Miało być muzycznie coś ostrzejszego, ale jak to zwykle u mnie bywa, czasem zmieniam coś nawet na ostatnią chwilę. Nie mam nastroju na ostre granie, więc napiszę parę słów o odkryciu sprzed tygodnia, o głosie Momoko Gill. Chyba najpierw trafiłem na jej album solowy zatytułowany po prostu Momoko, fajną mieszankę jazzu, odrobiny jakby etnicznych elementów, soulu. I zachwycił mnie ten głos, jakiś spokój jaki w nim wyczuwam, lekkość z jaką buduje swoje melodie, tak wpadające w ucho, a zarazem w warstwie muzycznej pełne improwizacji, czasem nawet dysharmonii. Jest bardzo ciekawie! I potem dopiero zacząłem grzebać na Spotify że żadna z niej debiutantka, że nagrywała już w wielu składach, choć to rzeczywiście pierwszy jej w pełni solowy projekt. No i postanowiłem wspomnieć też o poprzednim krążku, tak innym a zarazem pokazującym jak wokalistka otwarta jest na różne eksperymenty.
O ile bowiem Momoko, jest takim klasycznym, klubowym jazzowym graniem, to Clay, stworzone we współpracy ze znanym artystą Matthew Herbertem to bardzo oryginalne spotkanie muzyki elektronicznej, która stanowi to centrum i jej głosu. Bliższe to jest może nawet triphopowi, pracom didżejów i eksperymentatorów bawiących się w miksowanie dźwięków. Ale jej głos pozostaje nieodmiennie niczym miód, który niezależnie czy dodasz do czegoś słodkiego, by podkreślić smak, czy do mięsa by go przełamać, będzie smakować równie wybornie.
I nie jest to tak słodkie, aż chwilami do znudzenia jak choćby nagrania Norah Jones, którą uwielbiam. A że nie ma szans na tak wielką przebojowość czy popularność? No trudno.
Mimo pewnego dysonansu, wciąż dzięki niej, zachwyca to i daje jakiś spokój.
Tu można coś upolować więcej:
https://momokogill.bandcamp.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz