sobota, 7 lutego 2026

Frankenstein, czyli dałeś życie, to teraz nie uciekaj...

Rano o filmie Camerona, a wieczorem Guillermo del Toro. Dwa wielcy reżyserzy, którym zdarzały się filmy doskonałe, ale też od dłuższego czasu bardziej chyba ufają wielkości swojej wizji, niż rzeczywiście oferują nam coś nowego. Frankenstein zachwyca od strony wizualnej, po tylu ekranizacjach powieści Mary Shelley chciałoby się nie tylko wiernego opowiedzenia jej po raz kolejny i pięknych zdjęć, tylko czegoś więcej. Naukowiec ogarnięty obsesją o raz jego dzieło, które budzi u niego wyrzuty sumienia - stwór w którym widzi on jedynie ożywione ciało, a marzył mu się chyba umysł równie genialny jak jego. Istota której dał życie i dał nieśmiertelność, wyjątkową siłę, witalność, ale nie potrafił dać duszy, a może to tylko on jej nie potrafi dostrzec? Przecież jego ukochana (czy też raczej skrycie kochana, bo to wybranka jego brata), w tej istocie dostrzega coś więcej niż zwierzę. On przerażony jej siłą, więzi ją w lochach, ona zaś najchętniej wyprowadziła je na zewnątrz, by doświadczało świata, by się uczyło na niego patrzeć. 
 

Sporo osób podkreślało po seansie, że film jest piękny, brakuje jednak w nim emocji. I to jest pytanie, czy w historii oglądanej po raz... (dziesiąty?), można jeszcze te emocje odnaleźć. Niby wszystko u del Toro jest tak jak powinno być, może trochę bardziej chaotycznie niż można by się tego spodziewać, czegoś jednak brakuje. 

Avatar. Ogień i popiół, czyli jest widowisko ale duszy już brakuje

Trochę dla formalności notka o trzeciej odsłonie Avatara. Czemu dla formalności? Bo to zaczyna przypominać serial i to kiepski, gdzie w każdym odcinku powtarza się nie tylko ten sam schemat, ale nawet poszczególne rozwiązania i sceny. No jak to ma trzymać w napięciu?

A mimo to, podobnie jak pewnie wielu ludzi, których zauroczył pierwszy film z cyklu Camerona, jego widowiskowość, usiadłem na sali kinowej. I nie żałuję, choć już na notkę trochę miejsca mi było żal, gdy tyle innych tytułów czeka na swoją kolej, a na przyszły tydzień szykują się aż 4 spektakle. Noż kurde kiedy ja mam to pisać?  

Podkreślam więc: jedynie dla formalności i bardzo skrótowo, głównie o tym co na plus, bo tego co na minus, czyli powtórzeń, powtórzeń, powtórzeń, po prostu byłoby za dużo. Fakt - coraz większą rolę odgrywa już kolejne pokolenie, ono staje się nie tylko zakładnikiem, by wreszcie ludzie mogli dorwać "zdrajcę" Jake'a Sully'ego, ale też mają ważną rolę w procesie uratowania wszystkich Na’vi i całej Pandory. Ponownie różne plemiona będą musiały poświęcić wiele ofiar, by stanąć do nierównej walki z ludźmi, którzy myślą tylko o zysku i zemście. 

piątek, 6 lutego 2026

Potrójna dawka aburdalnego humoru, czyli Evžen Boček i Arytoskratki część 3, 5 i 6

Może nie polecam tego w tak dużej dawce jak sam sobie zapodałem, czyli 3 tomy jeden za drugim, ale cykl Evžena Bočka to perełka humoru i zdecydowanie jeżeli szukacie czegoś lekkiego na poprawę nastroju, to szukajcie Arystokratki. O poprzednich tomach też pisałem, one łączą się ze sobą, więc najlepiej czytać po kolei, ale każdy też stanowi pewną zamkniętą ramami historię, w które można dostrzec zarówno kontynuację (postacie), jak i nowe pomysły. 

I w sumie chyba nie powinienem zdradzać zbytnio fabuły, bo to sama przyjemność wejścia w te pokręcone historie, ale przynajmniej kilka zdań o każdym z tych trzech tomów napiszę, a wcześniej choć parę słów zarysu okoliczności w jakie wchodzimy. 

czwartek, 5 lutego 2026

Niebo. Rok w piekle, czyli czemu za nim poszedłeś

Dużo sobie obiecywałem po tym serialu, mam jednak wrażenie że nie do końca wykorzystano potencjał jaki był w tej historii. Mimo dobrej obsady (Kot, Różczka, Jastrzębska, Linowski), nie udaje się uchwycić tego co wydawałoby się w historii o sekcie Niebo najważniejsze, czyli psychologicznych mechanizmów, manipulacji. Zamiast tego mamy jakieś elementy dramatu, thrillera (nie da się stąd uciec, odbierają ci dziecko), a historia staje się letnia, brak w niej jakiejś iskry. Co z tego że Tomasz Kot jak zwykle magnetyczny, skoro nie do końca wierzymy w tą jego siłę oddziaływania. Bombardowanie miłością? Przepowiadanie? Uzdrawianie? Przecież pytanie czemu ludzie oddają cały swój majątek, idą za kimś kto karze im żyć w komunie, ciężko pracować fizycznie, w dodatku klepiąc biedę, stawia sobie każdy widz i chciałby zrozumieć, chciałby to poczuć.   

Tymczasem w Niebie od początku wyczuwamy jakieś napięcie, jakieś niepokoje, które potem w naturalny sposób prowadzą głównego bohatera do prób odejścia. Początkowo bardziej by chronić innych, niż siebie, ale to jego zmaganie się z samym sobą, z tym czego doświadczył, z tym że ktoś go "wybrał" aż prosiłoby się o jakieś pogłębienie. 

środa, 4 lutego 2026

Kapsuła - Wojciech Wójcik, czyli ile o sobie wiemy

Powieści Wojtka Wójcika już parę razy gościły na moim blogu i choć można pewnie by wskazać jakieś cechy ich wspólne, za każdym razem wciągają mnie zupełnie w inną historię. Zaskakującą o tyle, że u niego raczej na próżno możecie wypatrywać super przenikliwych gliniarzy, detektywów, pościgów, strzelanin, fajerwerków. Są jakieś zwroty akcji, gdy coś nagle przed nami się odsłania, wszystko jednak toczy się dość powoli. To nie znaczy że brakuje dramatyzmu, albo nie wciąga, z góry jednak trzeba nastawić się na wolniejsze tempo, na zbieranie okruchów i z nich składanie sobie jakiejś historii. Wójcika interesują losy zwykłych ludzi i tam wynajduje materiał na intrygę. Czy to znaczy że jest to mniej ciekawe od wymyślanych seryjnych morderców i genialnych śledczych, którzy ich ścigają? Jest inaczej.  
 
Tu prawie każdy coś ukrywa, ma jakiś sekret, mniej lub bardziej wstydliwy, czasem w ludziach buzują jakieś emocje, pretensje, żale, zazdrość czy coś mniej osobistego, ale bazującego na ich własnych traumach. I to bywa równie ciekawe jak thrillery gdzie co parę stron ma dziać się coś ekscytującego. 

Niby zwykłe miasteczka, środowiska które pewnie znamy i może do nich należymy, a tu nagle jakaś tragedia. Jak reagują ludzie, co mówią i komu nie chcą nic powiedzieć (zwykle policji), może czasem wyjdą jakieś plotki i historia robi się coraz bardziej skomplikowana. 

Czy Coben zawsze będzie trzymał w napięciu, czyli Zostań przy mnie i Już mnie nie oszukasz

Netflix zdaje się uznał że Harlan Coben gwarantuje im sukces serialu, więc produkują je już seryjnie, nie zważając na to iż nawet najlepszemu pisarzowi zdarzają się powieści słabsze no i niestety: im więcej, tym bardziej widać schematy w jego twórczości. 

Oczywiście dużo do zrobienia ma też reżyser, który przecież może trochę poczarować z materiałem, obsada, ale jak widać po przykładach o których dzisiaj - samo nazwisko autora na podstawie którego powieści robi się film, to za mało. Nawet już aktorzy zaczynają być taśmowo zatrudniani przy tych produkcjach i potem zdziwienie, że ta sama twarz ale przecież gra zupełnie kogoś innego. Tych seriali jest już chyba z 10 na samym Netflixie więc nie dziwcie się artykułom w sieci - najlepsza dziesiątka ekranizacji powieści Cobena jakie kochają widzowie. 
Ostrzegam, choć te dwa też znajdziecie na takich listach. Omijajcie je raczej z daleka, bo to strata czasu. 

wtorek, 3 lutego 2026

La Grazia, czyli do kogo należą nasze dni

W niedzielę pisałem o Kandydacie Żulczyka, gdzie mamy obraz prezydenta Polski, a oto powracamy na najwyższy urząd tyle że we Włoszech. Paulo Sorrentino kreśli jednak zupełnie inny obraz - oto człowiek powszechnie szanowany, uznawany za wyrocznię w dziedzinie prawa, choć z wiekiem wydaje mu się że coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością, która tak szybko się zmienia. Oczekiwania by podejmował odważne decyzje, najwyraźniej są dla niego ciężarem, wolałby końcówkę swojego urzędowania potraktować jako spokojne żegnanie się z władzą, bez żadnych gwałtownych ruchów, żeby nikogo nie drażnić. 

Czy więc to film o odwadze i jej braku? A może o rozsądku i spokoju, towarzyszącemu dojrzałości? Wbrew pozorom w bohaterze filmu kotłuje się całkiem sporo emocji, jednak dotyczą one głównie przeszłości - wciąż na przykład przeżywa to że 40 lat temu został zdradzony przez żonę, po której śmierci mocno tęskni. Tą jego samotność wyczuwamy dość mocno, choć wybuchy zazdrości są sporadyczne, częściej to jakaś nostalgia w jaką wpada, może również lęk przed jakimiś radykalnymi zmianami.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Za kim idziesz - Hańba, Hiob Dylan, czyli orkiestra uliczna tym razem bardziej po amerykańsku

Najnowszy krążek Hańby to efekt współpracy z Hiobem Dylanem, songwriterem który od kilku lat zdobywa popularność na polskich scenach ze swoim banjo. Sporo tu jego numerów (jak choćby Polska B), ale w zupełnie innych aranżacjach, z szalonym rytmem, energią i naturalnością jaka z tego materiału bije. 

Chłopaki z Hańby, dotąd znani z radykalnych tekstów, punkowo-folkowej muzyki, tym razem trochę skręcają ku amerykańskim brzmieniom, to wciąż jest jednak muzyka ulicy. Rytm, melodia, instrumenty nie wymagające żadnego prądu, nagłośnienia, po prostu czysta zabawa. Tyle że więcej country i bluegrass z punkową energią. No może klarnet i akordeon sprawiają że to wciąż jest takie nasze, swojskie. 

niedziela, 1 lutego 2026

Kandydat - Jakub Żulczyk, czyli teatr pozorów i patologiczny koszmar

W zanadrzu kilka dobrych przeczytanych powieści, pojawia się więc dylemat o czym pisać najpierw. Wybieram najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, choć muszę przyznać że trochę zmęczyła mnie ta lektura. To trochę jak z filmami Smarzowskiego - trzeba się przygotować na to, że nie będzie to przyjemna opowieść o dobrych i złych, o tych co grzeszą i o tych, którzy niosą dobro. U Żulczyka może i pojawiają się ci, którzy mają jakieś dylematy, wyrzuty sumienia, chcą coś naprawić, dość skutecznie jednak los im pokazuje że świat ma w dupie ich "słabość" i albo pogodzą się z tym że są częścią moralnego brudu albo zostaną wymazani z pamięci, zgnojeni, bo nikt nawet nie zauważy ich próby naprawienia czegokolwiek. Zostaną wyśmiani, poniżeni i po prostu skazani na egzystencję w mroku, który coraz bardziej ich będzie pogrążał. 
 
Niech się nie ekscytują więc ci, którzy mieli nadzieję: ach, wreszcie ktoś odważnie dołoży tym ..., pokaże ich zakłamanie, układy i brudne interesy. To nie jest panflet na prezydenta, na popierające go ugrupowanie. To raczej dramat, w którym widzimy ile bólu, samotności, pychy i kompleksów jest we wszystkich uczestnikach tej gry zwanej władzą. 

Bohater Żulczyka jest niczym schodzący przez kolejne poziomy piekła, nigdzie nie znajdując nadziei, wsparcia czy iskry jakiejś siły będącej alternatywą. Polityka, media, służby, niezależnie czy jest to jedna czy druga opcja, prawicowi fanatycy, czy ci którzy sami siebie uznali za elitę intelektualną przemian po roku 1989, moralną wyrocznię, jedynych którzy mają rację, w Kandydacie jawi się jako bagno, w którym każdy myśli tylko o sobie, o władzy, o pieniądzach, o jakichś korzyściach. Gdzie tu państwo, społeczeństwo, gdzie ludzie? No przecież ci maluczcy są tak głupi i nieistotni że nie ma co się nimi przejmować. Liczą się tylko masy, którymi można manipulować. Kłamać, zaprzeczać, preparować fakty, prowokować, ogłaszać wyroki. A gdy ktoś zasługuje na uwagę, szuka się sposobu by go kupić lub zastraszyć. 

sobota, 31 stycznia 2026

Podniebna krucjata - Paul Anderson, czyli w imię króla, naszej wiary no i na pohybel wrogom

W ramach serii Wehikuł Czasu od Wydawnictwa Rebis coraz częściej trafiam na tytuły, które znam jeszcze z lat 80 czy początku 90, gdy mieliśmy wysyp różnych powieści z zagranicy, wydawanych dzięki pasjonatom. Przypominam więc sobie te emocje jakie towarzyszyły mi przy lekturze gdy miałem lat naście i gdy dzięki starszemu bratu, który kupował fantastykę, mieliśmy nawet ładnie oprawione książki zszywane z kartek zamieszczanych w tym piśmie. 


Okładka Podniebnej krucjaty już trochę zwiastuje Wam treść - konfrontacja średniowiecznych rycerzy z przybyszami z kosmosu. O ile jednak przewaga technologiczna z góry jak zakładamy daje przewagę obcym w takim starciu, Anderson trochę kpiarsko prowadzi historię w zupełnie innym kierunku. Determinacja ludzi pragnących zniszczyć "bezeceństwo", które może chce spalić ich domy, doprowadza do wymordowania przybyszy i zajęcia statku. Ba, od pojmanego jeńca żądają by przetransportował on ich do Francji, już licząc na to jak zadrży z przerażania odwieczny wróg Anglików. 

czwartek, 29 stycznia 2026

Żyj teraz! czyli afirmacja życia


MaGa: Samo wejście do sali im. Emiliana Kamińskiego w Teatrze Kamienica nie pozostawia nas obojętnymi. Każdy schodek okraszony krótką sentencją daje nam nadzieję, wiarę i miłość. Nadzieję, że podołamy, wiarę, że wszystko nam się uda i zapewnienie, że miłość jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba jedynie poczynić pierwszy krok. Świadomy i zdecydowany.


Robert: To przesłanie - Żyj teraz, może gdzieś indziej pobrzmiewać sztucznie, jak recepta od coacha, który weźmie za to grube pieniądze. Odbieramy to jednak inaczej gdy stoją za tym konkretne przykłady, historie które mogą motywować, pokazują nam że warto podjąć jakąś walkę, choćby wygrany był tylko jakiś określony odcinek czasu. To od nas zależy jak go przeżyjemy, wykorzystamy, jak zapamiętamy go my i jak zapamiętają go inni. 
Szukać tego co ważne, tego co naprawdę wartościowe - miłości, więzi, nadziei, przyjaźni, bliskości, szczerości, wsparcia, bycia razem. W czasach gdy w teatrach dominują sztuki lekkie, rozrywka, zafundować coś innego, coś z przesłaniem, wymaga sporo odwagi. Tym bardziej jednak trzeba to docenić. 

wtorek, 27 stycznia 2026

Rodzina do wynajęcia, czyli ważne jest nie tylko zlecenie, ale powód jego powstania

Brendan Fraser po zdobyciu Oscara chyba potrzebował jakiejś odmiany, ale powiem Wam że nie zależnie od krytyków krzywiących się na Rodzinę do wynajęcia, jego wrażliwość wciąż robi robotę i sprawia że ten film porusza. Jego bohater to człowiek, który jest samotny, w obcym kraju, niespełniony aktor pragnący sukcesu. Przybył tu dla roli w ekranie, nauczył się języka, jego życie jednak trudno uznać za spełnione. Obserwuje ludzi, uśmiecha się, może zazdrości, wciąż jednak pozostaje kimś trochę z zewnątrz, kto raczej ani ich nie rozumie, ani nie stanie się jednym z nich. 

 

Punktem przełomowym będzie zatrudnienie w firmie, gdzie będzie jako aktor wynajmowany do odgrywania różnych ról w życiu zwyczajnych ludzi. Dla nas może to być kompletnie niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania, w Japonii jednak postrzeganie społeczne, to co myślą inni, jest na tyle ważne, że czasem uważa się iż warto pokusić się o pewnego rodzaju odegranie przedstawienia, by mieć święty spokój. A może to też element poprawienia własnego samopoczucia, w kraju gdzie problemy psychiczne, szukanie pomocy, jest uznawane za powód do wstydu. Zderzenie mentalności Japończyków, z Amerykaninem, raczej dość twardo stojącym na ziemi, nie bawiącym się w jakieś emocjonalne gierki, tylko walącym prosto z mostu, jest tu okazją do ciekawych konfrontacji, czasem powodem do uśmiechu. 

niedziela, 25 stycznia 2026

Tym. Wolałbym być psem - Ryszard Abraham, czyli nie tylko Ryszard Ochódzki

Urodził się w lipcu. Dokładnie 17 lipca. W Małkini... I choć nie przyjęto go do szkoły aktorskiej, właśnie z tą dziedziną był kojarzony bardziej niż z pisania, którym przecież zajmował się częściej.  

Dla wielu kojarzony głównie z rolą z Rejsu, czy Misia, moje pokolenie jednak odnajdzie w jego biografii dużo więcej elementów, przy których powie, "no tak!" "to też on". Może czasem ze zdziwieniem sobie o tym przypomnimy. 

Ryszard Abraham stara się zebrać różne aktywności Stanisława Tyma, przybliżyć nam go jako człowieka, który miał talent do ironizowania, do pokazywania różnych absurdów, ale przede wszystkim próbuje pokazać jego ogromną wrażliwość. Czasem bowiem bywają satyrycy, komicy, którzy z tego co robią starają się zbić jakąś swoją popularność, zyskać przede wszystkim sławę. Tym był inny - raczej starał się pokazywać jakieś idiotyzmy po to by można było je zmienić, byśmy zaczęli się przeciw nim buntować, choćby obśmiewając. Nie miał w sobie jadu, pretensji do kogokolwiek, nie wyszydzał, dopominał się jednak o szacunek, godność człowieka, którego czasem machiny urzędnicze, systemowe traktowały niczym odpad. Wtedy potrafił kłuć piórem i słowem bardzo celnie.