piątek, 6 lutego 2026

Potrójna dawka aburdalnego humoru, czyli Evžen Boček i Arytoskratki część 3, 5 i 6

Może nie polecam tego w tak dużej dawce jak sam sobie zapodałem, czyli 3 tomy jeden za drugim, ale cykl Evžena Bočka to perełka humoru i zdecydowanie jeżeli szukacie czegoś lekkiego na poprawę nastroju, to szukajcie Arystokratki. O poprzednich tomach też pisałem, one łączą się ze sobą, więc najlepiej czytać po kolei, ale każdy też stanowi pewną zamkniętą ramami historię, w które można dostrzec zarówno kontynuację (postacie), jak i nowe pomysły. 

I w sumie chyba nie powinienem zdradzać zbytnio fabuły, bo to sama przyjemność wejścia w te pokręcone historie, ale przynajmniej kilka zdań o każdym z tych trzech tomów napiszę, a wcześniej choć parę słów zarysu okoliczności w jakie wchodzimy. 



Rodzina jakich wiele, imigranci w USA, żyjący tam jak wiele innych zwyczajnych rodzin, otrzymuje wiadomość że w Czechach czeka na nich majątek, który komuniści postanowili oddać potomkom właścicieli. Nagle więc zostajesz hrabią, możesz być cały dumny ale najpierw zastanów się czy wiesz co bierzesz, bo teraz na twojej głowie jest utrzymanie tego przybytku, remonty, użeranie się z pracującym tam personelem bez którego na pewno sobie nie poradzisz, bo oni ten zamek znają na wylot, a ciebie wciąż przeraża jego ogrom. W każdej z części (o każdej notka w Przeczytanych szukaj linku na górze bloga) poznajemy bliżej bohaterów, ich humory, specyficzne sposoby na radzenie sobie z trudnościami, a stan bankowego konta, który choćby nie wiem jak się starali wciąż wykazuje że mają mniej niż mieli "w poprzednim życiu". Ale sam chciałeś. To teraz pożyczaj, oszczędzaj, ukrywaj, oszukuj itp. itd.  

Szalone to wszystko, absurdalne, w tym jednak właśnie tkwi cały urok tych cienkich książeczek. W tych bardzo zakręconych postaciach oraz w sposobie komentowania całego ich życia przez narratorkę, którą jest 19 letnia córka owych imigrantów, nowa Maria na Kostce (bo tak nazywa się zamek) z rodu Kostków. Dziewczyna mająca w sobie sporą dawkę ironii, cynizmu, ale i racjonalności, choć coraz częściej też wzdycha, marząc o tym iż jeżeli nie padnie trupem w 20 urodziny jak głosi rodzinna klątwa, to chętnie by znalazła sobie jakiegoś przystojnego gacha. Najlepiej również z tytułem. Albo i zamkiem. Albo majątkiem :)


Najbardziej z tych trzech tomów bawiłem się przy Arystokratka na królewskim dworze, gdzie Maria wraz z matką oraz ich ochmistrzynią udają się do Holandii na dwór królewski, by otrzymać tam podziękowania za oddanie ich narodowi obrazu Rembrandta przypadkowo odkrytego w ich zamku (historię próby kradzieży przeczytacie w tomie 4). Po prostu trzeba to przeczytać bo tu będzie wszystko: i diamenty, i przepych, i gafy, i marihuana, i ceremoniał królewski w którym trzeba się odnaleźć. A one przecież dopiero od roku są posiadaczkami tytułów i majątku, który tak naprawdę jest raczej ciężarem a nie majątkiem. Cała procedura wybierania członków tej "delegacji", przygotowań, liczenia funduszy już stanowi niezłą zabawę, to co jednak najciekawsze dzieje się już na miejscu. 

Gwarantuję kupę śmiechu. 

Wcześniej jednak w ramach cyklu jest przecież tom 3, który jakoś dziwnym trafem mi umknął i dopiero teraz musiałem nadrabiać. I ten podobał mi się chyba najmniej. Jakieś dziwne fragmenty zapisków ich Kasztelana Józefa trochę wybijały z rytmu, a i sama fabuła nie miała jakichś wyróżniających ją fragmentów - ot zwyczajne przepychanki z muflonami (tak nazywa się turystów, na których się przecież zarabia na utrzymanie zamku), dylematy sercowe Marii, bo jej adorator albo się nie odzywa albo ona zalicza jakąś wpadkę, no i kłopoty, kłopoty, kłopoty, bo przecież one stanowią esencję życia na Kostce. Niby obserwowanie tego jak szuka się sposobów na zarabianie i jaki jest tego efekt albo jakie szaleństwo ogarnia wszystkich gdy zamykają sezon turystyczny i mogą odetchnąć z ulgą, to dowcipne fragmenty, sporo jest jednak dłużyzn i trochę słabszych wątków. Arystokratka na koniu nie jest więc tak dobra jak inne w tym cyklu.

 

Odrobinę lepiej za to wypada Arystokratka pod obstrzałem miłości, choć i tu można już wyczuć lekkie zmęczenie materiału, powtarzanie pewnych rzeczy i brak świeżości. Na pewno wkurza fakt iż podzielono ją na dwie części, co sprawia że jest jeszcze krótsza niż dotąd. 

Uwaga - czytajcie do końca. Bo zakończenie autor dopisywał zmienione albo przynajmniej sam z siebie w ten sposób żartuje. 

To tom w którym historia z Holandii ma swój ciąg dalszy i to w podwójnej kumulacji. Nie dość że Maria ma teraz dwóch adoratorów, z których musi wybrać jednego, nie za bardzo wie jednak którego i jak to powiedzieć temu drugiemu. Żeby jej trudną sytuację jeszcze podkręcić na zamek przybywa holenderska telewizja, która chce nakręcić paradokument o ich życiu, wszystko muszą więc robić w świetle kamer. Podejmować decyzje o wybraniu przyszłego męża też :) A na kamerę jedni reagują z dużą otwartością, a inni widzą w niej wymysł diabelski, więc pokręconych scen znowu nam nie zabraknie. 

I nawet nie wiem jak opisać Wam ten humor, trochę sitcomowy, sprawiający że trudno czasem nie parsknąć, zapominając że ktoś może na ciebie akurat patrzeć (gdy czytasz np. w pociągu). Po prostu tego trzeba spróbować. 

Do czego namawiam!   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz