wtorek, 3 lutego 2026

La Grazia, czyli do kogo należą nasze dni

W niedzielę pisałem o Kandydacie Żulczyka, gdzie mamy obraz prezydenta Polski, a oto powracamy na najwyższy urząd tyle że we Włoszech. Paulo Sorrentino kreśli jednak zupełnie inny obraz - oto człowiek powszechnie szanowany, uznawany za wyrocznię w dziedzinie prawa, choć z wiekiem wydaje mu się że coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością, która tak szybko się zmienia. Oczekiwania by podejmował odważne decyzje, najwyraźniej są dla niego ciężarem, wolałby końcówkę swojego urzędowania potraktować jako spokojne żegnanie się z władzą, bez żadnych gwałtownych ruchów, żeby nikogo nie drażnić. 

Czy więc to film o odwadze i jej braku? A może o rozsądku i spokoju, towarzyszącemu dojrzałości? Wbrew pozorom w bohaterze filmu kotłuje się całkiem sporo emocji, jednak dotyczą one głównie przeszłości - wciąż na przykład przeżywa to że 40 lat temu został zdradzony przez żonę, po której śmierci mocno tęskni. Tą jego samotność wyczuwamy dość mocno, choć wybuchy zazdrości są sporadyczne, częściej to jakaś nostalgia w jaką wpada, może również lęk przed jakimiś radykalnymi zmianami.



Niektórzy będą się wyzłośliwiać że oto po raz kolejny kreuje się jako mentorów starszych ludzi, którzy o współczesnym świecie niewiele mogą wiedzieć. To jednak człowiek, który wciąż potrafi słuchać, wcale nie jest zamknięty jedynie w swoich przekonaniach i upodobaniach, może jednak ten proces odkrywania wartości przebiega u niego dużo wolniej niż u ludzi, którzy od początku wychowali się w otoczeniu urządzeń cyfrowych, przeładowani informacjami i możliwościami wyboru.  
 

Przyglądamy się ostatnim miesiącom pracy prezydenta, różnym naciskom na podejmowanie konkretnych decyzji oraz jego wątpliwościom. To ostatnie słowo może być tu kluczowe - dziś wszystko idzie bardzo szybko, proces przygotowań, konsultacji, bardzo się skraca, a to niestety często oznacza błędy i sprzeciw, który jest nieunikniony. Dla prezydenta w "La Grazia" wątpliwości, szukanie prawdy, zadawanie pytań, nie są stratą czasu, zawracaniem głowy, jak chcą niektórzy mu wmówić. To proces niezbędny do tego, by rzeczywiście decyzja była jak najbardziej świadoma i z jak najmniejszym ryzykiem błędu. 

Dziwny to film i może dla niektórych okazać się nużący - przecież tak niewiele się tu dzieje. Bardziej zwraca uwagę muzyką, zdjęciami, przeplataniem elementów wydawałoby się do siebie niepasujących (rap, taniec, techno z pałacem prezydenckim, z politykiem odpowiadającym za tak ważne decyzje), niż samą fabułą. A jednak to ciekawy seans, mający w sobie jakiś pierwiastek metafizyki, filozofii, niczym kino Kieślowskiego, choć pytania jakie zadaje Sorrentino nie są tak ostateczne. Jego bohater mimo wszystko ceni sobie to co przyziemne: miłość, przyjaźń, więzi i one ostatecznie pomagają mu w podejmowaniu decyzji. Odpowiedzialność może ciążyć, warto mieć więc coś co daje oparcie, a tego czegoś warto szukać nie tylko w sobie, ale w innych.   

Ciekawe. I mimo że o polityku mało tu polityki. To bardziej opowieść o przemijaniu i ewentualnej spuściźnie. Jak chcę żeby mnie zapamiętano? 
 

PS 1

Ach, jeszcze wyjaśnienie mojego podtytułu, który zresztą pada w filmie, a słowa te tyczą się podpisania ustawy o dopuszczalności eutanazji. Będą jednak powracać do bohatera również w kontekście jego samego i spraw o ułaskawienie jakie pozostaną mu do podjęcia. Co nami kieruje i czy możemy rzeczywiście oceniać z własnej perspektywy czyjąś tragedię, sytuację, dylematy? 

PS 2

Toni Servillo w roli głównej świetny!

Zresztą łapcie trailer


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz