Na takie lektury naprawdę trzeba mieć nastrój i za sobą już wiele innych lektur, by docenić nawiązania i cały kunszt stojący za tym projektem. To nie jest bowiem powieść jak każda inna, ale kunsztowna, brawurowa konstrukcja, w której jedni na próżno będą szukać sensu i logiki, a inni zachwycą się właśnie tym że mimo wszystko one są, tyle że nie są najważniejsze. "Zniknięcia" bowiem słyną przede wszystkim jako najsłynniejszy lipogram literatury światowej, gdzie autor zrezygnował z użycia litery "e", najczęściej występującej w języku francuskim. I pozornie byłaby to po prostu zabawa i cholerne wyzwanie dla tłumacza (szacun za polski przekład!), bo chwilami to po prostu degrengolada, przeskakiwanie z wątku na wątek, a w każdym z nich coraz bardziej piętrowe opisy i odwołania do innych dzieł, do historii, do kultury. To wszystko jednak składa się na pewną całość, gdzie poszukiwanie zaginionego przyjaciela, w pewnym momencie zmienia się w eskapadę nad którą już nikt nie ma kontroli i w trakcie której znikają kolejne osoby.  

W zamierzeniach autora powieść miała być epitafium dla tragicznie zmarłych rodziców Pereca. To zniknięcie, pragnienie przywrócenia do porządku chaosu jaki się pojawił, zapełnienie braku, jest tu kluczem do odczytania całości a wszystkie detale poszczególnych wątków nie są nawet aż tak bardzo istotne.