Myślę sobie że to dobra lektura by napisać o niej właśnie po tym jak wszyscy wstrząśnięci zamachem w Krakowie, myślimy sobie "jak to możliwe". Mário de Carvalho zabiera nas do II wieku naszej ery, gdzieś na peryferia Imperium Rzymskiego, jednak w tym ciekawym zderzeniu różnych porządków, tych które chylą się ku upadkowi i tych nadchodzących, można również odnaleźć różne analogie do tego jak myślimy o świecie i dziś. Otoczeniu różnymi dobrami, przyzwyczajeni do swojego statusu, z niepokojem myślmy o zmianach, ale może są one naturalną koleją rzeczy i nie powinniśmy się ich bać. Może to właśnie nasza niechęć do dzielenia się oraz przepaść między warunkami życia, napędza destrukcyjne siły, które w takim razie chcą coś wywalczyć choćby siłą. Czy rzeczywiście zagrożenie widzimy tam skąd ono naprawdę nadciąga?
To nie jest więc dla mnie jedynie pięknie napisana, erudycyjna powieść historyczna, przenosząca nas w świat antyku i rodzącego się chrześcijaństwa. Znajduję tu również ciekawą refleksję na temat stanu ludzkiego ducha, w obliczu pewnej katastrofy. Koniec, ale może wcale nie taki definitywny? Może to również nowy początek? Można walczyć, można uciekać, można załamywać ręce, a można również udać się w pewną wewnętrzną podróż, w poszukiwaniu spokoju i odpowiedzi.












