Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2026

Chłopki, czyli kobieta NIKT


Szczerze powiem, że nie miałam ochoty na „Chłopki” w Teatrze Współczesnym. Nie dlatego, że książka Kuciel-Frydryszak mi się nie podobała, bo wręcz przeciwnie, ale się bałam, że znów mi się nie spodoba adaptacja. Wcześniej obejrzałam (w ramach Spotkań Teatralnych) spektakl oparty na tej książce w wystawieniu Teatru z Legnicy. I zwątpiłam w teatr. Rozumiem, że wyraz artystyczny twórców teatralnych może być różny, rozumiem, co chciał przedstawić duet Piaskowskiego i Sulimy, ale w moim mniemaniu poszli w taką stronę i tak daleko, że nie powinni powoływać się na książkę Kuciel-Frydryszak. I nie ja jedna miałam takie odczucie. Rozumiem prowokację, ale nie muszę jej jako widz przyjmować i się z nią godzić, zwłaszcza w odniesieniu do tej książki.


Teraz jestem szczęśliwa, że obejrzałam spektakl „Chłopki” we Współczesnym w reżyserii Sławomira Narlocha, którego premiera odbyła się w grudniu 2025 roku. Tworząc teatralną adaptację książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak stworzył wydarzenie nieoczywiste, w którym pamięć jego własnej prababki splata się w całość z losami bohaterek książkowych. I nie jest to obraz sielski, anielski. To obraz kobiet sprowadzonych do roli roboczego wołu, rzeczy, którą można kopnąć, nałożnicy, którą można wykorzystać. Nie dziwi więc, że wiejska dziewczynka marzy by być krową, bo wtedy wszyscy by ją szanowali. To nie jedyne marzenie dziewczynek ze wsi wprzęganych w pracę na roli od najmłodszych lat aż do śmierci, zmuszanych siłą do uległości, niewidocznych dla innych. Marzących o rzeczach dziś dla nas oczywistych: butach, możliwości nauki, spokojnym życiu, decydowaniu o sobie. O to wszystko co teraz jest dla nas normalne pokolenia naszych prababek i babek musiały walczyć z determinacją godną gladiatora. I walczyły. Z siłą jakiej się po nich nikt nie spodziewał. Lub umierały cicho, wyczerpane do cna mozołem pracy ponad siły, wielokrotnym rodzicielstwem, za które często były obwiniane lub niezawinionym odrzuceniem. A mimo to parły do przodu wyrywając skrawek po skrawku to co im się należało od życia.

wtorek, 16 czerwca 2026

Wędrówka na północ, czyli liczy się cel czy sama droga?

Co jakiś czas pojawiają się produkcje, w których scenariusz można by sprowadzić do wędrowania z punktu A do B i zdania się na to co wydarzy się po drodze. Zwykle jednak stoi za tym jakaś poruszająca historia o zmianie jaka się w bohaterach dokonuje, o pokonywanym trudzie, walce z samym sobą itp. itd. The North, bo taki jest oryginalny tytuł produkcji, którą wprowadza na ekrany Gutek Film mam wrażenie iż z założenia miał być trochę inny. Surowe krajobrazy Szkocji mogą zachwycić, ale ten film nie próbuje do nas się jakoś umizgiwać w stylu "zobacz jak jest pięknie". Bez ścieżki dźwiękowej, kompletnie ignorując zasady typu "po deszczu zawsze pokaż piękne słońce", chwilami jakbyśmy uczestniczyli w paradokumencie. Te pogaduchy po drodze to jakoś ot tak, naturalnie, a nie żaden tam wykoncypowany scenariusz... Może przesadzam, ale naprawdę można odnieść takie wrażenie.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Czytając Lolitę w Teheranie, czyli jakie myśli kryją się pod hidżabem

Tak wiele dobrego słyszałem o powieści Czytając Lolitę w Teheranie, że po ekranizacji sporo sobie obiecywałem. O ile nic nie wiedzieliście o sytuacji w Iranie, o rewolucji islamskiej, o sytuacji kobiet, może i znajdziecie tu coś ciekawego dla siebie, jeżeli jednak cokolwiek już na ten temat wiecie, obawiam się że podobnie jak ja będziecie ciut rozczarowani. Oczywiście można by rozpatrywać ten film pod względem aktorstwa, zawartych w nim emocji, jeżeli jednak na etapie scenariusza nie znaleziono dobrego pomysłu na to jak pokazać pewne rzeczy, potem już niewiele można było zrobić. Po prostu poza postacią głównej bohaterki, czyli wykładowczyni literatury angielskiej, pozostałe postacie pozostają dla nas dość zagadkowe, niewiele się o nich dowiemy. I nawet jeżeli pojawi się jakiś dramatyczny wątek, to nie budzi on wielkich emocji, skoro to dla nas postacie prawie anonimowe. 

wtorek, 26 maja 2026

Prałat, czyli nie zasługujesz na spektakl o sobie

Zbieram się i zbieram do napisania o "Prałacie" z Teatru TV, spektaklu dyskutowanym, chwalonym, a ja mam jakoś mieszane odczucia wobec niego. To nie jest tak, że postać Księdza Henryka Jankowskiego nie zasługuje na ostrą ocenę czy obronę, jednak pewne zabiegi zastosowane przez Michała Kmiecika i Marcina Libera nie do końca rozumiem. 

Przecież próba zmiany perspektywy: powiedzmy coś wreszcie z punktu widzenia ofiar, a nie sprawcy, nie czyńmy go najważniejszą i najciekawszą postacią i tak nie do końca się udaje - to właśnie jego postać grana przez Rafała Dziwisza stoi w centrum, nawet jeżeli próbujemy ją ośmieszać i czynić słabą. Ba, powiem nawet więcej: narracja "to ja jako diabeł go namówiłem" i Jankowskiego "to nie moja wina", raczej powiedziałbym że rozmywa zbrodnie i całe czynione zło, niż je podkreśla. 

Postać "Złego" (Juliusz Chrząstowski), który czuje się dumny z tego jak wodzi na pokuszenie i podsuwa różne swoje wskazówki by rozszerzać ciemność na ziemi może i jest ciekawa, stawianie jednak znaku równości pomiędzy pedofilią, strzelaniem do robotników czy wyborem papieża jako przejawami zła, wydaje się słabym żartem albo grubą prowokacją.  
Brawa na pewno za podjęcie tematu. Zobaczenie postaci trzęsącej się ze strachu, tłumaczącej, zamiast pełnego pychy prałata (on nigdy nie przepraszał za swoje słowa i czyny) daje też jakąś satysfakcję - nie umknął on sprawiedliwości jak w rzeczywistości. 

sobota, 23 maja 2026

Umińska, czyli kochałam, zabiłam, a sama żyję choć nie wiem po co

Wśród różnych wypadów teatralnych zdarza mi się korzystać z zaproszeń na spektakle, które można nazwać bardziej "efemerycznymi", czyli granymi na zaprzyjaźnionych scenach, rzadko, na niewielkich salach. Czasem nawet czuję się rozdarty - jak mam coś polecać innym, skoro nie wiadomo czy dadzą radę w ogóle to gdzieś upolować. W przypadku "Umińskiej" wiem o jeszcze jednym terminie tj. 19 czerwca i w sprawie wejściówek warto uderzać do Białołęckiego Ośrodka Kultury "Przystań" na Modlińskiej w Warszawie. Czy będą kolejne pokazy nawet nie wiem. 


Nie mówi Wam nic nazwisko wymienione w tytule? Tym bardziej ukłony dla twórców spektaklu i Fundacji Związek Impulsywny za opowiedzenie tej historii, bo też jest ciekawa jak mało która. Stanisława Umińska była utalentowaną aktorką w latach 20-stych XX wieku Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana w Warszawie. Zdolna, młodziutka dziewczyna zwróciła na siebie uwagę, dość szybko jednak nawiązała związek, który naznaczył jej całe życie. Zakochana z wzajemnością w jednym z najbardziej utalentowanych artystów tego czasu – Janie Żyznowskim (dziś też mało znanym, bo cenzura w PRL zacierała ślady po jego twórczości podobnie jak np. w przypadku Ossendowskiego), mężczyźnie sporo starszym od siebie, miała nadzieję na bajkę...

niedziela, 17 maja 2026

Sweetland - Michael Crummey, czyli piękne choć depresyjne

Jak pisałem jakiś czas temu o powieści "Dziki, mroczny brzeg", która była tak bardzo chwalona, pisałem że mnie jakoś rozczarowała i dokonałem na swój użytek wtedy porównania ze Sweetlandem Crummeya, który czytaliśmy na DKK. Mija długi czas a ja sobie uświadamiam że jeszcze o niej nie napisałem. No to nadrabiam choć kilka zdań. 

Czym mnie urzekł Crummey? Klimatem. Cholera naprawdę człowiek czuje ten wiatr, te fale, to zimno. Czuje głód, samotność, a jednocześnie poczucie szczęścia, że nie ma piękniejszego miejsca. Na wyspie gdzie wszyscy się znają po prostu niewiele może się zdarzyć niespodziewanego, nie zostaniesz zdradzony, oszukany przez kogoś obcego. Nawet jak nosisz za coś urazy, to nie znaczy że będziesz tego kogoś unikał, bo tu wszyscy muszą jakoś być dla siebie wsparciem w razie trudności. Tak surowa idylla z wyboru, bo każdy z nich może kiedyś marzył o innym życiu, ci którzy tego próbowali wcale jednak nie byli szczęśliwi i myśleli jedynie o powrocie. 
 

Gdy jednak społeczność robi się coraz starsza, pojawia się taka myśl, że może jednak warto wyjechać. Dla młodych by mieli szansę i edukację, dla chorych by mieli opiekę, a może i dla siebie by iść za innymi, by nie zostać samemu. 

sobota, 16 maja 2026

Zapętlona, czyli ból jest zawsze, ale cierpienie jest opcjonalne

Najnowsza premiera w Teatrze Polonia to kolejna świetna rola Krystyny Jandy, więc zapowiada się że to będzie spektakl na który bilety będą znikać jak świeże bułeczki (tak jak na Żar).


Jak się dostanie dobry scenariusz, mięsiste dialogi, to i aż przyjemność w tym grać! A "Zapętlona" autorstwa Matthew Lombardo i w świetnym tłumaczeniu Andrzeja Kłosińskiego to wszystko ma. Janda może nie zaskakuje czymś zupełnie nowym, ale wkłada tyle emocji i życia w tę rolę, że ma się ochotę bić brawa na stojąco. Postać Tallulah Bankhead, onegdaj sławnej amerykańskiej aktorki filmowej i teatralnej, dziś pewnie u nas raczej nie budzi żadnych skojarzeń, może jednak właśnie dzięki temu nie oglądamy jedynie portretu konkretnej osoby, a pewien model (niestety powtarzalny), w którym odbija się wiele karier, które skończyły się za szybko. Alkohol, leki, imprezowy styl życia, nieustanny wyścig z czasem, bo to przecież urodzie i młodości zawdzięczało się początek kariery... A potem? Potem najczęściej już jedynie plotki, współczucie albo obgadywanie za plecami. I pustka, której nie zawsze potrafi się zapełnić. 

czwartek, 14 maja 2026

Made in Poland, czyli ile można czuć się wkurwionym

Jutro coś nowszego, w sobotę może kolejny spektakl, jednak cykl notek teatralnych zaczynam od czegoś starszego. Jak patrzyliśmy na naszą rzeczywistość na przełomie lat 90 i 2000, jak to się zmieniło dziś. Spektakl pełen emocji, języka ulicy, buntu, a jednocześnie mający w sobie prostotę bajki, która stawia bohatera przed wyborami dobra i zła. Tyle że gdy jest totalnie zagubiony, wcale niełatwo mu wybrać. Szuka autorytetów i wciąż się zawodzi, szuka kogoś kto go pokocha, ale czy potrafi to docenić, uszanować...  

Made in Poland w reżyserii Przemysława Wojcieszka ma w sobie surowość, choć dziś pewnie ona nie zaskakuje tak bardzo. Film chyba nas oswoił z brutalnością, ponad 20 lat temu taki spektakl mógł jednak nieźle szokować. 

Zachęcam więc do tego żeby go odnaleźć - jest w całości nagranie profesjonalne dokonane chyba dla telewizji i dostępne na platformie na Y. 
Kapitalna obsada i możliwość zobaczenia ludzi, których znamy potem z zupełnie innych ról, to ogromna frajda. 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Milcząca przyjaciółka, czyli co nam umyka, co pozwoli nam się zatrzymać...

Kwiecień kończę jeszcze kolejną notką na wyciszenie, filmem którzy niektórzy recenzenci nazywają medytacją wypełniającą spokojem jaki daje kontakt z naturą. W dystrybucji chyba od końcówki maja ale już można go upolować na jakichś pokazach specjalnych, a myślę że wytrawni kinomaniacy ceniący sobie klimat, zdjęcia i scenariusz, a nie tylko akcję, będą mieli z seansu sporo frajdy. 

Węgierska reżyserka Ildikó Enyedi przygląda się kilkorgu bohaterów na przestrzeni wielu dekad, a łączy ich wszystkich pewne miejsce, może trochę sytuacja w jakiej się znaleźli, potrzeba odkrycia na nowo swojego miejsca w świecie, znalezienia sensu. 


Akcja rozgrywa się w uniwersyteckim ogrodzie botanicznym, w którego centrum rośnie okazały miłorząb japoński (gingko biloba). Na początku XX wieku o prawo do traktowania na równi z mężczyznami walczy tu młoda kobieta, która jako pierwsza w historii dostała stanowisko asystentki na wydziale botaniki. To samo drzewo przygląda się młodemu chłopakowi studiującemu literaturę w latach 70, to pod nim odpoczywa, czyta i marzy o dziewczynie która wpadła mu w oko. I wreszcie współcześnie, tuż przed wybuchem pandemii na uniwersytet przybywa profesor z Japonii, by prowadzić wykłady na temat swoich badań nad biochemią mózgu. 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Zmienić coś w życiu, czyli Młode matki i Łobuz

Dziś podwójna dawka filmów dla wytrawnych kinomaniaków, może coś Was zainteresuje, to pozycje świeże które albo dopiero się pojawiają albo wkrótce będą na ekranach. 
 

Bracia Dardenne przyzwyczaili nas do historii, które niektórym mogą przypominać jakieś paradokumentalne seriale telewizyjne, w których podglądamy życie zwyczajnych ludzi, ich dramaty. Tyle że ich nie interesuje jedynie "dobra historia", wzruszenie widza, raczej chcą wzbudzić empatię, zainteresować tym, że ktoś wokół nas może przeżywać jakieś trudne sytuacje, no i czasem punktuje luki w systemie pomocy. Choć akurat mam wrażenie że nie w tym przypadku. Tu wsparcie jest potężne, ale bohaterki czasem są tak pełne lęku, wiary w siebie, że niestety nie wszystkie wychodzą na prostą i próbują zbudować coś dla siebie i dla tej małej istoty, którą noszą pod sercem.  

To co chyba najbardziej uderza nas to fakt iż wiele z tych dziewczyn, powiela losy swoich matek, które je porzucały albo fundowały dzieciństwo którego nikomu by się nie chciało polecić. Czy więc można się dziwić, że czasem wolą zrobić to samo, mając nadzieję, że w rodzinie ich dzieci znajdą więcej szczęścia niż one? 

Wolność po włosku, czyli nie mówcie mi jaka mam być

Muzycznie od wczoraj wciąż w kręgach funkowych, ale dziś plan był by napisać o dwóch albo trzech filmach, a tu 21 i nie mam ani zdania napisanego. No to hop hop hop, biegusiem...

"Wolność po włosku" od Gutek Film to rzecz raczej dla wytrawnych kinomaniaków, zresztą chyba jak każda z dzisiejszych pozycji jakie wybrałem na Notatnik. Ciekawa scenariuszowo, aktorsko, bo już wizualnie i montażowo nie ma tu fajerwerków. Goliarda Sapienza chyba nie jest u nas jakoś bardzo znana, choć jej powieść wydana pośmiertnie uznawana jest w niektórych środowiskach za rzecz kultową. Czy rzeczywiście jej życiorys zasługuje na uwagę, na opowiadanie? Przyznam że jest na tyle niebanalny że tak. To kobieta dojrzała, wyzwolona, dumna. Wyrok jaki musiała odsiedzieć w więzieniu gdy została uznana za złodziejkę nie złamał jej, a raczej otworzył oczy na ludzi, którzy mieli w życiu jeszcze mniej szczęścia, jeszcze bardziej zagubionych. 

czwartek, 16 kwietnia 2026

Wczoraj byłaś zła na zielono, czyli Nie oceniaj. Słuchaj!

Odnoszę wrażenie, że ten spektakl przekazał mi większą wiedzę o autyzmie niż niejedna książka czy wykład na ten temat. Ten spektakl chłonie się przez skórę, wydobywa wiedzę z kakofonii dźwięków i ciszy, z krzyków i szeptów.


To opowieść matki autystycznej córki. Opowieść trudna, bolesna i pełna miłości. Oparta na autobiograficznej książce Elizy Kąckiej o tym samym tytule. Anna Augustynowicz – reżyserka stworzyła spektakl niepowtarzalny, inny od dotychczas oglądanych, wypełniony dźwiękami, które rozkładają nierówno emocje, raz są za a raz przeciw bohaterkom na scenie.

23 i pół godziny, czyli reszta to niepewność

M wraca do pisania więc doklejam jej wpis nt. A planety szaleją, które z małej sceny przeszły teraz na dużą w Teatrze Współczesnym i niedługo od niej jeszcze jeden, a potem jeszcze dwa dialogowane. 

***

Po drodze mi z Jarosławem Tumidajskim i jego sposobem prowadzenia narracji sztuk teatralnych. Lubię jego dbałość o wszystko co się dzieje na scenie, sposób prowadzenia aktorów, czy choćby oprawę muzyczną, której sam dokonuje. Nie dziwi więc, że i ten spektakl Teatru Współczesnego - w moim mniemaniu - jest „całkowity” i bardzo dobry. Dotyka tematu molestowania i przemocy seksualnej wobec kobiet, który w niedalekiej przeszłości przybrał formę międzynarodowej, głośnej akcji Me Too. Autorka sztuki, Carey Crim, była jedną z pierwszych, które nagłośniły ten temat, jednocześnie pokazując i analizując wszystkie aspekty powstałej akcji. Minęło od niej kilka lat i już wiemy, że pod jej szyldem działy się sprawy, których być nie powinno, choć tych prawdziwych, potwierdzonych faktami było zdecydowanie więcej. Jednakże zdarzały się oskarżenia zupełnie bezpodstawne, powodowane złością, zazdrością, zemstą, lecz również chęcią zaistnienia, zwrócenia na siebie uwagi, które powodowały natychmiastowe i bardzo dotkliwe skutki dla posądzonych a hałas wywoływany przez media biegnące za sensacją powodował, że zasada „domniemanej niewinności” przestawała funkcjonować. I co wówczas?

niedziela, 12 kwietnia 2026

Null - Szczepan Twardoch, czyli brutalność i szaleństwo wojny

O tej powieści trudno pewnie będzie mi coś napisać. Bardziej mam wrażenie się ją odczuwa i przeżywa niż analizuje i ocenia. Szczepan Twardoch nie raz już w swoich powieściach dotykał spraw tożsamościowych, wrzucał swoich bohaterów w sytuacje, gdzie byli zmuszani do rewizji różnych swoich systemów wartości i zasad, burzył ich światy. I tak jest i teraz. Można powiedzieć że to książka o wojnie na Ukrainie, ale przecież nie jest to reportaż, nie jest to analiza geopolityczna, nawet trudno powiedzieć, by jednoznacznie biła z niej pewność co do przekonania walki o sprawę. To raczej powieść o człowieku, którego wojna zmienia. Zobojętnia, wypełnia jakimś przedziwnym stanem zawieszenia. Lękiem który obezwładnia, ale i złością na cały świat. Na tych po drugiej stronie, na siebie, na kolegów z oddziału, a przede wszystkim na tych, którzy w garniturach przesuwają pionki ich armii po mapie, kompletnie nie wiedząc co na froncie się dzieje.  
 
Ta wojna pokazuje też jak bardzo zmieniają się zasady jej prowadzenia i jej realia. Śmierć może przyjść zupełnie z zaskoczenia z powietrza, choć jest wymierzana bardzo celnie, nie na ślepo jak kiedyś. To już nie są bomby i rakiety, ale drony, kamery, satelity. Armie zamiast się przesuwać raczej tkwią w miejscu, tygodniami siedząc w okopach i schronach, po jednej i po drugiej stronie linii frontu. Sukces pójścia do przodu jest pozorny, bo w każdej chwili możesz zostać odcięty od jakichkolwiek dostaw, zdany na siebie, sam już nie wiedząc czy lepsza będzie śmierć na miejscu czy tortury, które czekają jeńców. 

sobota, 11 kwietnia 2026

Samotni bohaterowie, czyli Projekt Hail Mary i Niebo o północy

Szybka notka, bo już trochę padam na nos, a tu aż dwa filmy, które jakoś mi się połączyły w jeden wpis. Czemu? Przecież wiele je różni... Mam wrażenie że jednak są elementy łączące – choćby samotność obu bohaterów oraz ich poświęcenie, nawet jeżeli nie zawsze wynikało ono z ich jakiejś świadomej początkowej decyzji. Po prostu tak się zadziało i w danej sytuacji nie widzieli innego wyjścia. 

O filmie z Ryanem Goslingiem jest głośno i trzba przyznać, że wizualnie robi on wrażenie. Po Marsjaninie kolejna ekranizacja powieści Andy’ego Weira może okazać się sporym przebojem, mimo tego, że fabularnie jest to dość miałkie. No nie obrażajcie się, ci którym się to podobało, którzy się wzruszali na filmie, ale naprawdę historia jest dość prosta, nie ma w niej jakichś większych zaskoczeń, a to balansowanie między komedią a tragedią wiszącą nad ziemią, wcale nic dobrego nie wnosi. Ten humor może i wnosi trochę luzu, skutecznie jednak likwiduje jakiekolwiek napięcie, którego w sumie po filmie z wątkiem katastroficznym raczej bym oczekiwał. 
Fizykiem nie jestem więc nie wypowiem się na temat naukowego prawdopodobieństwa, podejrzenia mam jednak spore, że to wszystko mocno wyssane z palca. 

wtorek, 7 kwietnia 2026

Nie ma jak rodzina, czyli Żegnaj June i Dobra siostra

Z rodziną to najlepiej tylko na zdjęciach... Ale czy musi tak być? Bywa niełatwo i tym razem w kąciku filmowym dwie produkcje, które wokół tego tematu krążą. 

Żegnaj June, debiut reżyserski Kate Winslet choć bardziej by się nadawał na seans w Boże Narodzenie a nie przy Wielkiej Nocy, polecam bo to film przy którym może zakręcić się łezka wzruszenia w oku. No i ta obsada! Ale jak się jest gwiazdą, pewnie łatwiej namówić przyjaciół na to by razem stanąć przed kamerą. 

Spotkanie rodzinne na szybko zwołane z powodu kryzysowej sytuacji rodzinnej, czyli nagłego pogorszenia się zdrowia mamy. Punkt wyjścia niby znany i ograny, jednak Kate Winslet potrafi to pokazać tak, że nie czujemy znużenia. Jest w tym i humor, jest i dramat, jest miejsce na żal, na pojednanie i na spokój. Bo pewnie w sytuacji gdy rodzic czuje, że jego dzieci nie do końca się ze sobą dogadują, porównują się, dogryzają, obgadują za plecami, jego jednym z największym marzeń jest to, żeby jednak się pojednali. Wtedy może odchodzić ze spokojem. Przecież śmierć jest czymś naturalnym, a gdy przychodzi ból, nawet czasem czymś mocno wypatrywanym. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Dziewczyna, która płakała perłami, czyli doceńmy ten kunszt i wrażliwość

Korzystając z okazji, że legalnie i za darmo możemy na stronach telewizji ARTE obejrzeć "Dziewczynkę, która płakała perłami" (kliknij tu) postanowiłem choć kilka zdań poświęcić filmowi, których w tegorocznych Oscarach okazał się zaskakującym polskim akcentem. 

Za tą produkcją stoi duet Chris Lavis i pochodzący z Polski Maciek Szczerbowski, facet który od lat pracuje w Kanadzie i to właśnie ten kraj zgłosił ten film do kategorii krótkometrażowa animacja. I choć trudno upierać się przy tym, by Polska była kolebką animacji lalkowych, to ci którzy pamiętają różne dawne produkcje, poczują pewnie znajome emocje. To nie dzieło komputera, ale wielu godzin pracy całej ekipy, łącznie z delikatnym manewrowaniem każdej lalki. Raptem 17 minut, więc nie mówcie więc że nie macie czasu - to lepsze niż niejeden serial na Netlfixie. Docenicie nie tylko samo wykonanie, poklatkową animację, ale i niebanalny scenariusz, który może stać się okazją do fajnej rozmowy w domu z młodszymi widzami. Widziałem już nawet w sieci scenariusze do pracy z klasą dla nauczyciela przy wykorzystaniu tego seansu (polecam bo jestem fanem takiej pracy z wykorzystaniem filmów, spektakli, książek). 

wtorek, 31 marca 2026

Dobry chłopiec, czyli robimy to dla Ciebie

Marzec zamykam bardzo dobrym filmem. Niby Jan Komasa przyzwyczaił nas do mocnych akcentów fabularnych, nie powinniśmy być więc zaskoczeni, a mimo to chyba znowu mu się trochę to udało. Jest w tym jakaś przewrotność Mechanicznej Pomarańczy, jest trochę absurdu, ale mimo przerysowań reżyser funduje nam całkiem ciekawe pytania. Nie odbierałbym tej produkcji jako pochwały "surowej ręki rodzica", ale na pewno uderza to w jaki sposób udało się z więźnia uczynić kogoś kto mimo wszystko poczuł coś więcej, poczuł się kochany. Może po raz pierwszy w życiu.

Dotąd wszystko przecież traktował tak jak nauczył go świat: płytko, szybko, aby wykorzystać, aby się popisać, powygłupiać, odlecieć. I nagle Tommy, który tak lubił zaszaleć, budzi się po kolejnej nocy imprezowej i widzi że jest w nowym miejscu, z obręczą na szyi, przykuty łańcuchem do ściany. Jak na pierwsze kilka minut filmu przyznacie że grubo. 

wtorek, 17 marca 2026

Twoją historię i tak opowiedzą po swojemu, czyli Czarna śmierć i Ołowiane dzieci

We wtorkowym kąciku dla kinomaniaków pisałem o różnych filmach, rzadko jednak o serialach. Ponieważ trochę jednak mi się tego uzbierało, poświęćmy im trochę czasu. Zwłaszcza że powodów do tego by poświęcić na nie kilka godzin swojego czasu nie brakuje – również w Polsce seriale robimy coraz lepsze. Wiele z nich oparte jest na jakichś wydarzeniach historycznych i tu na szczęście odchodzimy od martyrologii, dęcia w trąby, szukamy bohaterów którzy noszą w sobie pęknięcia. Liczy się atmosfera i opowieść, a nie jedynie wierność faktom. Może to oburzać, bo przecież drugi serial nie powstanie, ale po prostu uznajmy, że jeżeli kogoś zainteresuje jakaś historia, sięgnie po dokumenty, pogrzebie głębiej. Jeżeli uzna fabułę za prawdę, cóż... najwyraźniej wiele jeszcze musi się nauczyć. 

Dziś więc o dwóch tego typu serialach. Czarna śmierć przyciągnęła przed ekrany sporo ludzi, bo to w końcu TVP, co dziwne bo choć temat ciekawy, sama konstrukcja tego obrazu wcale nie była typowa i oczywista, jak lubi widz masowy. Mnie co prawda wkurzały tu pewne rzeczy – od tytułu począwszy (kto wprowadza widza w błąd skoro historia jest o czarnej ospie a oni używają nazwy czarna śmierć używanej przy dżumie) i takiego sobie aktorstwa, wcale ta produkcja nie rozczarowała. 

niedziela, 15 marca 2026

To był zwykły przypadek, czyli nie musimy być tacy sami

Pozwólcie że zanim napiszę o kolejnym obrazie przed wieczorem Oscarów, przypomnę Wam jeden tekst sprzed lat 8 - ZNAK wznowiło ten tytuł i powiem że przypomniałem sobie go z przyjemnością. Chodzi o biografię Zbyszka Cybulskiego, kto lubi aktora, będzie miał okazję wrócić do jego produkcji a jego samego zobaczyć w trochę innym świetle. Amant? Gwiazdor? Człowiek rozkochujący w sobie kobiety? 
***

A dziś zabieram Was do Iranu. Choć Jafar Panahi nie może kręcić u siebie, wciąż opowiada o ludziach którzy zostali w kraju, o ich emocjach i zwykle robi to bardzo celnie. 
 

Wyobraźcie sobie ludzi, którzy trafiają, niejednokrotnie bez żadnego powodu do aresztu reżimu, który oskarża ich o zdradę kraju i torturami zmusza do zeznań. Macie to? No to zapomnijcie o swoich oczekiwaniach. Bo choć ten film jest mocnym uderzeniem w autorytarny system, to jego fabuła może nieźle zaskoczyć. Chwilami miałem wrażenie że akcenty komediowe są aż przesadzone, że warto by było mocniej, bardziej poważnie. A mimo to może właśnie dlatego ostanie minuty zostają nam w głowach tak mocno, to przesłanie głęboko ludzki głos ofiar dociera do nas tak wyraźnie.