czwartek, 4 czerwca 2026

Przed wschodem/przed zachodem, czyli to tylko/aż jeden dzień

MaGa: Premiera kolejnej sztuki Teatru WARSawy odbyła się w grudniu 2025 roku, ale dopiero teraz zdołałam ją obejrzeć. Ten urokliwy spektakl zagrany na gościnnych deskach Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego większość widzów przeniesie w krainę pierwszych zauroczeń i pierwszych uczuć, co zapewne wywoła nutkę nostalgii.


Robert: Nie ukrywam, że po stracie sceny przez Teatr WARSawy mocno brakuje mi regularnych spektakli od tego teamu, na szczęście Adam Sajnuk jako reżyser pojawia się też w innych miejscach. Korzystanie z gościnnych scen na pewno utrudnia jakąś regularność w pokazach, cieszy jednak że wciąż pojawiają się nowe rzeczy. Choć szczerze przyznam, iż Przed wschodem/Przed zachodem uważam za jedną ze słabszych rzeczy w repertuarze tego teatru i tego reżysera. Nie tylko dlatego że porównania do filmu (pisałem o nim tak) wciąż są w głowie. Po prostu nie udaje się wyjść poza to jedno spotkanie (w trylogii się udało), pozostajemy więc trochę na banalnych dialogach w miarę młodych ludzi, którzy z jednej strony są siebie ciekawi, a z drugiej nie są gotowi by się deklarować na coś stałego. 

 


MaGa: Zupełnie nie przeszkadza to, że w głowie mamy migawki z filmów o podobnej tematyce. Autor scenariusza i reżyser Adam Sajnuk nie kryje się z inspiracją. Zawsze jednak z sympatią ogląda się budzenie głębszych uczuć i poznawanie siebie nawzajem przez ludzi młodych, którzy już doznali pierwszych rozczarowań, a jednak nie ustają w szukaniu miłości lepszej od tej, która odeszła. Z jednej strony dmuchają na zimne, a z drugiej – czekają z bojaźnią by nie przegapić szansy na kolejną.


Robert: Masz rację, że to spotkanie, wzajemne wyczuwanie siebie, pozwolenie sobie na odrobinę szaleństwa, ale tylko w pewnych umownych granicach 24 godzin, ma w sobie coś co budzi sympatię, nawet jeżeli jesteśmy dużo starsi od bohaterów. Tyle że kurcze w teatrze oczekiwałbym czegoś więcej niż dość banalnej historii, która w filmie sprawdza się dobrze - wiadomo: plenery, ładne zdjęcia, świetnie uchwycone emocje aktorów. Na scenie zostaje dialog i kilka niezłych pomysłów jak oddać prostymi pomysłami scenograficznymi wędrowanie po mieście i zmianę lokalizacji. Jak dla mnie czegoś zabrakło...


MaGa: Daj spokój. Banalna historia? Mijają lata, wieki, epoki, a miłość i jej potrzeba jest ponadczasowa. Świat dostarcza ekscytujących doznań, raz dobrych a raz złych, a człowiek w tym ciągłym chaosie życia dąży by mieć przy sobie kogoś bliskiego, kto będzie rozumiał, kochał, da poczucie bezpieczeństwa. I młodzi bohaterowie spektaklu są właśnie w tym miejscu swojego życia. Wypuszczają „czujki” i sprawdzają czy to jest to. A my obserwujemy to z serdeczną uwagą, wspominając jednocześnie swoje własne przeżycia. Bardzo to dla mnie było ujmujące.



Robert: Dla mnie niestety nie. Oglądałem z sympatią, ale marzyło mi się jakieś przełamanie w tej historii, zaskoczenie dla widza, większa ilość emocji.


MaGa: To, że Adam Sajnuk jest świetnym reżyserem (i aktorem) wiemy. Mniej znani są odtwórcy bohaterów spektaklu, ale odnoszę wrażenie, że teraz będziemy ich częściej widywać na scenie, bo byli oboje wręcz doskonali. Oboje młodzi i naturalni, grali tak jakby po prostu dawali się nam podglądać, a nie grali swych ról. Niewymuszenie, autentycznie. Z dużym wdziękiem (Ona) i młodzieńczą spontanicznością (On). Eteryczna Monika Markowska przeciwstawiła swojej posturze rozsądek i rozumność, natomiast Robert Mróz wspaniale przedstawił męską delikatność i młodzieńczą spontaniczność. Zagrali tak ładnie, że wychodząc ze spektaklu miało się ciepły uśmiech na twarzy. W obecnych czasach… niebywałe 😊.


Robert: Monika Markowska podobała mi się dużo bardziej, pasowała do tej historii, miała w sobie jakąś fajną energię. Robert Mróz wydawał się przyjmować trochę bardziej zblazowaną postawę - nie okazać jak bardzo mu zależy, a jednocześnie wciąż jednak dawać minimalne sygnały. No i niestety jemu (kilka dni po premierze) zdarzało się dużo więcej zacięć w tekście, zaczynania kwestii po kilka razy. 


MaGa: Mnie się ten spektakl bardzo podobał. Kameralne przedstawienie w kameralnej scenerii przywołał miłe wspomnienia, pozwolił zastanowić się co z tych pierwszych uniesień przenieśliśmy w dalsze życie, co dało się nam ocalić a co zgubiliśmy. Ile rozterek bohaterów pomogło nam w pokonywaniu przeszkód a ile we wspólnym życiu nie potwierdziło się. I nie przeszkadzała wielkość sceny, by znaleźć się w Wiedniu i poznawać jego zakamarki z parą bohaterów, a przy okazji poznawać i ich samych. Przemyślana scenografia i kostiumy, a jeszcze muzyka, za którą odpowiadał mój ulubiony „muzyk teatralny” Michał Lamża dopełniają całości.

Mnie – jako osobie w podeszłym wieku – ten spektakl pozwolił wrócić do czasów młodości i wywołał ogromny sentyment. Dla mnie i moich rówieśników to niejako pamiętnik z przeszłości.


Robert: To romantyczne zaciekawienie drugim człowiekiem, zadawanie sobie pytania: co by było gdybyśmy zostali już razem, a jednocześnie świadomość że za chwilkę musimy się rozstać i trudno wymagać po jednym dniu deklaracji, rezygnowania z planów, na pewno ma w sobie coś co jak mówisz budzi sympatię. Znając jednak filmy (nie tylko pierwszy, ale i kolejne), wydaje mi się że pełen potencjał emocjonalny nie został wykorzystany, to co najciekawsze czekało nas dopiero na dalszym etapie rozwijania się tej znajomości. Co było gdyby spotkali się ponownie - czy fascynacja byłaby taka sama? 


Tym razem więc trochę różnimy się w opiniach: M poleca, ja podchodzę do tego spektaklu bez większego entuzjazmu.

Teatr WARSawy – Przed wschodem/przed zachodem
Scenariusz i reżyseria – Adam Sajnuk
Kostiumy i scenografia – Katarzyna Adamczyk
Muzyka – Michał Lamża
Obsada: Monika Markowska i Robert Mróz

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz