pracę papierkową i rozmyślanie nad swoją żałosną egzystencją. A co dzieje się ze szpiegiem, który się starzeje, z powodów demencji ma już zaburzenia świadomości i istnieje obawa, żeby przypadkiem nie zdradził jakichś dawnych tajemnic?
Czy można się obawiać tego, że w służbach istnieje praktyka cichego pozbywania się takiego kłopotu? Czytając "Ulicę szpiegów", może pojawić się taki pomysł, a przynajmniej przychodzi on do głowy Riverowi, wnukowi Dawida Cartwrighta, tajnego agenta z czasów zimnej wojny i szarej eminencji MI5. To właśnie dziadek zainspirował go kiedyś do podjęcia tej pracy, a jego opowieści były dla Rivera przez lata fascynującą lekcją na temat działalności wywiadu. Teraz, ma jednak w sobie lęk, że staruszek może narozrabiać i komuś wysoko postawionemu może się to nie spodobać. Obawy mężczyzny dość szybko nabierają realnych kształtów - obaj znajdą się na celowniku centrali, choć wszystko będzie się próbowało załatwiać po cichu. Pewnych rzeczy lepiej nie ujawniać, bo mogą posłużyć krytykom służb wywiadowczych i spowodować jeszcze większy wpływ polityków nad ich działalnością, co jak wiadomo nie służy skuteczności. A do cholery, czasy takie, że lepiej nie osłabiać MI5 - właśnie dokonano w Londynie krwawego zamachu, więc wszystkie ręce potrzebne są na pokładzie, aby to wydarzenie wyjaśnić i nie dopuścić do kolejnego.