Trochę dla formalności notka o trzeciej odsłonie Avatara. Czemu dla formalności? Bo to zaczyna przypominać serial i to kiepski, gdzie w każdym odcinku powtarza się nie tylko ten sam schemat, ale nawet poszczególne rozwiązania i sceny. No jak to ma trzymać w napięciu?
A mimo to, podobnie jak pewnie wielu ludzi, których zauroczył pierwszy film z cyklu Camerona, jego widowiskowość, usiadłem na sali kinowej. I nie żałuję, choć już na notkę trochę miejsca mi było żal, gdy tyle innych tytułów czeka na swoją kolej, a na przyszły tydzień szykują się aż 4 spektakle. Noż kurde kiedy ja mam to pisać?
Podkreślam więc: jedynie dla formalności i bardzo skrótowo, głównie o tym co na plus, bo tego co na minus, czyli powtórzeń, powtórzeń, powtórzeń, po prostu byłoby za dużo. Fakt - coraz większą rolę odgrywa już kolejne pokolenie, ono staje się nie tylko zakładnikiem, by wreszcie ludzie mogli dorwać "zdrajcę" Jake'a Sully'ego, ale też mają ważną rolę w procesie uratowania wszystkich Na’vi i całej Pandory. Ponownie różne plemiona będą musiały poświęcić wiele ofiar, by stanąć do nierównej walki z ludźmi, którzy myślą tylko o zysku i zemście.
Tym razem po stronie złoli stanie też jedno z plemion, lud pustkowi i popioły Mangkwan, lubujący się w walce i zniszczeniu. Ich przywódczyni Varang to jeden z dużych plusów filmu! Nie tylko wygląda ale naprawdę wyrasta na pierwszorzędny czarny charakter. Bo pułkownik Quaritch choć nadal czasem pokazuje jakim jest draniem bez zasad, to miewa również i chwile słabości - w końcu wie że Jake i Neytiri wychowują jego syna, którego serce zdecydowanie jest po stronie Na’vi a nie ludzi.
Skoro ich chciwość i skłonność do niszczenia widać na każdym kroku, nie powinno to wcale dziwić. Zaskakiwać może raczej to, że wśród ludzi tak mało jakiegoś bardziej zdroworozsądkowego podejścia - może to kwestia iż to formy widzące okazję do zarobku organizują kolejne inwestycje i ściągają ludzi na Pandorę. Płacisz i jeszcze robisz wodę z mózgów, może wmawiając że "dzikusy" jedynie skorzystają na kolejnych miastach, że dajecie im cywilizację.
Schemat jest znany - jakieś pojedyncze spięcia, zagrożenie, napięcie i wreszcie wielki konflikt, który w ostatniej chwili przynosi ratunek dla resztek ocalałych "niebieskich", by znowu mogli zaszyć się w jakimś kawałku planety jeszcze nie dotkniętym obecnością ludzi i żyć w zgodzie z naturą. Szkoda że to tak powtarzalne i nawet widowiskowość nie daje takiej frajdy jak mogłaby dawać, jeżeli po raz trzeci oglądasz podobne sceny. Ale zgoda - ogląda się to nie tyle dla fabuły, a dla widowiska.
Boginię-matka Eywa jak zwykle jest dziwnie nierychliwa, serce kraje się na widok zniszczeń i kolejnych trupów, a potem z nadzieją patrzymy w świetle zachodzącego słońca na tych, którzy obronili planetę. O ile część druga jeszcze miała w sobie zmianę świata, to w trójce już nawet tego nie ma.
Ale wiecie co? Fani cyklu i tak obejrzą, kasa przyjdzie, oby jednak jeżeli kiedykolwiek powstała kontynuacja, ktoś jednak lepiej przemyślał koncepcję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz