poniedziałek, 29 czerwca 2026

Ursus'76. Zbuntowani. Zrobiliśmy to dla wolności, czyli chemy być sobą

Nie zliczę który to już raz trafiamy z żoną na koncert przygotowywany w naszym sąsiedztwie w rocznicę strajków w Ursusie w roku 1976. Moje miasteczko mocno z zakładami też jest związane, bo budowa większych osiedli, napływ mieszkańców najczęściej był właśnie z nimi związany. Choć więc nie mam nikogo w rodzinie kto bezpośrednio uczestniczył w wydarzeniach, zawsze staramy się tam być, zwłaszcza że dzielnica zwykle organizuje koncert "na rockowo" co bardzo nam pasuje (trochę naśladując w tym względzie Muzeum Powstania Warszawskiego). 

W tym roku rocznica okrągła więc i spodziewaliśmy się większego wydarzenia. I przyznam, że było to ciekawe, choć raczej nie spełniło oczekiwań. Dobór gwiazd (Paktofonika to nie nasza bajka), Rogucki z nowym projektem mocno smęcił, najciekawsze było więc to co przygotowano "ekstra". 

niedziela, 28 czerwca 2026

Cuda niewidy - Aleksandra i Grzegorz Koper, czyli alernatywne wędrówki po Polsce

Kurcze, przyznaję się: spodziewałem się kolejnego "przewodnika" po kraju, w którym znowu dostanę zestaw mniej lub bardziej znanych tras, miejsc i historyjek plus ładne zdjęcia, a tu niespodzianka. I to bardzo pozytywna! 
 
Jestem mało instagramowy więc profil autorów @byli_widzieli jakoś dotąd umykał mojej uwadze, ale obiecuję sobie częściej tam zaglądać. Lubię bowiem takie wyszukiwanie miejsc mniej znanych albo w miejscach znanych wyszukiwanie detali, ciekawych historii. To na co dzień nam umyka, jeżeli zaś nie korzystamy z oprowadzenia dobrego przewodnika lub lokalnego pasjonata to będziemy zwiedzać wraz z tłumem "po wierzchu", mając identyczne zdjęcia jak wszyscy i o zgrozo niewiele zapamiętując. Kto bowiem pamięta wszystkie nazwiska właścicieli pałaców, które odwiedzał, fundatorów kaplic albo kościołów, a tym samym jakichś opowieści, która zwykle stała za takimi decyzjami. 

 

Choć więc tytuły rozdziałów może i przypominają masę innych przewodników, odwołując się do makabreski, duchów, słowiańskich wierzeń, jakichś niesamowitości, to już sama zawartość mam wrażenie że dla wielu będzie niespodzianką, podobnie jak część tych miejsc dla mnie. 

Bursztynowe słodycze magiczne - Hiyoko Kurisu, czyli może chcesz ciasteczko?

Ach, wszyscy kochający pełne ciepła, odrobiny magii i sporej dawki azjatyckich klimatów, pewnie są przeszczęśliwi, bo tytułów które wpisując się w ten schemat coraz więcej na naszym rynku. I choć można dostrzec pewne podobieństwa, jakoś wcale się nie nudzą. Może dlatego, że mimo wszystko są zakorzenione w historiach zwykłych ludzi, w problemach jakie może przeżywać każdy z nas. Kochamy je, bo czerpiemy z nich siłę, spokój ducha, nadzieję. Nawet nie tyle na "magiczną interwencję", ale raczej w to, że znajdziemy w sobie podobną siłę wewnętrzną, by coś zmienić w naszym życiu. Zwykle magia polega tu jedynie na jakimś drobnym impulsie, popchnięciu w pewnym kierunku, a człowiek już sam odkrywa że jednak może wcale nie jest tak tragicznie jak mu się wydawało. Na wszystko znajdzie się sposób, byle tylko w to uwierzyć i nie tkwić jedynie w rozpaczy że się nie da...

To tak jakbyś po wymuszonym uśmiechu, nagle inni do ciebie zaczęli się uśmiechać i już w naturalny sposób i ty stajesz się szczęśliwy. Ktoś podsuwa ci cukierek wmawiając że to lekarstwo i twoja wiara w efekt powoduje że problemy się rozwiązują. 

piątek, 26 czerwca 2026

Tygrysice, czyli przecież jeszcze coś nam się od życia należy

Trzy przyjaciółki, wdowy, które po mężach mają na tyle stabilną sytuację majątkową że specjalnie nie muszą się o nic martwić, szukają sposobu na to, by trochę wnieść kolorów do swojego życia. Wymyśliły więc, że skoro wszyscy mogą pojawiać się w TV z różnymi talentami to i one mogą. Co z tego, że może już nie mają po 20 lat, co zwykle kojarzy nam się z girls bandami - one po prostu chciałyby poczuć się jak za dawnych lat: pożądane, w centrum uwagi, obdarzane komplementami. 

Oczywiście są doświadczonymi kobietami i wiedzą, że wielu chętnie by im owe komplementy prawiło ze względu na ich majątki, więc starają się sprawy stawiać jasno: oddzielając interesy i sprawy zawodowe od życia prywatnego. A przynajmniej tak im się wydaje. 

Charyzmatyczny instruktor Julio Torres, zatrudniony by przygotować je do występów przed kamerą, wywraca bowiem ich życie do góry nogami. 

środa, 24 czerwca 2026

Brudne tajemnice - Disha Bose, czyli pozornie idealne życie

Pierwszy podtytuł jaki miałem napisać do tej książki w tytule notki to: gdzie te chłopy? Bo też ciekawa jest nie tylko ich rola w tej opowieści, ale i podskórnie wyczuwalne to, że wszelkie pretensje kierowane są właśnie do nich. Albo że byli zbyt mało obecni i zaangażowani albo zbyt obecni i narzucający się, albo obojętni i chłodni, kompletnie nie nadający się na obiekt zainteresowania ale niech spróbują poszukać tego zainteresowania gdzie indziej... Wieczne rozdrapywanie wszystkiego na różne strony, pretensje, oczekiwania, zero docenienia i można by się wściec: czemu te bohaterki takie roszczeniowe, czemu nie cieszą się z tego co mają (a mają tak wiele), tylko wiecznie okazują niezadowolenie, chcąc na tle innych kobiet udowodnić że to one są te "naj"... Tylko że kurcze wychodzi na to, że ci faceci wcale nie są bez winy. To nie jest tak, jak by można powiedzieć: nie dostawał ciepła w domu, to poszukał gdzie indziej... Oni tak mało robią, by rzeczywiście zawalczyć o przyszłość związku, tak łatwo się poddają i idą na łatwiznę. Kobiety zaś, choć niby niezadowolone, potem jednak są gotowe by walczyć do upadłego i bronić rodziny. Takie przyjaciółki, które gotowe są obgadać cię za plecami albo wbić tipsa w oko. 

Ciekawe to wszystko choć przyznam że trochę też wkurzające. Długo nie mogłem wejść w te ich historie, nawet mnie nudziły i wydawało mi się iż robi się dramę z kompletnych bzdur. Ktoś coś napisał, ktoś coś powiedział, ktoś coś zobaczył i nagle sprawa urasta do niewiadomo jakich rozmiarów. 

wtorek, 23 czerwca 2026

Ostatni wiking, czyli i kto tu jest nienormalny

Nie ukrywam: jestem fanem Madsa Mikkelsena i nawet jakby grał kłodę drewna nie mówiąc ani słowa i tak pewnie bym chciał to zobaczyć. Gość ma charyzmę, talent i nieprzeciętną fizjonomię więc jak bym mógł przegapić seans Ostatniego wikinga? 

Skandynawowie mają dość specyficzne poczucie humoru, nie wszystkie żarty mogą być dla nas równie zabawne jak dla nich, ale zwykle pasują mi te klimaty. I tu, choć czarna komedia przykrywana jest coraz bardziej dramatem rodzinnym i traumami z dzieciństwa, kupuję to w 100%, a bajkę o ostatnim wikingu (nie czytajcie raczej dzieciom) chętnie bym sobie postawił na półce. Pokręcona jeszcze bardziej niż ten film. Jej przesłanie: zróbmy tak aby nikt nie czuł się gorszy, choć przewrotne, mogłoby zaistnieć na plakatach tej produkcji. Bo to rzecz o akceptacji i jej braku. Dokąd prowadzi jedno a dokąd to drugie? 

niedziela, 21 czerwca 2026

Iwona, księżniczka Burgunda, czyli no ukłoń się i podziękuj


Po całkiem udanej adaptacji Ferdydurke w Och Teatrze, pojawia się kolejna próba podejścia do Gombrowicza i powiem Wam że naprawdę warto wybrać się na nią do Teatru Ateneum. W dość surowej scenografii, bez wielkich fajerwerków, tym lepiej jednak wybrzmiewa pewna sztuczność i zadęcie ludzi władzy, którzy prezentują pewność siebie, mimo że wewnątrz pełni są lęków i jakichś paranoicznych urojeń. Nikt dotąd nie odważył się im tego pokazać, obnażyć tego jak łatwo nimi wstrząsnąć.  

Przedstawienie w reżyserii Anny Augustynowicz może wydawać się dość "szkolne", może nawet upraszczające pewne myśli które próbował przekazać Gombrowicz, ale nie ma co się za to obrażać, tylko może właśnie za to docenić? Nie ma kombinowania, na siłę wpychania współczesności, kto przecież odczyta przesłanie, będzie widział jak ono może się przekładać na analizę mechanizmów władzy, na to jak czasem mimo sprzecznych interesów, ci na górze potrafią łączyć siły byle usunąć kogoś kto ich kłuje w oczy. 

sobota, 20 czerwca 2026

Listonosz - David Brin, czyli kłamstwo które daje nadzieję

To nie jest pierwsze polskie wydanie tej powieści, a mimo to i mimo ekranizacji (nazywało się to Wysłannik przyszłości) jakoś chyba nie jest ona jakoś u nas bardzo znana i może dobrze że Wydawnictwo Zysk i ska ją przypomina. Mimo upływu blisko 40 lat wciąż to się nieźle czyta, choć końcówka odbiega klimatem od tego co w dużej mierze powieść nam oferuje. To obraz kraju po katastrofie nuklearnej, ale David Brin nie skupia się tylko i wyłącznie na kreśleniu przed nami pesymistycznej wizji. Poprzez losy bohatera i to jak on wpływa na innych, fabuła raczej jest próbą odpowiedzi na pytanie co jest potrzebne by odbudować więzi między ludźmi i na nowo stworzyć z nich dużą wspólnotę, którą łączą jakieś wartości, zasady i chęć budowania przyszłości dla kolejnych pokoleń. Wiadomo przecież i znamy to z wielu obrazów postapokaliptycznych, że czymś naturalnym jest rozpad kraju na niewielkie grupy, w których często władzę przejmują najsilniejsi. Myśli się wtedy o przeżyciu, o obronie, ewentualnie o zagarnianiu dóbr, ale nie inwestuje się ich w rozwój, w edukację, w odkrycia. Listonosz jest właśnie opowieścią o ludziach, którzy wierzą że właśnie ten kierunek jest możliwy. 

piątek, 19 czerwca 2026

Dolcze Wita - Leszek Talko, czyli bezstroskie życie na włoskiej prowincji

Leszek Talko jakiś czas temu rzucił wszystko co może już udało mu się zbudować w Polsce i wyprowadził się z rodziną na włoską prowincję. Jego profil na FB obserwuje sporo ludzi a wpisy pełne humoru i zdjęcia to nie tylko sucha relacja z tego jak mu się tam żyje, ale i ciepła opowieść o różnicach w mentalności, o tym jak przyjmowany jest ktoś obcy we Włoszech, o blaskach i cieniach funkcjonowania w Italii. 

 

Inne tempo życia, ale i zupełnie inne podejście do tego co "trzeba" i w jaki sposób, to pewnie kwestia przyzwyczajenia, a może jednak charakteru? Użeranie się z biurokracją, z tym że czegoś się nie da bez wypitej kawy i ploteczek, z tym że ludzie akceptują rzeczywistość i specjalnie z nią nie walczą to pewnie byłby powód frustracji niejednego rodaka. A Talkowie chyba się nie tylko dostosowali, ale i przestali dziwić. Skoro "wszyscy to wiedzą", to może po prostu trzeba poczekać aż człowiek zostanie uznany za swojego a nie za turystę, to też wszystkiego się nauczy. I nie będzie się już wściekać na listonosza, który twierdzi że nie może znaleźć ich adresu, na urzędników którzy choć życzliwi jako wcale nie są pomocni, czy na fachowców, których ze świecą szukać. No może nadal będzie się wściekać, tyle że już tylko w duchu i tylko troszeczkę. W końcu sami chcieli mieszkać na prowincji i w starym domu, który poza urokiem oferuje jednak pewne niespodzianki. 

Tajne godziny - Mick Herron, czyli agenci i biurokraci

Cykl Kulawe konie Micka Herrona od pierwszego tomu bardzo przypadł mi do gustu, a serial z genialną rolą Oldmana jeszcze zwiększył mój entuzjazm. Oczywiście autor ma swój styl, poza akcją funduje czasem takie opisy, że nie każdemu to podejdzie, ale klimat tych powieści jest niepowtarzalny. Wyobraźcie sobie grupę ludzi sfrustrowanych jakimiś porażkami i skazanych na nudną, nic nie wnoszącą pracę, agentów którzy zostali zesłani na boczny tor, do biura którym zarządza w sposób kompletnie psychopatyczny gość budzący totalną niechęć i pogardę. Tyle że gość ma lata doświadczeń w pracy w terenie i intuicję, której mogą pozazdrościć mu wszyscy w służbach. I nawet z największych tarapatów potrafi jakoś wybrnąć, rozwiązać sprawę i jeszcze obronić swoich ludzi. Bo choć nimi pomiata, szanuje ich jak dotąd nikt tego nie robił.  
 
Ale, ale, miało być o najnowszym tomie cyklu, a ten trochę odbiega od całości. Można by go nazwać takim spin-offem, sięga bowiem mocno w przeszłość i pokazuje nam Jacksona Lamba w czasach jego służby w Berlinie, choć akcja dzieje się współcześnie i dotyczy rozgrywek na szczytach władzy. Po raz kolejny politycy mieszają w finansach i w nominacjach, mając nadzieję że komuś utrą nosa, jednocześnie wzmacniając swoją pozycję, a za nic mając bezpieczeństwo kraju. 

czwartek, 18 czerwca 2026

Włoskie śledztwo - Wojciech Nerkowski, czyli polski James Bond na emigracji

Kolejna gościnna notka - a ja pewnie się dopiszę za jakiś czas.

***
Jak często myślisz o Cesarstwie Rzymskim? Ja od kilku dni dość często, a to za sprawą najnowszej powieści Wojciecha Nerkowskiego „Włoskie śledztwo”.

Borys Nowak, młody agent ABW, którego znamy już z kart powieści „Przerwana gra” w wyniku serii niefortunnych zdarzeń zostaje zawieszony w pełnieniu obowiązków. Początkowo jest mocno przytłoczony nadmiarem wolnego czasu, ale wszystko zmienia się, kiedy przez przypadek dowiaduje się o zaginięciu Alicji – polskiej archeolog, która pracowała u stóp Wezuwiusza. Po rozmowie z rodzicami dziewczyny postanawia ramię w ramię z jej mężem rozwiązać zagadkę jej zniknięcia. Czy Alicja zaginęła bez śladu przez przedmiot, który znalazła? Czy miała jakieś tajemnice? Tego wszystkiego dowiecie się sięgając po „Włoskie śledztwo”.

Błędne łąki - Jarosław Szczyżowski, czyli niektóre miejsca lepiej omijać

Ponieważ kocham zarówno kryminały, jak i góry, nic dziwnego że wyszukuję sobie autorów, którzy łączą jedno z drugim i staram się ich podczytywać. Nie każdemu udaje się osiągnąć sukces taki jak Gortycha, ale fakt że wydają kolejne tytuły oznacza że jakieś zapotrzebowanie na takie klimaty jest. 

Jarosław Szczyżowski od dawna był już na mojej liście do sprawdzenia i oto pierwszy jego kryminał już za mną. Za klimat dostaje ocenę całkiem wysoką, choć samo rozwiązanie i finał raczej mnie rozczarował. Nie wiem na ile zdradzać detale, bo nikt tego nie lubi, powiedzmy jednak mocno: jeżeli uzasadnienie dla mordowania wydaje nam się słabe, to choćby się wcześniej budowało w nas napięcie i lęk, szybko ta bańka może pęknąć...

A zaczyna się naprawdę nieźle i długo jesteśmy w fajnej atmosferze, w której każde wyjście ze schroniska może przyciągnąć jakieś kłopoty. Niby Chatka Górzystów jest w Górach Izerskich jest miejscem tak popularnym, że może nie kojarzy się z czymś groźnym, ale jak obuduje się to lokalnymi legendami, odpowiednią pogodą, mniejszą ilością ludzi (zimą), to uwierzcie że potencjał na odrobinę tajemnicy i grozy jest. 

środa, 17 czerwca 2026

Chłopki, czyli kobieta NIKT


Szczerze powiem, że nie miałam ochoty na „Chłopki” w Teatrze Współczesnym. Nie dlatego, że książka Kuciel-Frydryszak mi się nie podobała, bo wręcz przeciwnie, ale się bałam, że znów mi się nie spodoba adaptacja. Wcześniej obejrzałam (w ramach Spotkań Teatralnych) spektakl oparty na tej książce w wystawieniu Teatru z Legnicy. I zwątpiłam w teatr. Rozumiem, że wyraz artystyczny twórców teatralnych może być różny, rozumiem, co chciał przedstawić duet Piaskowskiego i Sulimy, ale w moim mniemaniu poszli w taką stronę i tak daleko, że nie powinni powoływać się na książkę Kuciel-Frydryszak. I nie ja jedna miałam takie odczucie. Rozumiem prowokację, ale nie muszę jej jako widz przyjmować i się z nią godzić, zwłaszcza w odniesieniu do tej książki.


Teraz jestem szczęśliwa, że obejrzałam spektakl „Chłopki” we Współczesnym w reżyserii Sławomira Narlocha, którego premiera odbyła się w grudniu 2025 roku. Tworząc teatralną adaptację książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak stworzył wydarzenie nieoczywiste, w którym pamięć jego własnej prababki splata się w całość z losami bohaterek książkowych. I nie jest to obraz sielski, anielski. To obraz kobiet sprowadzonych do roli roboczego wołu, rzeczy, którą można kopnąć, nałożnicy, którą można wykorzystać. Nie dziwi więc, że wiejska dziewczynka marzy by być krową, bo wtedy wszyscy by ją szanowali. To nie jedyne marzenie dziewczynek ze wsi wprzęganych w pracę na roli od najmłodszych lat aż do śmierci, zmuszanych siłą do uległości, niewidocznych dla innych. Marzących o rzeczach dziś dla nas oczywistych: butach, możliwości nauki, spokojnym życiu, decydowaniu o sobie. O to wszystko co teraz jest dla nas normalne pokolenia naszych prababek i babek musiały walczyć z determinacją godną gladiatora. I walczyły. Z siłą jakiej się po nich nikt nie spodziewał. Lub umierały cicho, wyczerpane do cna mozołem pracy ponad siły, wielokrotnym rodzicielstwem, za które często były obwiniane lub niezawinionym odrzuceniem. A mimo to parły do przodu wyrywając skrawek po skrawku to co im się należało od życia.