sobota, 23 maja 2026

Umińska, czyli kochałam, zabiłam, a sama żyję choć nie wiem po co

Wśród różnych wypadów teatralnych zdarza mi się korzystać z zaproszeń na spektakle, które można nazwać bardziej "efemerycznymi", czyli granymi na zaprzyjaźnionych scenach, rzadko, na niewielkich salach. Czasem nawet czuję się rozdarty - jak mam coś polecać innym, skoro nie wiadomo czy dadzą radę w ogóle to gdzieś upolować. W przypadku "Umińskiej" wiem o jeszcze jednym terminie tj. 19 czerwca i w sprawie wejściówek warto uderzać do Białołęckiego Ośrodka Kultury "Przystań" na Modlińskiej w Warszawie. Czy będą kolejne pokazy nawet nie wiem. 


Nie mówi Wam nic nazwisko wymienione w tytule? Tym bardziej ukłony dla twórców spektaklu i Fundacji Związek Impulsywny za opowiedzenie tej historii, bo też jest ciekawa jak mało która. Stanisława Umińska była utalentowaną aktorką w latach 20-stych XX wieku Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana w Warszawie. Zdolna, młodziutka dziewczyna zwróciła na siebie uwagę, dość szybko jednak nawiązała związek, który naznaczył jej całe życie. Zakochana z wzajemnością w jednym z najbardziej utalentowanych artystów tego czasu – Janie Żyznowskim (dziś też mało znanym, bo cenzura w PRL zacierała ślady po jego twórczości podobnie jak np. w przypadku Ossendowskiego), mężczyźnie sporo starszym od siebie, miała nadzieję na bajkę...



Niestety złośliwy, szybko postępujący nowotwór nie dał im wiele czasu. Towarzyszyła ukochanemu cały czas z nadzieją, aż do Francji, gdzie miał kontynuować leczenie. Niestety pogorszenie stanu zdrowia było tak znaczące, że kobieta wypełniając wolę partnera, odebrała mu życie. I tu zaczyna się kolejny etap: oskarżona o morderstwo, sądzona, Stanisława wydaje się obojętna na wszystko, jakby sama również straciła całą chęć do życia. Jej dalsze losy pokazują jak mocno przeżyła to wszystko i jak wielką ranę nosiła w sercu. O tym już pisać nie będę, ale spokojnie w sieci znajdziecie więcej informacji. O teatrze nie zapomniała, nie zależało jej jednak już na tym by to na nią były zwrócone wszystkie oczy.  

Jak sami widzicie historia nietuzinkowa, warta opowiedzenia, w końcu to głośna sprawa w dyskusji czy odbieranie życia komuś choremu by mu ulżyć nadal nosi znamiona morderstwa. 

Wydawałoby się więc samograj - ale jak nie zrobić z niego taniej sensacji? Podobno gdy siedziała w celi, zgłosił się do niej ktoś w Hollywood by kupić prawo do sfilmowania jej historii. Odmówiła. 

I oto Marika Krajniewska w swoim monodramie próbuje pokazać tą historię, sama też przygotowując scenariusz (w końcu jest też pisarką). Przechodzi przez kolejne etapy, od dziecięcej radości z grania ról, pierwszych lekcji aktorstwa, sukcesów, miłość i wszystko to co tak mocno zmieniło serce bohaterki. Czasem opowiada słowami swojej postaci o swoich uczuciach, czasem zamienia się w narratora relacjonującego zdarzenia, a czasem po prostu ruchem, tańcem wyraża emocje. Z czułością i wrażliwością. Byśmy dotknęli jej doświadczenia - od zachwytu, przez tragedię, poświęcenie aż po poszukiwanie odkupienia.

Dziękuję za to że mogłem poznać tą historię niezwykłej kobiety. 

Umińska - Fundacja Związek Impulsywny 

Tekst: Marika Krajniewska
Obsada: Marika Krajniewska
Reżyseria: Miłosz Broniszewski
Konsultacje dramaturgiczne: Miłosz Broniszewski
Scenografia i kostiumy: Nina Janiak
Choreografia: Marika Kornacka
Muzyka: Michał Lazar

Czas trwania – 60 minut

Produkcja i organizacja: Fundacja Związek Impulsywny oraz Marika Krajniewska

Współorganizacja: Białołęcki Ośrodek Kultury

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz