To dziś jeszcze jedna zaległa lektura i druga notka jakoś nawiązująca do klimatów fantastycznych. Choć nie wiem czy Marta Kozłowska by się nie obraziła za wpisanie jej w jakieś ramy gatunkowe - rzeczywiście z nich czerpie dość swobodnie, a zamiast grozy raczej spodziewajcie się satyrycznej postapokalipsy.
Cieniutka książka potrafi jednak zaskoczyć, trochę właśnie przemieszaniem scen brutalnych i aż przerysowanych, z tonem w jakim zmierza, bo ten ma raczej prawie dydaktyczny smrodek. Im bliżej finału i im więcej wiemy (czy też domyślamy się) o co w tym wszystkim chodzi, tym bardziej jej diagnozy mogą rozczarować i okazać się zbyt miałkie. Może gdyby początkowy horror i zagadkowość utrzymać było ciekawiej?
Na czym ma polegać upadek naszej cywilizacji? Na wpatrzeniu się w ekrany i zatraceniu w ich zawartości do tego stopnia, że ciało pozostanie już tylko pustą formą - bezmyślną, bez świadomości, może do hodowania na mięsko albo na jakieś eksperymenty. Jak się dowiadujemy były nawet jakieś próby ratowania ludzi, przywracania ich do realu, kończyły się jednak zawsze zgonem. Oto ostatnie jednostki które można oglądać, ale już raczej bez szans na przywrócenie gatunku. A może jednak nie warto wierzyć Obcym, którzy stawiają takie diagnozy i przedstawiają nam swoją wizję wydarzeń. W końcu nie wiemy czy nie maczali w tym wszystkich swoich paluchów i czy rzeczywiście mieli dobre intencje.
Chwilami to bawi i język jest całkiem smakowity, ale im więcej tych "diagnoz" wygłaszanych oficjalnym tonem, tym robi się nie tylko mniej surrealistycznie, po ludzku również po prostu mniej ciekawie.
Jakoś nie porwało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz