poniedziałek, 9 lutego 2026

HÉR - Monochrome, czyli surowość północy i jazzowe szaleństwo

W ubiegłym roku muzyki na Notatniku było niewiele, na pewno jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się jazzu (m.in. Omasta) nie tylko w trakcie roku, ale i w podsumowaniach (Nene Heroine). A przecież dotąd tego nie słuchałem w większych dawkach, nie rozumiałem, drażniło mnie. Teraz odkrywam po raz kolejny jak różne oblicza może ta muzyka mieć. W wykonaniu gdańskiego zespołu HÉR przenosi ona nas w bardzo zaskakujące klimatu - surowej północy, nordyckiej mitologii, ale i jakiegoś world music przypominającego wciągające i transowe melodie tworzone przez ukochane przeze mnie od lat Dead Can Dance. 
 

Co kawałek, to zaskoczenie. No bo jest i gardłowy śpiew, są jazzowe wariacje na skrzypcach, ale jest i rytm, bardziej mroczny, rockowy, z wokalem opowiadającym jakąś historię. Ich odniesienie do Islandii, do dalekiej północy, czuje się w tej muzyce, czyni odsłuch podróżą w jakieś fantastyczne krainy. 

 

Mimo że chwilami może wydawać się to ponure, ciężkie, warto jednak spróbować zanurzyć się w te kawałki. Ich długość sprzyja temu żeby na spokojnie w to wejść, poddać się niczym medytacji. Chłód i ogień, ciemność i światło, brutalność i czułość. No i teksty inspirowane staronordycką poezją. 

Trochę psychodelii i improwizacji, bo przecież wszyscy muzycy mają mocne korzenie w jazzie, szalone smypce, transowa perkusja i bas, no i głęboki wokal Tomasza Chyły - naprawdę jest oryginalnie i nie dziwię się że zespół już został wypatrzony przez dużą, międzynarodową wytwórnię Season of Mist.   

Mój zachwyt Nene heroine trwa i nic dziwnego że jakoś spodobał mi się HÉR bo z pięcioosobowego składu, aż trzech muzyków pochodzi właśnie z tamtej formacji. A przecież to jednak coś zupełnie innego.  Może bardziej wyczuwam pasję i odwagę w tworzeniu, poszukiwaniach, w łączeniu różnych gatunków.  

Posłuchajcie sami 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz