piątek, 20 lutego 2026

Klub Kawalerów, czyli wystarczy jedna bystra kobieta



MaGa: Ach, te kobiety… Z nimi źle, ale bez nich – jeszcze gorzej. Imć Michał Bałucki w 1890 roku stworzył „Klub Kawalerów”, a współcześnie Krystyna Janda, wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widzowie już od początkowych scen klaskali, zaśmiewając się w głos i przez to zatrzymując na chwilę akcję. Mimo tego tempo nie zanikło, a komedia bawiła wszystkich. I młodych i tych nieco starszych. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam. Bo komedię trzeba umieć zrobić, a Krystyna Janda to potrafi.


Robert: Rzeczywiście czuje się to, że zarówno aktorzy jak i widzowie znajdują w tej ramotce jakąś fajną energię, której brakuje nawet współczesnym farsom. To nie tylko sam tekst, ale to jak oni go ożywiają na scenie czyni go tak zabawnym. A fakt iż zmienia się język, maniery, stroje, ale pewne rzeczy się nie zmieniają, czyli zazdrość, gierki jakie czasem stosujemy, by pobudzić czyjeś ego, okazanie zainteresowania, które wyzwala jakby nową energię, wciąż przeżywamy i one w zabawny dla otoczenia sposób potrafią nas zmienić.

czwartek, 19 lutego 2026

Wielki Marty, czyli tupet kontra pokora

Chcę jak najszybciej opisać to co już widziałem spośród nominowanych do Oscara, do końca lutego będą więc chyba na Notatniku przynajmniej dwie notki filmowe. Zresztą nazbierało się tego trochę i marzec też chyba będzie pod znakiem seriali oraz nowości kinowych. W oglądaniu m.in. Ołowiane dzieci. I chyba jednak będzie lepiej niż zrobiło to TVP z Czarną śmiercią (kurczę, też muszę napisać notkę...).

Wielki Marty zbiera sporo pochwał, a ja mimo tempa tej produkcji, emocji jakich funduje, jakoś nie mogę znaleźć w sobie wielu słów zachwytu. To dobry film, niezły scenariusz, niestety mam wrażenie że główny bohater nie da się lubić i przez to jakoś ten brak sympatii przekłada się również na stosunek do całości produkcji. Mieliśmy już postacie, które potrafiły w uroczy sposób kłamać, manipulować, by coś tam dla siebie ugrać, to jednak był jakiś element gry, coś co czasem można było usprawiedliwić potrzebą chwili. Tymczasem w Wielkim Marty'm bohater robi w balona wszystkich po kolei, nawet własną matkę, snuje wielkie wizje, obiecuje, a potem ma wszystkich w dupie. Nie, to nie tylko dlatego że akurat mu się nie udało, bo nawet jak miałby kupę kasy, to też woli wydać na własne przyjemności, ba, nawet rozdać by udowodnić swój gest, a nie by oddać to co ofiarowali mu w potrzebie inni. Kawał cwaniaka i drania po prostu. 

środa, 18 lutego 2026

Siódmy koci żywot - Beata i Eugeniusz Dębscy, czyli to przecież niemożliwe by kot podrzucał wskazówki, prawda?

Nie dość że dziś środa, to wczoraj Dzień kota, a więc połączmy to w jednej notce. A kto poza Martą Matyszczak pokazuje iż nasze ludzkie intuicje, metody dedukcji i wszystkie talenty śledcze to pikuś w porównaniu z tym co potrafią koty? Ano ich miłośnicy, czyli Beata i Eugeniusz Dębscy. Mają już na swoim koncie kilka serii, w tym cykl o detektywie Tomaszu Winklerze, a Siódmy koci żywot miałby szansę otworzyć nowy pomysł. Lekki, ale wciąż kryminalny.

Przecież jest trup, jest śledztwo, są policjanci którzy je prowadzą pod przewodnictwem komisarz Borkońskiej, to byłoby jednak dość banalne gdyby nie ten dodatek - perspektywa kota, który postanowił wciąć sprawy dochodzenia w swoje łapki. Ludzie są tacy mało domyślni. A przecież zginął jego opiekun (właścicieli to mają psy, a nie koty prawda?), który tak o niego dbał. Może i człowiek nie do końca z czystą przeszłością, ale o wielkim serduchu, który starał się naprawiać popełniane przez siebie błędy. Należy się więc jakaś sprawiedliwość...

wtorek, 17 lutego 2026

Gerta Schnirch, czyli zawsze wolałaś milczeć

Chyba umknął by mi ten film, może ominąłbym go spodziewając się jakiegoś rzewnego historycznego melodramatu jakich wiele. Na szczęście Wydawnictwo Afera dało sygnał, że warto zwrócić uwagę, bo to przecież ekranizacja powieści Kateřiny Tučkovej. A po Bilej Vodzie, to dla mnie potwierdzenie jakości. Wciąż co prawda Boginie z Żitkovej czekają na półce, ale w tym roku na pewno trafią bliżej pod rękę - po prostu w skali roku te 180 tytułów przeczytanych to jest pewnie ze 20 procent tego co trafia na półki w domu lub na czytnik :( No nie da się wszystkiego...
 
Oglądając Gertę Schnirch trochę myślałem o tym ile hałasu by zrobił u nas podobny serial - w pewien sposób dotykający bolesnych ran, rozliczeń historycznych, tego jak czasem wolimy zapomnieć o winach i krzywdach, tłumacząc to jeszcze większymi grzechami. Historie pokazujące inną perspektywę zaraz oskarżane są o próby zakłamywania przeszłości, dorabiania poczucia winy ofiarom, a usprawiedliwianiem oprawców. A przecież nie chodzi o odwrócenie przekazu, tylko o to, by z uwagą pochylić się nad losem ludzi, a nie cyferek, nad dramatem, tragedią, a nie pojęciami z podręczników typu "naród", "odpowiedzialność", "wyrównanie krzywd". Nawet polityczne decyzje dotyczące przesuwania granic, nie usprawiedliwiają przecież okrucieństwa i odwetu na tych, w których widzimy jakby przedłużenie obecności krzywdziciela. Bo mówią tym samym językiem, bo wyznają tą samą wiarę, bo nie postrzegamy ich jako "swoich". A teraz możemy "odegrać się" za to wszystko czego doświadczyliśmy. Co z tego że zwykle na niewinnych, na kobietach i dzieciach, ale wmawiamy sobie że były współwinne, bo przecież przez krótki okres czasu żyły lepiej niż my, mogły korzystać z przywilejów, nie broniły nas tak jak byśmy tego chcieli. 

Tak. Gerta Schrnirch to poruszająca historia dotykająca tematu wypędzeń obywateli uznanych za niepożądanych, bo postrzeganych jako ludzi pochodzenia niemieckiego - dotyczy to m.in. nie tylko terenów Czech, ale i naszych ziem zachodnich, w obu przypadkach ludzi, którzy mieszkali tam od pokoleń, współdzieląc te tereny z sąsiadami innych narodowości. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Hamlet, czyli inna ona, inny on

Bardzo sobie cenię cykl pokazów z National Theatre w Londynie, które możemy oglądać w Polsce m.in. dzięki pokazom w Multikinie. Daje nam to bowiem możliwości poznania innego spojrzenia na teatr, na obsadę spektakli, pokazuje inne rozwiązania scenograficznych. Podobnie było i tym razem. Wydawać by się mogło, że „Hamleta” Szekspira znamy na wylot, że nic już nie jest nas w stanie zaskoczyć… a jednak. To tak jak ze znaną i lubianą potrawą, niby wiemy jak ją podać, a jednak każda restauracja robi to trochę inaczej czym może zaskoczyć.

Hamlet w wykonaniu Hirana Abeysekera jest zdecydowanie inny niż jego poprzednicy w inscenizacjach wcześniej oglądanych. Inna jest również Ofelia w wykonaniu Francesci Mills. Reżyser Robert Hestie pozbawił dramatu sztywności epoki elżbietańskiej ubierając obsadę w stroje zbliżone do współczesnych i przyspieszając akcję, równocześnie odbierając postaci księcia melancholii i czyniąc z niego młodzieńca na poły dziecinnego, na poły nadpobudliwego. Młodego człowieka, który nie jest w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez życie. Zabieg na pewno nowatorski, choć moim zdaniem zmniejsza dramaturgię na rzecz lekkości i rozmazuje sens tragedii. Natomiast pomysł na postać Ofelii wydaje się bardziej trafiony. Interpretacja jej postaci jest początkowo młodzieńczo żywiołowa, by zmienić się w tragicznie oszalałą. Według mnie to właśnie ona stała się centrum tego spektaklu i doprawdy jest zdumiewająca.

Flip Top Head - Trilateral Machine, czyli poeci też mogą zaszaleć

Czasem jestem pytany: skąd biorę różne tematy notek i swoje odkrycia np. muzyczne. Po prostu szukam. Czasem to kwestia zaglądania na strony ludzi, których znasz i szanujesz za ich gusta i tam coś trafiasz mniej znanego... Tak właśnie trafiłem np. na dzisiejszą propozycję, band który chyba nawet jeszcze nie ma na koncie albumu, same EPki, a znalazłem ich nazwę na liście tego co puszczał w swojej audycji Mariusz Duda w radiu 357. Jakoś wciąż nie trafiam na odsłuch na żywo, ale co mi szkodzi sprawdzać po nazwach i tytułach? 

Flip Top Head. Nawet nie wiem jak określić ich muzę, ale to ciekawa mieszanka art-rocka, może odrobina folku, ale i chwilami zadziora prawie punkowskiego. To co tworzy na pewno jakąś oryginalność to pomysł na delikatne, trochę melancholijne wokale i muzyka, w której nie brakuje melodii, czasem jednak potrafią zabrzmieć bardziej kakofoniczne nuty. Te przełamania, przejścia z jednego nastroju na drugi, sprawiają że to może trochę niepokoić, na pewno jednak zaciekawia. 

niedziela, 15 lutego 2026

Męczennik! Kaweh Akbar, czyli tak żeby to nie miało sens

O ile książka o której wczoraj pisałem, czyli Demon Copperhead, to rzecz, która wciąga prawie od samego początku, to Męczennik pewnie nie będzie powieścią która zachwyci każdego. Poruszający debiut prozatorski irańskiego poety, który od lat mieszka w Stanach, ma dość porwaną narrację, więcej tam świata wewnętrznego niż działań postaci, może jednak zachwycić nie tylko ze względu na odmienną kulturowość jakiej dotyka. Działa również język, poruszające dotknięcie tematyki śmierci, która czasem staje się tak bliska, na wyciągnięcie ręki. Już sam bohater zaskakuje oryginalnością - to młody poeta, dorabiający tym że w szpitalach jako aktor uczestniczy w szkoleniach studentów medycyny jak rozmawiać z pacjentami cierpiącymi ból, śmiertelnie chorymi albo członkami ich rodzin. 

Temat śmierci jest dla niego jednocześnie bliski ale i w pewien sposób bolesny, bo nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojej matki, która zginęła według ojca w strąconym przez Amerykanów samolocie. Cyrus Shams mimo młodego wieku ma na koncie już uzależnienia, a w sferze seksualnej też brakuje mu jakichś bardziej poukładanych relacji. To ciągłe eksperymentowanie, poszukiwanie siebie, czasem aż do autodestrukcji. 

sobota, 14 lutego 2026

Demon Copperhead - Barbara Kingsolver, czyli nikomu tak naprawdę na mnie nie zależy

Nawiązanie w tytule do słynnej powieści Dickensa nie jest przypadkowe, choć przecież Barbara Kingsolver nie opowiada historii w kostiumach epoki. Cofa, się ale nie za daleko, pisze o tym co zna, czyli amerykańskiej prowincji, borykającej się z biedą, alkoholizmem i uzależnieniem od opioidów. 

Wiele widziałem opinii na temat tego tytułu w samych superlatywach, że niby "genialny", "porywają" itp. Może nie używałbym aż tak wielkich określeń, ale na pewno to opowieść, która płynie, wciąga nas swoim rytmem, językiem, pewną nieuchronnością tego co przewidujemy. Wśród żywiołowo napisanych powieści społecznych może mieć moc rażenia nawet większą niż reportaże, bowiem porusza emocje. Wobec losu chłopaka, który nosi w sobie jakiś niepokój, bunt ale i wrażliwość, której nie daje w sobie zagasić, trudno pozostać obojętnym.

piątek, 13 lutego 2026

Wszystko na mojej głowie - Jakub Bączykowski, czyli każdy ma jakąś historię do opowiedzenia

Po Zadzwoń zanim dojedziesz dołączyłem do grona tych, którzy każdej książki Jakuba Bączykowskiego wyglądają niczym rośliny wody w ogrodzie. Powieści obyczajowych na rynku nie brakuje, ale on mam wrażenie uchwycił w świetny sposób potrzebę historii, w których najistotniejsze nie są porywy serducha, romanse i szczęśliwe zakończenia. Co w takim razie jest ma być ich siłą? Jakaś prawda w nich zawarta, emocje, uczucia, zakręty życiowe, szukanie nadziei i siły, zadawanie sobie pytań o to w którą stronę pójść. Może dlatego czytelnicy (nie tylko kobiety) tak je pokochali? Bo nie chodzi o to by opowiadać bajki, tylko dotknąć prawdziwego życia, czegoś co przeżywa większość z nas. Trudnych relacji z rodzeństwem, poczucia straty po kimś bliskim, miłości do rodziców którą odkrywamy często za późno, gdy ich już brakuje...  

We Wszystko na mojej głowie, czyli najnowszej książce Kuby znajdziecie nie jedną a kilka takich historii. I może jeszcze bardziej przypominać to różne azjatyckie comfort books, gdzie wokół jednego miejsca gromadzą się ludzie ze swoimi historiami, a wychodzą z niego jacyś spokojniejsi, mniej naładowani lękiem, stresem, czy złości. Salon fryzjerski w Polsce od lat trochę tak się kojarzył - ktoś nie tylko zaopiekuje się nami i sprawi że lepiej będziemy wyglądać, ale i wysłucha, może coś doradzi. Często kojarzymy to z miejscem na ploteczki, ale przecież dobry fryzjer, czy fryzjerka nie opowiadają o innych, nie powtarzają tego co usłyszeli. 

czwartek, 12 lutego 2026

Coben kontra Läckberg, Stany kontra Skandynawia, czyli O krok za daleko i Szklana kopuła

W ubiegłym tygodniu wyzłośliwiałem się nad dwoma serialami w oparciu o prozę Harlana Cobena, to dziś kolejny, ale żeby nie było nudy to tym razem w dwupaku z ekranizacją równie słynnej autorki z północy Europy.
Może za tydzień kolejny dwupak? Mam wrażenie, że jak ktoś wpadnie w rytm to po skończeniu jednego od razu szuka kolejnego, a po każdym rozczarowaniu myśli sobie, może następny wreszcie będzie lepszy. Obie dzisiejsze produkcje są lepsze od tego o czym opowiadałem tydzień temu, ale nie są też żadną rewelacją, mają swoje słabości i powtarzają pewne schematy. W przypadku O krok za daleko już sama obsada może rozbawić, bo oto w rolach głównych pojawia się aktor jakby dobrze nam znajomy (Zostań przy mnie), ale w zupełnie innej roli. Potem powtórzenie pewnych schematów (para morderców, którzy bawią się tym co robią) zwiększa jeszcze jakieś basze zdziwienie. Ta sama stacja robi z widzów idiotów? Nikt nie patrzy na scenariusz, na obsadę? 

środa, 11 lutego 2026

Sygnalista - Robert Peston, czyli polityka to brudna rzecz

Wydawałoby się, że z końcem zimnej wojny, thrillery polityczne trochę stracą rozpęd i nie będą miały już tej temperatury co kiedyś. Tymczasem jak pokazuje choćby House of Cards, polityka nieustannie dostarcza nam tematów, które mogą budzić emocje. W końcu ci ludzie decydują o naszych podatkach, podejmują ważne projekty zmian w prawie, pokazują kierunki zmian i inwestycji. Nie chodzi więc jedynie o bezlitosną walkę między kandydatami w wyborach, o bezwzględność, ale np. o tryb podejmowania różnych decyzji, o ukrywanie działań lobbingowych, czy też po prostu jakichś własnych grzeszków. 

Dziennikarze nie od dziś polują na takie tematy, jedni bardziej nastawiając się na plotki i sensacje obyczajowe, które przecież również mogą zatopić niejednego polityka, a inni mają większe ambicje - ich interesują programy, projekty, realizowanie obietnic, związki z biznesem, przejrzystość w podejmowanych decyzjach. I trochę właśnie takiego człowieka pokazuje nam Robert Peston w "Sygnaliście". Bohater by zdobyć jakieś informacje jest zdolny do bardzo wielu posunięć, czasem wiele ryzykując. Ma dodatkową motywację: podejrzewa że wokół tragicznej śmierci jego siostry, wysoko postawionej urzędniczki w rządzie, jest jakaś tajemnica, którą on musi rozwiązać. 

wtorek, 10 lutego 2026

Pillion, czyli poczuj coś mocniej

Cholera, mam problem z tym filmem, a może raczej ze sposobem w jaki Gutek Film go reklamuje - czyli jako świetną propozycję na Walentynki, jako romantyczny film jednocześnie przełamujący pewne tabu i myślenie o preferencjach seksualnych. 

Możecie stwierdzić że jestem homofobem, że nie kumam środowiska BDSM i jestem nietolerancyjny, jednak w całej tej historii nieśmiałego chłopaka, który zakochuje się w przystojnym motocykliście, jest coś co mnie bardzo uwiera. Gdyby to nie było dwóch facetów, tylko facet i kobitka, pewnie więcej osób podzielałoby moje zdanie - wszystkie te sceny, które niby mogą wydawać się zabawne i tłumaczymy je tym, że przecież to za obopólną zgodą, trzeba jednak wyraźnie nazwać przemocą psychiczną, emocjonalną i fizyczną, obejmującą również gwałt. I ok, jeżeli ktoś godzi się na taką przemoc, to nic mi do tego, choć moim zdaniem zamiast o tym opowiadać i się z tego śmiać, raczej powinniśmy delikatniej lub mocniej sugerować pomoc terapeuty. W tym przypadku moje serducho jest zdecydowanie po stronie matki, która obawia się że synowi dzieje się krzywda. Przesadza? Nie powinna się wtrącać? Kurcze, po to uwrażliwiamy na przemoc, żeby ją ignorować? Przecież ktoś kto jej doświadcza, czasem jest na tyle uzależniony emocjonalnie, tak bardzo zdominowany, że będzie się godził na wiele, byle tylko nie stracić obiektu swoich uczuć. Raniony, poniżany, wciąż spychany do roli tego kto nie ma prawa głosu, ma być posłuszny - czy ktoś taki może być szczęśliwy? 

poniedziałek, 9 lutego 2026

HÉR - Monochrome, czyli surowość północy i jazzowe szaleństwo

W ubiegłym roku muzyki na Notatniku było niewiele, na pewno jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się jazzu (m.in. Omasta) nie tylko w trakcie roku, ale i w podsumowaniach (Nene Heroine). A przecież dotąd tego nie słuchałem w większych dawkach, nie rozumiałem, drażniło mnie. Teraz odkrywam po raz kolejny jak różne oblicza może ta muzyka mieć. W wykonaniu gdańskiego zespołu HÉR przenosi ona nas w bardzo zaskakujące klimatu - surowej północy, nordyckiej mitologii, ale i jakiegoś world music przypominającego wciągające i transowe melodie tworzone przez ukochane przeze mnie od lat Dead Can Dance. 
 

Co kawałek, to zaskoczenie. No bo jest i gardłowy śpiew, są jazzowe wariacje na skrzypcach, ale jest i rytm, bardziej mroczny, rockowy, z wokalem opowiadającym jakąś historię. Ich odniesienie do Islandii, do dalekiej północy, czuje się w tej muzyce, czyni odsłuch podróżą w jakieś fantastyczne krainy.