czwartek, 8 października 2026

Czy potrzebne były nam dwie Lalki, czyli o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem

Cały kraj w gorączkowej dyskusji na temat ekranizacji, więc i ja dorzucę swoje trzy grosze. Gdy ogłaszano produkcję a potem premiery tuż obok siebie, myślałem sobie "co to za absurd". Ale wiecie co? Już wcale tak nie myślę. Dobrze nawet się stało, że mamy możliwość porównywania, trochę innej wrażliwości. Nie brakuje tych, którzy oburzeni są nie tylko zmianami fabularnymi, ale i językiem serialu Netflixa. Powiem, że i ja byłem niechętny i kręciłem nosem po jego obejrzeniu, że to jakoś mi nie pasuje. Po obejrzeniu filmu kinowego, trochę jednak zmieniam nastawienie...

środa, 7 października 2026

Idealny syn - Freida McFadden, czyli muszę go chronić, muszę chronić innych przed nim...

Namówiony przez znajomych z pracy testuję kolejną "gwiazdę", która ostatnio w Polsce podbija serca czytelników thrillerami psychologicznymi. Gdy masz już za sobą ileś tego typu książek, pewnie nie będą one jakimś wielkim zaskoczeniem, ale gdy dopiero odkrywasz gatunek, myślę że to może być całkiem niezła frajda. Wiecie - to budowanie napięcia, wczuwanie się sytuację emocjonalną bohaterów, presja, bezradność, poczucie osaczenia, a potem nagle wolta, która wszystko stawia w zupełnie innym świetle. 

Czyta się szybko, nie komplikuje się fabuły, można by więc rzec: rzeczywiście potencjalny przebój. Tylko ileż razy można pokazywać tą samą sztuczkę i spodziewać się wciąż tak wielkiego entuzjazmu?

wtorek, 6 października 2026

Renoir, czyli niewinność i ból

Uzbierało się kilka produkcji filmowych, więc w tym tygodniu trochę ich zdaje się wrzucę... Na początek zapraszam do Japonii. I obiecuję jeszcze ciąg dalszy podróży za czas jakiś. 

W "Renoir" obraz pojawia się jedynie na chwilę, jako jeden z obiektów zainteresowania jedenastoletniej bohaterki i to w sumie nawet ciekawe czemu akurat taki tytuł twórcy wybrali jako najbardziej wymowny/reprezentatywny. Choć akurat w tym przypadku miałbym problem z tym by jakiś dobry wymyślić bo to co przychodzi do głowy jest zbyt dosłowne. Fuki Okida od początku wydaje nam się dziwna, jakby trochę zamrożona emocjonalnie, nie zainteresowana uczuciami ludzi, ale zainteresowana nimi jako obiektami, które chce poznać. Nie stawia się jednak diagnozy o neuroatypowości, nie szuka odpowiedzi. Ważne jest raczej towarzyszenie jej tu i teraz.


Jej fascynacja procesem umierania, żałoby, dziwna beztroska by mówić to co myśli, fascynacja telepatią i sztuczkami magicznymi, ma swoje mocne źródło w jej sytuacji domowej. Zapracowana i chłodna emocjonalnie matka, ojciec który ma ostatnie stadium nowotworu i nikt mu nie daje więcej niż kilka miesięcy życia - nic dziwnego że sytuacja dziewczynki porusza i chce się ją wspierać. Tyle że ona wydaje się być na to zupełnie obojętna, jakby nie działo się z nią nic dramatycznego. Pragnie uwagi, bliskości, nawet od obcych, skoro nie dostaje tego od najbliższych. Ale nie chce litości. 

poniedziałek, 5 października 2026

Tylko się nie denerwuj - Sosnowski, czyli żal że więcej nie będzie

Nie będę udawał że jestem jakoś bardzo na bieżąco z tym co się dzieje na rynku muzycznym, coraz częściej wieści o kimś popularnym zaskakują mnie bo kompletnie nie wiem o kim mowa :) Ale może taka kolej rzeczy? Podobno z wiekiem najbardziej podoba nam się to co już znamy. Stąd też często na Notatniku wracam do starszych tytułów. Gdy jednak trafię na coś ciekawego, zawsze staram się napisać choć kilka zdań, z nadzieją że może to nie tylko dla mnie będzie miłe odkrycie. 

Tak właśnie mam z Sosnowskim, muzykiem który współpracował z wieloma naszymi artystami, ale nagrał też dwa autorskie krążki niestety odszedł zbyt młodo z tego świata. 

Sięgam po drugi z tych krążków, czyli "Tylko się nie denerwuj", płytę wypełnioną fajnymi kawałkami nagranymi po polsku, jego kompozycjami, zaśpiewanymi charakterystycznym zachrypniętym głosem. 

niedziela, 4 października 2026

Bal w operze, czyli żeby nas wszystkich diabli nie wzięli

Artur Barciś zdaje się po raz pierwszy na scenie decyduje się wystąpić w monodramie i trzeba przyznać że robi to w odważny sposób. Tekst Juliana Tuwima z roku 1936 nie należy przecież do najłatwiejszych w odbiorze. Odważny? Tak. Aktualny? W pewien sposób tak. Czy czytelny? I tu bym się lekko zawahał, bo też chwilami w pełnej językowych zabaw, furii, groteskowych obrazów, tekście zaczyna się większą uwagę zwracać na aktora, na jego emocje, niż na przekazywaną treść.   
Jest to więc na pewno wybór odważny, interpretacja znakomita, choć pewnie można by się przyczepić pewnych detali (za głośna i nie zawsze pasująca muzyka). 

W chyba najbardziej radykalnym tekście poety bije w oczy nie tylko krytyka elit, które pławiąc się w bogactwie, przepychu, za nic mają świat za oknem i ludzi, którzy żyją zupełnie na innym poziomie. To co stanowi jego siłę to przeczucie katastrofy, która nieuchronnie nad wszystkimi wisi, a którą świat władzy i ekonomii balujący z "elitami" świata duchowego i kulturowego, wydaje się ignorować. Z łatwością operując pięknymi hasłami, obietnicami ale też wyrokami, które dzielą ludzi na lepszych i gorszych (tu nawiązania do współczesności są aż nazbyt wyraziste), nie przejmując się konsekwencjami. Ważne że dziś ja ucztuję. Co będzie jutro, jest nieważne, ale z pełnym żołądkiem i kieszeniami, będę miał większe szanse na uratowanie się, choćby ogień ogarnął cały kraj. 

Szumowska. Kino to szkoła przetrwania. Rozmawia Agnieszka Wiśniewska, czyli czemu nie godzinna rozmowa a książka?

Dobry przykład tego jakie książki najszybciej się "starzeją" i już po kilku latach mam wrażenie nie ma większego sensu po nie sięgać. Spytacie dlaczego? Ano mam wrażenie że dziś zbyt wielki nacisk kładzie się na to, by z każdego sławnego nazwiska wycisnąć jak najwięcej, czyli skoro ktoś zrobił kilka dobrych filmów, od razu zasługuje na książkę, na wywiady rzeki. Nie twierdzę że te osoby nie mają nic ciekawego do powiedzenia, ale miejsce na to może być po prostu w ciekawym wywiadzie prasowym, podcaście, jakimś programie telewizyjnym, ale niekoniecznie w publikacji. I to chyba nie jest jedynie moje odczucie - na organizowanych od lat wymiankach książkowych, właśnie te "celebryckie" tytuły, niezależnie czy to wywiady czy biografie, w tej chwili najczęściej po kilku miesiącach gdy nikt nie chce po nie sięgnąć, musimy ściągać ze stołu i wywozić do bibliobudek. Nie chodzi jedynie o polityków, choć tam deprecjonują się te "sławy" najszybciej, ale nawet o ludzi, którzy wciąż w światku artystycznym są na szczytach popularności. Chodzi bowiem o to, że rozmowa odbywa się na jakimś etapie ich kariery, która wciąż się rozwija i ciekawi nas bardziej to co teraz, a nie to co kilka lat temu wstecz. 
 
Przydługi wstęp? Przepraszam. Nie chcę powiedzieć, iż nie znalazłem tu nic ciekawego, ale spokojnie rzeczy godne uwagi można by zgromadzić na kilku, maksymalnie kilkunastu stronach, a cała reszta była trochę stratą czasu.

sobota, 3 października 2026

W cieniu gniewu. Złotokrwiści - Adrianna Filimonowicz, czyli nie chcemy być jedynie mięsem armatnim

Ciekawa okładka i staranne opracowanie graficzne wydania (brawa za ilustracje) - Pulp Books udowadnia że wydawania literatury "rozrywkowej" nie musi oznaczać bylejakości. Kolejny plus za odwagę by promować w taki sposób autorki i autorów, którzy jeszcze nie mają jakiejś wielkiej rzeszy fanów (a może się mylę?) - przyznam, że może rzuciło mi się jakieś opowiadania Pani Adrianny Filimonowicz w oczy, ale powieść chyba nigdy nie trafiały do jakichś podsumowań rocznych. A tu proszę - rozmach w kreowaniu świata, ciekawe zawiązanie wątków no i spora nadzieja na kontynuację cyklu na podobnym poziomie. To zawsze problem - początek może być świetny, oczekiwania duże, ale jak to "dowieźć". Zamierzam sprawdzić i będę wypatrywał kontynuacji. A na razie parę zdań o tomie pierwszym "Złotokrwistych". 
 
Umówmy się - fantasy przyzwyczaiło nas w ostatnich latach do opowieści w stylu "od zera do bohatera", czyli kreacji postaci, które przechodzą jakąś drogę, od początku jednak noszą w sobie potencjał zbawiciela świata. Tylko muszą pokonać trochę problemów po drodze. Ale to na nich czekał świat. Nawet jak o tym nie wie. 

"W cieniu gniewu" trochę wpisuje się w ten schemat, tyle że nie ma tu jednej postaci, tylko cała grupa. Bynajmniej jednak nie nosząca jakichś wyraźnych znamion superbohaterów. 

czwartek, 1 października 2026

Pewnego razu na krajowej jedynce, czyli gdyby Tarantino urodził się w Polsce

Jako że jutro całodniowa delegacja i notki nie będzie, to leci jeszcze drugi wpis, tym razem serialowy. 
"Pewnego razu na krajowej jedynce" mocno wyróżnia się spośród innych rodzimych produkcji serialowych i to nie tylko spośród tych netflixowych, ale generalnie wszystkich. Niewielu twórców czuje u nas czarną komedię, pewnie też boją się reakcji publiczności i niewielu ma odwagę w takim kierunku zmierzać. A tu proszę. Coś pomiędzy Tarantino, Fargo, ale nasze krajowe, swojskie. Czyli generalnie szaro, ponuro i siermiężnie. A mimo to jakoś inaczej niż zwykle. Każde z czwórki bohaterów raczej nie będzie kojarzyć nam się z bohaterem, któremu można by kibicować, a mimo to z ciekawością ogląda się ich perypetie. 
Oto ojciec, który mimo że mocno pogrążony w swoim nałogu, nagle odkrywa że ma dorastającą córkę i powinien mocniej zainteresować się jej życiem. Co też czyni w dość dziwny sposób, bo gdy ta komunikuje mu iż zaszła w ciążę, postanowił siłą zapakować ją w samochód i wyruszyć w stronę Czech, by dokonać aborcji. By jednak trochę przyoszczędzić na trasę zabiera jeszcze dwoje współpasażerów, nie wiedząc że sam się prosi o kłopoty, bo oni tak potulni względem niego jak córka nie mają zamiaru być. Zresztą ona też za wszelką cenę chce mu zagrać na nosie. Podróżująca z nimi kobieta, której właśnie zawaliło się życie, gdy bogaty facet kazał jej się wynosić, bo teraz wybrał sobie młodszą oraz nieśmiały, zakompleksiony chłopak marzący o tym by któraś z wielu dziewczyn pokochała go w realu, a nie jego internetowy profil, zgodnie uznają że kierowca to gbur, prostak, ale raczej niezdolny do krzywdzenia. Przekonają się wkrótce czy któreś z nich będzie miało w sobie tyle determinacji by dokonać czegoś złego...

Mordercą nie jest Alice - Iris Starling, czyli znaleziono ciało, notatkę i teczkę z imionami...

Gdy znajdziecie ten tytuł wśród książek, pewnie przeżyjecie niezły szok zaglądając do środka. Niby już nic nie powinno dziwić po produktach typu Zniszcz dziennik, ale mimo wszystko ja byłem zaskoczony. Nie ma tu bowiem żadnych dialogów. Nie ma żadnej fabuły. Nie ma żadnych opisów. Strona po stronie wygląda to identycznie - zestaw jednego za drugim imion. I tyle.

Kilka stron ze wskazówkami mają nam pomóc wśród tych 46 600 podejrzanych wskazać tą jedną osobę, która naszym zdaniem jest prawdziwym mordercą. A może tak naprawdę to jedynie zmyłka dokonana przez Alice i tak naprawdę to ona zamordowała? W końcu napisanie na zeszycie z imionami prośby by tam szukać sprawcy, bo to nie ona zabiła, może być jedynie wybiegiem którego celem jest uniknięcie kary. 

Trudno nazwać ten tytuł książką, potraktujcie ją więc po prostu jako zagadkę do rozwiązania, wydaną w niespotykanej formie. Moje córki widząc ją - to wykreślanka, ale nie bardzo wyobrażam sobie kreślenie tyle tysięcy razy, szukałem więc innego sposobu na znalezienie rozwiązania. 

wtorek, 29 września 2026

The Köln Concert - Keith Jarrett, czyli nie tylko ciekawa historia powstania albumu ale i genialna muzyka

Wrzesień miałem kończyć notką muzyczną już wczoraj, ale wypadł teatr, więc dziś z opóźnieniem. I przy okazji mogę już zapowiedzieć kilka nadchodzących notek. Znowu jakiś zapas się robi, a wydawało się że już wyczerpię wszystkie szkice i po raz pierwszy od dawna będę pisał szukając tematów na świeżo. Co mogę obiecać: najnowszą premierę z Polonii, czyli Barciś przypominający Tuwima i to bynajmniej nie dla dzieci. Będzie wreszcie o biografii Jeremiego Przybory, pojawi się notka o Kajś, które zachwyciło podobnie jak poprzednio czytana książka Rokity. Będzie trochę kina dla wytrawnych smakoszy, pewnie wpadnie Lalka i to w podwójnej porcji (wiadomo). Muzycznie już też kilka pomysłów jest :) 
Notatnik we wrześniu "dowieziony" do celu, a ja mimo że chwilami gonię w piętkę i padam zmęczony, wciąż potrafię znaleźć 10-15 minut na napisanie kolejnej notki. I będę próbował dalej. 

Dziś po raz 5752. Dużo? Mało? 

Po raz pięć tysięcy pięćdziesiąty drugi. 

Od tylu dni zawsze jedna polecajka lub przynajmniej uchwycenie wrażenia. 

A dziś znowu Jazz. Wraca do mnie coraz częściej mimo że długo wydawało mi się iż to nie dla mnie, że nie rozumiem, że zbyt monotonne. Wybór płyty był tym razem dość naturalny: skoro film "Dziewczyna z Kolonii" opowiadał o jej nagraniu, trzeba było sprawdzić o co tyle hałasu. Dziś mimo popularności krążka nie wiem czy nazywanie tego tytułu najlepiej sprzedającą się w historii solową płytą jazzową wciąż jest aktualne, sam Jarrett nie uważał jej za jakieś wyjątkowe osiągnięcie, a co ciekawe zdaje się że twórcy filmu nie dostali też zgody na wykorzystanie jej fragmentów w tle. No to fenomen, genialne osiągnięcie, dowód na wielkość? Czy płyta jakich wiele?

niedziela, 27 września 2026

Król serce - Lily King, czyli nie da się zapomnieć

Nie pokuszę się o analizę co tym razem wydawca miał na myśli pisząc na okładce "literacki fenomen", zostawiając jednak te moje zgryźliwości o których pisałem już nie raz, czyli popularność, którą interpretuje się jako jedyny wyznacznik wartości, postanowiłem jednak napisać o tej powieści choć kilka zdań.

Teoretycznie można by to zamknąć w stwierdzeniu: "historia miłosnego trójkąta", byłoby to jednak dość banalne i chyba też krzywdzące dla tego tytułu. O ile bowiem pierwsza część rzeczywiście może przypominać typową obyczajówkę, w której młoda dziewczyna w trakcie studiów poznaje dwóch chłopaków, to druga mocno już zmienia nasz punkt widzenia. 

Tak to już często bywa, że uwaga kieruje się najpierw ku temu kto bardziej o ciebie zabiega, jest głośny, pomysłowy, atrakcyjny, potrafi cię oczarować. Co z tego że jednocześnie często ten wybór kończy się zranieniem, bo zwykle takie osoby są też mocno narcystyczne, bardziej skłonne do kierowania się impulsem chwili, niestałe. A może to też jakieś krzywdzące uproszczenie? Przecież związek Jordan i Yasha wydaje się sielanką, tyle że w którymś momencie ich wybory spowodowały że ich drogi się rozeszły. Młodzi ludzie dziś często decydują się na wyjazdy, idą za przygodą, czymś w czym dostrzegają dla siebie szansę, nie zawsze jest w tym przestrzeń na stały związek. Przecież dojrzałość wymaga by nie wymuszać, by zostawić wolność, ale jednocześnie i samemu nie rezygnować. 

sobota, 26 września 2026

Ja jestem Halderd - Elżbieta Cherezińska, czyli niczym wilczyca na czele watahy

Korzystając z piękne wydania we wznowieniu cyklu Północna droga, nadrabiam zaległości - skończyłem pierwszy tom, a drugi czyli kolejne dwie powieści w jednej cegle już na półce zakupione. 

Nie obiecuję, że z tak niewielkim odstępem czasu będą kolejne, bo Sagę Sigrun wrzucałem chyba raptem dwa tygodnie temu (pisałem o niej tak), ale na pewno długo nie będę odkładał. Ładne to jest! Językowo, klimatem, osadzeniem w czasach, ale i sama historia wciąga. Kto powiedział że o Wikingach można opowiadać jedynie od strony mężczyzn. 
Trochę inny nastrój panuje w "Ja jestem Halderd" bo o ile w Sadze Sigrun od początku mieliśmy do czynienia ze szczęśliwym związkiem, to w drugim tomie, w opowieści Halderd już tak wesoło nie jest. Z powodu występku jej brata rodzina musiała oddać cały swój majątek, dziewczyna została przekazana pod opiekę wuja, a ten od początku nie ukrywał, że chce ją wydać za mąż bogato i z korzyściami politycznymi dla siebie, nie licząc się z tym czy spodoba jej się wybranek. 

piątek, 25 września 2026

Listy do Poli - Marcin Mortka, czyli nigdy mi tego nie powiedziałeś

Nawet pisząc powieść obyczajową, pokazując skomplikowane relacje między rodzicami i dorosłymi dziećmi, Marcin Mortka musiał dołożyć trochę czarnego humoru i akcji. Chyba nie byłby sobą, gdyby nie mógł poszaleć z charakterami i życiorysami bohaterów. Każde z nich jest trochę inne, część wciąż wydaje się mieć pod górkę, czasem się poddaje, a niektórzy potrafią spiąć cztery litery nawet przy dużych trudnościach i całe otoczenie widzi w nich przebojowych, poukładanych. Każdy jednak może mieć przecież jakiś kryzys, moment gdy już po prostu nie da rady i wybucha. 

Rodzeństwo Wrzaskowiczów: Ewa, Robert, Grzegorz i Pola jak co roku spotykają się w rocznicę śmierci na grobie matki. W tym roku nie pojawił się jednak ojciec i trochę niepokoją się co też może z nim się dziać. Oczywiście nawet gdy nie byli jakoś bardzo blisko, nie znaczy to, że mogą machnąć ręką i powiedzieć że mają go gdzieś. Przypadkowo jednak uruchamiają taki splot wydarzeń, że przypomina to jakąś czarną komedię sensacyjną. Wiecie: mafia, policja, łamanie prawa i próby wyjścia z całego zamieszania z jak najmniejszymi ranami. Gdy idziemy za pierwszym impulsem, np. zemsty to potem trudno się wycofać i trzeba ponosić jakieś konsekwencje własnych decyzji. Gdy się powiedziało A, naturalne wydaje się, że trzeba powiedzieć B... A potem już równia pochyła. Pod koniec już chyba nawet nie patrzą na swoje straty, ale w panice myślą o tym, że wciągnęli w to również rodzeństwo.