poniedziałek, 23 lutego 2026

Springsteen: Ocal mnie od nicości, czyli walcząc z demonami

Filmowe biografia gwiazd muzyki i estrady wydawałoby się to samograj - trochę piosenek, jakieś poruszające sceny z życia prywatnego, droga do sukcesu z pokonywaniem trudności, czasem dramatyczny finał, jeżeli ktoś odszedł zbyt wcześnie... 
Scott Cooper obiera inną drogę - robi film dość kameralny, z niewielkiego fragmentu życia muzyka, wcale nie stawia mu pomnika, a jednocześnie sprawia że artysta staje się nam jakoś bliższy i ten konkretny album, o którego nagrywaniu opowiada film, natychmiast ma się ochotę sobie odświeżyć. I to mimo tego, że na nim nie ma tych największych przebojów jakie kojarzymy z Bruce'm Springsteenem. 



Jeremy Allen White którego tak polubiłem za The Bear, może nie jest fizycznie idealnym Bruce'm, w tej historii jednak pasuje jak ulał. Ma bowiem w sobie nie tylko ten ogień, który rozpala go gdy wychodzi na scenę, ale i jakąś dziwną melancholię, jakiś niepokój, który go spala. No i kurde śpiewa tak, że aż trudno uwierzyć w to, że to nie są nagrania Springsteena.

Oto artysta, który zyskał już pewną popularność i mógłby spokojnie odcinać od niej kupony, produkując kolejne wpadające w ucho piosenki, a zamiast tego zamyka się w domu na odludziu, by pisać i przygotowywać numery, które raczej dalekie są od przebojowości. To historie o ludziach prostych, często nieszczęśliwych, o takich, którzy nosili w sobie jakieś szaleństwo. Powraca motyw jego własnego dzieciństwa, przemocowego ojca, chwil strachu, ale i takich gdy był szczęśliwy.


Dziś, choć miałby szansę na to budować już własne życie uczuciowe, jakiś poważny związek, nie bardzo to potrafi, choć sam nie do końca rozumie co go blokuje. Ten motyw: lepiej będzie Ci beze mnie, ja na pewno Cię unieszczęśliwię może przypominać The Bear i miejmy tylko nadzieję, że nie stanie się jakąś częścią wizerunku aktorskiego na stałe.  

Poznajemy więc Springsteena na początku jego drogi i w dość przełomowym momencie - tuż przed nagraniem największych hitów, a w momencie dość ciekawym. Bo oto uparł się na nagranie albumu praktycznie w warunkach domowych, surowe granie, jedynie gitara i harmonijka, z tekstami brzmiącymi dość ponuro, a dodatku nie zgadza się na żadną promocję albumu - żadne koncerty, żadne wywiady, żadne zdjęcia. Chciał podzielić się muzyką i ona dla niego była ważna. 

Nie chcę spoilerować ale kto zna historię muzyki pewnie sobie to przypomni albo można to sprawdzić od ręki w kilkanaście sekund. Dość powiedzieć, że płyta nagrywana w tak trudnym dla niego czasie, gdy pogrążony był w depresji, album w którego sens nikt nie wierzył i uważał za fanaberię, stał się jednym z ważniejszych w jego dorobku i o dziwo został przyjęty bardzo ciepło. Można nie tylko wyszukać sobie archiwalne nagrania "Nebraski" ale i znaleźć koncert jak gra ten materiał Bruce teraz. Ba, można porównać sobie pierwotną wersję "Born in the USA" z tym co potem powstało w studiu z zespołem.  


Jeden z ciekawszych filmów biograficznych o artystach w ostatnich latach. Świetnie zrobiony, zagrany, ale przede wszystkim mam wrażenie że udało się w nim uchwycić prawdziwe emocje i jakąś prawdę. Może i nie ma wielkich uniesień, dreszczu ekscytacji, zdecydowanie jednak warto! A potem sięgnąć po muzykę. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz