środa, 15 września 2021

Patriotów 41 - Marek Ławrynowicz, czyli Hrabal pod Warszawą

Mała podmianka na blogu - jako, że do książki Marka Ławrynowicza dopisuję kilka zdań od siebie, na miejsce tekstu M. wskakuje film "Syndrom Baumbachera", a tu macie dwugłos w sprawie "Patriotów 41.

Historia pewnej kamienicy, a właściwie historia mieszkańców kamienicy w Miedzeszynie przy ul. Patriotów 41. Wybudowana przez kilku warszawskich, bogatych Żydów w 1933r. miała im służyć jako dom spokojnej starości. Zatrudnili opiekunów, pielęgniarki i pragnęli tam spędzić ostatnie lata życia. Koło historii zniweczyło te plany, getto przyszło do nich z Warszawy i zabrało ze sobą na zagładę. W czasie wojny kamienicę zagarnęli niemieccy oficerowie, folksdojcze i ich poplecznicy, a kiedy losy wojny przechyliły się na ich niekorzyść – wynieśli się z domu po cichu i na zawsze. Przez chwilę stał pusty, ale z czasem zasiedlali go ludzie szukający dachu nad głową i swojego miejsca na ziemi. I właśnie to oni stają się bohaterami opowieści. Narratorem jest jeden z powojennych mieszkańców kamienicy, wówczas mały chłopiec.

Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry - Reni Eddo-Lodge, czyli dla was to takie naturalne

Niby nie dowiedziałem się z tej książki wiele nowych rzeczy, a mimo wszystko zmusza ona do pewnych przemyśleń. Może to właśnie w niej tak cenne - to nie tyle dyskurs z przerzucaniem się argumentami, rozmowa o obawach, stereotypach, ale wyraźne postawienie oczekiwań: nie możesz zaprzeczyć faktom i moim odczuciom, więc dopóki ich nie zrozumiesz, nie ma o czym rozmawiać.
Choć książka mocno poświęcona jest temu jak rasizm obecny jest w Wielkiej Brytanii i dla nas może to być ciekawa lektura, pokazująca różne nasze sposoby na obronę własnych pozycji, myślenie o sprawiedliwości i wyrównywaniu szans. To nie jest przecież kwestia jedynie rasy, koloru skóry, ale po prostu inności, tego na ile społeczeństwo widzi bariery i potrafi im przeciwdziałać, zarówno w rozwiązaniach systemowych, jak i własnych postawach.

poniedziałek, 13 września 2021

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle - Stuart Turton, czyli dopóki nie rozwiążesz zagadki

Notka numer 3909 i choć w głowie miałem już notkę krajoznawczą, podsumowującą mój mały wypad w góry, napiszę ją już po powrocie, porządkując trochę zdjęcia i wrażenia.
A dziś kolejny kryminał. Książka, o której było bardzo głośno, zachwytów co nie miara, a ja jestem raczej sceptyczny. Retro uwielbiam i nawet nie potrzebuję specjalnie wielkiej akcji, byle intryga była ciekawa, tu jednak mocno przekombinowano z wątkiem, który nazwijmy na nasze potrzeby "paranormalnym".
Niczym w powieści szkatułkowej mamy różne fragmenciki, masę opowieści, które musimy złożyć, próbując oddzielić prawdę od kłamstwa. Tyle że to wszystko przeżywa jedna osoba, przechodząc przez różne wcielenia, krążąc niczym w zamkniętym kręgu i to niejeden raz.

niedziela, 12 września 2021

Co robimy w ukryciu, czyli z kamerą wśród wampirów

Z dala od telewizora i na detoksie przymusowym (no dobra, mam tu telewizor, ale nie mam siły ani chęci go odpalać), piszę notkę o jednej z rzeczy, którą odkryłem dopiero niedawno i choć głupawa, bawi mnie jednak na tyle, że nie zamierzam przestać nagrywać kolejnych odcinków z powtórek.
O co chodzi? O "Co robimy w ukryciu" o nieśmiertelnych (znowu ten Pilipiuk się przypomina) z Nowego Jorku. To jednak wampiry dość odległe od serialu typu Zmierzch - powiedziałbym, że ta trójka po prostu się nie zasymilowała - żyją sobie w swej willi, rzadko wychodzą, a jeżeli to robią to ktoś musi doradzać im jak mają zrozumieć dzisiejszy świat. Czasem będzie to ich służący, czasem mieszkający z nimi "wampir energetyczny", czyli bardziej nam współczesny i przez to nie do końca akceptowany. I w sumie na tym polega śmieszność tego serialu - oto ludzie przyzwyczajeni do tego, że przez kilkaset lat wiele uchodziło im na sucho, a teraz rzadko się wychylają, wolą gdy ofiary same im wpadną w łapy (np. pod pozorem imprezy larpowej).

sobota, 11 września 2021

Zaginiona - Andrzej Pilipiuk, czyli autor i gadający szczaw

Kończę przygodę z serią o kuzynkach Kruszewskich. Książka napisana spory czas po trylogii trochę zaskakuje, mam wrażenie, że jest trochę nierówna - należy oceniać po prostu oba opowiadania, które ją tworzą osobno. O ile pierwszy tekst ma ciekawy pomysł, to w drugim choć mamy typowy dla Pilipiuka miszmasz (hitlerowcy, alchemia, historia, muzyka, duchy), to już połączenie tego jest trochę na siłę. Nie ukrywam tego, że gdyby całość dotyczyła zaginionego lądu, który skrywany przed oczami niepowołanych był schronieniem dla bogatej cywilizacji, moja ocena byłaby wyższa, a tak w dwóch trzecich przeżyłem rozczarowanie, że ciekawa historia została przerwana.
Zaznaczmy kilka różnic: nie ma Moniki, nie ma dużych wątków pobocznych, czyli tego co w serii dominowało, najpierw co prawda pojawia się trochę postaci, które szukają drogi na wyspę i proszą o pomoc kuzynki, ale w drugim opowiadaniu skupieni jesteśmy tylko na obu paniach i próbach wykonania dziwnego zadania, czyli odczarowania młodej dziewczyny, która znalazła skrzypce sprzed lat.

piątek, 10 września 2021

Dziedzictwo zbrodni - Adrian Bednarek, czyli zemsta czy syndrom sztokholmski?

Książka zabrana do pociągu i jakoś tak szybko ten czas zleciał :) Bednarek na pewno pisać potrafi nieźle, choć po kilku jego książkach po pierwsze zaczynam go podejrzewać o jakieś mroczne, mordercze skłonności, które może i nie popychają go do zbrodni, ale wyłażą na wierzch ile razy zabierze się za pisanie. Oj jak on lubuje się w okrucieństwie realizowanym na zimno, jeszcze z jakimiś dziwnymi odchyłami. Co tam ćwiartowanie, czy strzelanie z kuszy, tu trzeba się pobawić :) Po drugie, niestety dla atmosfery i tempa, Bednarek czasem zapomina o czymś takim jak psychologia i to mi trochę zgrzytało przy Dziedzictwie zbrodni. To nie jest zła książka - jeżeli ktoś lubi thrillery sensacyjne z niezłym tempem, zależy mu na akcji, a nie na detalach, będzie zadowolony. Dla mnie było to trochę naciągane, życie pewnie jednak pisze nie mniej absurdalne historie.

czwartek, 9 września 2021

Kierunek zwiedzania - Marcin Wicha, czyli skoro o awangardzie, to nie mogło być typowo

Piękna, oryginalna okładka i równie oryginalna, choć chyba mniej piękna treść. Minimalizm w narracji, dawkowanie informacji w krótkich zdaniach, chwilami przypominających bardziej suche sprawozdanie niż coś co mogłoby wzbudzić emocje, wymaga na pewno od czytelnika trochę skupienia. Ten styl drażni, ale jednocześnie zaciekawia. Składamy sobie życiorys Malewicza (tak, tego słynnego malarza od kwadratów) z fragmencików, jakby z eksponatów muzealnych i pamiątek po nim. Czasem budzą one jakieś wspomnienie "przewodnika" i wywołuje to dłuższy komentarz, wyobrażenie tego jak to mogło być, a czasem są zdawkowo jedynie skomentowane jednym słowem czy zdaniem.

Kult, czyli mieszkam w Polsce

Tak niewiele koncertów w ostatnim czasie mieliśmy, że ich wysyp w ramach różnych "dni miasta" miło zaskoczył. I mimo zmęczenia po wyprawie rowerowej tego jednego nie mogłem przegapić. Niby na Kulcie byłem już kilkukrotnie, niby nie ma jakichś większych zaskoczeń, zmiany repertuaru (tak jak np. robi to Lao Che) czy wielkich rewolucji w składzie, ich występy wciąż kręcą. Wraca się do domu ze zdartym gardłem, czasem bolącymi od skakania nogami, czy poobijanymi ramionami.
Tym razem w pogo się nie rzucaliśmy, zresztą ochrona była tak beznadziejna, że lepiej było trzymać się trochę z boku, bo zamiast dbać o bezpieczeństwo ludzi, te głąby potrafiły wrzucać z powrotem pomiędzy nogi ludzi tych, którzy frunęli do barierek. A sam koncert?

środa, 8 września 2021

Głos kobiet – Teatr WARSawy, czyli ja chcę więcej

W ostatni weekend intensywnie nie tylko rowerowo, ale i dwa koncerty. O jednym napiszę może krótko jutro, a dziś oddaję głos M. Teatr WARSawy na otwarcie sezonu wraz z zapowiedziami kolejnych premier zaprosił widzów na koncert trzech kobiet, ciekawe, energetyczne spotkanie ze wspaniałymi głosami. Część tych piosenek można usłyszeć zresztą raz na jakiś czas w repertuarze na tej scenie (polecam gorąco szczególnie Kobietę, która wpadała na drzwi, ale i Ninę). A jak się okazało mogliśmy też spróbować trochę tego co jeszcze jest na ten sezon szykowane :)
Ja szczególnie ucieszyłem się z okazji zobaczenia i usłyszenia Katarzyny Groniec, bo na żywo nie miałem okazji wcześniej jej widzieć, Mariotti kolejny raz pokazała ogromną rozpiętość swoich umiejętności, a i Agnieszka Bogdan stworzyła ciekawy, dość spójny mini recital. Długo potem jeszcze sobie gadaliśmy z M. i stwierdzam, że tym razem chyba jej oddam pole w notce całkowicie - ja tak ładnie o emocjach chyba nie napiszę. Zapraszam więc do spotkania z głosem kobiet :) które zrecenzuje kolejna kobieta.

Trzy kobiety na scenie, a każda inna. Każdy głos mocny, choć interpretacje różne. Kiedy w notce do spektaklu Teatr WARSawy pisze: „Niezwykle charyzmatyczne, nietuzinkowe i wyraziste (…)” to jest to prawda. Trzy mini recitale piosenki aktorskiej w wykonaniu Agnieszki Bogdan, Katarzyny Groniec i Moniki Mariotti. Jak ja to lubię! Nie jestem znawczynią muzyczną, na mnie muzyka się „rzuca” i jak emocje są zgodne, to ze mną zostaje. A interpretacja tekstu zawsze zależy od śpiewającego. Każdy tekst można zaśpiewać w różny sposób (czego dowiodła M. Mariotti śpiewając „Felicita”) i dlatego zdecydowanie wolę piosenkę aktorską na żywo od oglądania nawet najlepszych teledysków.

wtorek, 7 września 2021

Aleja Zasłużonych – Teatr Polonia, czyli rozterki wielkich - nietransparentnych

Są spektakle, które powinno się obejrzeć i ten do takich należy. Jest współczesny, aktualny i bliski sprawom wszystkich ludzi. Zawiera wiele pytań i choć nie udziela na wszystko odpowiedzi, to jednak potrafi nimi zaskoczyć. Przewrotnie, niby nie każdego dotyczy, ale jednak dotyczy. W dodatku tekst jest świetny.

I Ta Janda! Jakże ona potrafi zdumieć i zachwycić grą, znaleźć zawsze sposób by publiczność zaakceptowała graną przez nią bohaterkę. A grać cały spektakl kobietę w stanie podwyższonej irytacji, która bawi i za chwilę wzrusza tak, że sala wstrzymuje oddech – to jest mistrzostwo gry aktorskiej. Ten wyrazisty stan emocjonalny jest usprawiedliwieniem dla języka jakim się posługuje, a często bywa on wulgarny. Jednak go rozumiemy, bo sami w sobie często nosimy podobny stan emocjonalnego wzburzenia, to cóż dopiero poeta, pisarz czy inny twórca kultury: muzyk, malarz itp., którzy tworzą w oparciu o emocje.

Najszczęśliwszy człowiek na Ziemi - Addie Jaku, czyli opowiem wam jak odnalazłem szczęście

Dość wyjątkowa książka i nie wiem czy właśnie takie lektury nie powinny w pierwszej kolejności trafić do kanonu lektur dla młodych ludzi. Nie chodzi nawet o sam ciężar historii, życiorysu naznaczonego cierpieniem człowieka, który przeżył obóz w Auschwitz. Chodzi raczej o to jaką lekcję życia wyciągnął z tego doświadczenia i próbuje ją od lat przekazywać ludziom na całym świecie. Najpierw były to kameralne spotkania, potem nagrania trafiły do sieci, pojawiło się zaproszenie na TED, no i wreszcie jest książka.
Co jest wyjątkowego w świadectwie Eddiego Jaku? To, że nie mówi jedynie o bólu, o trudnych doświadczeniach, ale również o tym że potrafił uwolnić się od ciemności i żalu w swoim sercu.

poniedziałek, 6 września 2021

Połączenie oczekujące, czyli zamknij oczy, nie patrz w ekran

Skoro podcasty stały się tak popularne, nic dziwnego, że ktoś spróbował wykorzystać ten format również w telewizji. Efekt trochę dziwny, bo jednak pojawia się myśl: po co włączałem telewizor, skoro na obrazie nic poza napisami się nie dzieje. Zadrżała mi więc ręka przy etykiecie film.

Dziwny format, ale treść również może zaskoczyć. Czy to thriller, czy S-F? Niby nie ma jakichś detali, wszystkie historie poznajemy przez rozmowy telefoniczne pojedynczych ludzi i dotyczą spraw raczej prywatnych, a nie namacalnego zagrożenie. To co groźne, tajemnicze, jest raczej wyczuwalne, gdzieś się czai z boku. Może to być zaburzenie czasoprzestrzeni, coś niespodziewanego co nawet trudno opisać. I rozmówca nie bardzo wie co zrobić z taką sytuacją - nagle jeden telefon może wywołać dreszcz niepokoju, lęk, czy wręcz panikę.

niedziela, 5 września 2021

Północna zmiana - Hanna Greń, czyli zrobię coś ze swoim życiem

Przez kilka ostatnich dni dość intensywnie, a na notki brakło czasu. I niestety w najbliższym czasie nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Korzystam więc z chwili, by chociaż parę zdań napisać. I tym razem wybór pada na kolejny tytuł Hanny Greń - jak już złapię jakiegoś autora, a biblioteka ma zapas jego książek, to eksploatuję jego dorobek intensywniej niż innych. A może w tym przypadku pomogło też to, że to takie pozycje, które nie wymagają wiele skupienia, czytadła w sam raz na dorwanie się choćby w autobusie.
Tym razem jednak nie jest to seria (bo dwie już spróbowałem), a tytuł niezależny (no chyba, że powstanie coś kolejnego). Niby zbrodnia jest, ale to raczej obyczaj z historią w tle, niż kryminał. Zresztą pewne uwagi, które pisałem przy innych powieściach Pani Hanny i tu mógłbym powtórzyć. Choć "Północna zmiana" mogłaby wydawać się podobna do powieści Ewy Cielesz, które tak bardzo polecam innym, to niestety pewne ciekawe wątki nie są do końca wykorzystywane, nie ma jakiegoś większego napięcia, tajemnicy (albo jest zbyt łatwa do odgadnięcia), a inne pomysły są zupełnie od czapy i mało realne (cały wątek rodziny kanadyjskiej), a w sumie niewiele do fabuły wnoszą.