Jak trafiam na różne rzeczy muzyczne? Czasem przychodzi na skrzynkę info o nowościach płytowych, ale dużo częściej ostatnio korzystam ze Spotify, sprawdzam, szukam, jeżeli coś się gdzieś pojawi i jak zaciekawi to słucham w większej dawce. A jak nie zaskoczy? To idę dalej, ale czasem klikając: pokaż podobne. I tak miałem przy tym odkryciu: sprawdzałem sobie gdzieś poleconą nazwę The Cinematic Orchestra, jakoś nie zażarło od razu i kliknąłem dalej na podobne... I oto przypadkiem trafiam na kanadyjskiego artystę którego krążek zachwyca mnie klimatem, intymnością, różnorodnością. Czasem to coś zbliżonego do kochanego przeze mnie Beirutu, czasem coś dużo bardziej kameralnego. I może właśnie w tej różnorodności jest siła?
Peter Watson miał przez pewien czas duże trudności z głosem, nie mógł nagrywać, a nawet mówić, nie załamał się jednak, tylko wpadł na pomysł by zaprosić do współpracy innych wokalistów. i tak właśnie powstał ten przedziwny album. Koniec kariery? Zrobię to na własnych zasadach. Na szczęście również i on mógł się pojawić po tych kilku miesiącach lęku ze swoim głosem.












