czwartek, 19 lutego 2026

Wielki Marty, czyli tupet kontra pokora

Chcę jak najszybciej opisać to co już widziałem spośród nominowanych do Oscara, do końca lutego będą więc chyba na Notatniku przynajmniej dwie notki filmowe. Zresztą nazbierało się tego trochę i marzec też chyba będzie pod znakiem seriali oraz nowości kinowych. W oglądaniu m.in. Ołowiane dzieci. I chyba jednak będzie lepiej niż zrobiło to TVP z Czarną śmiercią (kurczę, też muszę napisać notkę...).

Wielki Marty zbiera sporo pochwał, a ja mimo tempa tej produkcji, emocji jakich funduje, jakoś nie mogę znaleźć w sobie wielu słów zachwytu. To dobry film, niezły scenariusz, niestety mam wrażenie że główny bohater nie da się lubić i przez to jakoś ten brak sympatii przekłada się również na stosunek do całości produkcji. Mieliśmy już postacie, które potrafiły w uroczy sposób kłamać, manipulować, by coś tam dla siebie ugrać, to jednak był jakiś element gry, coś co czasem można było usprawiedliwić potrzebą chwili. Tymczasem w Wielkim Marty'm bohater robi w balona wszystkich po kolei, nawet własną matkę, snuje wielkie wizje, obiecuje, a potem ma wszystkich w dupie. Nie, to nie tylko dlatego że akurat mu się nie udało, bo nawet jak miałby kupę kasy, to też woli wydać na własne przyjemności, ba, nawet rozdać by udowodnić swój gest, a nie by oddać to co ofiarowali mu w potrzebie inni. Kawał cwaniaka i drania po prostu. 

I niby rzeczywiście ma dar - można by rzec że jest szczęśliwym dzieckiem dwóch paletek i piłeczki, gra jak szalony, choć to jego mniemanie że jest najlepszy na świecie i nikt nie może mu się równać co i rusz wali się w gruzach. Tyle że on nie chce w to wierzyć, uparcie znajdując winę w innych a nie w sobie. A potem brnie dalej w kłamstwa, pozerstwo i jakieś kombinacje, byle tylko znowu móc zaprezentować się jako ktoś kto zasługuje na hołdy, uznanie i wszelkie pieniądze świata. Na tych ostatnich niby mu nie zależy, choć przecież wychowywał się w biedzie, traktuje je jedynie jako środek do celu, ale to znowu poza - przecież ci najlepsi raczej właśnie okazują pogardę dla pogoni za kasą, oni są ponad to. Marty ma więc dwie twarzy - dla znajomych potrafi być słodki gdy ich potrzebuje lub kompletnie ich olewający bo jemu zależy na lepszym towarzystwie, a dla nieznajomych to również gra, po to by ich wykorzystać lub dzięki nim coś dla siebie załatwić, choćby dla podbudowania własnego ego. 


Oj dzieje się tu mnóstwo, to taka mieszanka kina awanturniczego, dramatu, czarnej komedii, a na rozpoczęcie i finał dostajemy jeszcze sporą dawkę sportowych emocji. Ogląda się fenomenalnie, klimat lat 50 też oddano fajnie, choć w tym może zgrzytać muzyka, dużo bardziej współczesna. Uczestniczymy w jakiejś chaotycznej gonitwie za własną wizją sukcesu, który napędza już chyba głównie determinacja bohatera, bo wszyscy inni po kolejnych klapach machnęli ręką na jego manię wielkości. Jego nie zadowala drugie miejsce, potrafi zrobić awanturę, on chce jedynie wygrywać. I to jest jednocześnie piękne, jak i przerażające, bo w tym wszystkim już dawno nie tylko zapomniał o innych, jak i sam popada w coraz większą degrengoladę. Ten brak pokory, jakiejś cierpliwości, który dla niego jest siłą, my widzimy jako słabość, zastanawiając się czy dojdzie do takiego momentu, do ściany, że wreszcie będzie musiał się zmienić...

Ciekawe, świetnie się ogląda, to nie jest jednak seans który zapamiętamy na lata. 

Pochwały za rolę pierwszoplanową dla Timothée Chalameta jak najbardziej zasłużone - nie poznałem go kompletnie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz