Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blues. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2024

Hiraeth - James Harries, czyli a może tak kameralny koncert

Poniedziałek z dawką muzyki. Dziś spokojnie, trochę nostalgicznie, ale nie bez przyczyny. Artysta o którym dziś, wpada niedługo do Polski na trasę koncertową i może kogoś namówię żeby zajrzeć na jego występy? 

Za trasą Jamesa Harriesa stoi Borówka Music, więc na pewno nie będzie banalnie - to ci zakręceni ludzie, którzy potrafią zorganizować koncerty w prywatnych domach albo w jeden dzień zapewnić ci kilka występów :) Dla nich nie ma nic niemożliwego. Więcej detali - kliknij tu.


James Harries dobrze wpisuje się w to co zwykle dzieje się na ich trasach - wybierają artystów, którzy nie boją się stanąć przed publiką z gitarą i mikrofonem, bez tysięcy nowinek, ulepszaczy, zaplecza itp. To songwriterzy, którzy chcą dzielić się muzyką, swoją wrażliwością, niezależnie od barier językowych - bywa kameralnie, nostalgicznie, ale bywa też radośnie i na pełnej petardzie.

poniedziałek, 1 lipca 2024

John Porter, czyli robię to co w duszy mi gra...

Nie tak dawno pisałem o najnowszym projekcie Johna Portera z Agatą Karczewską (możesz kliknąć tu) i nie tak dawno wspominałem u siebie o inicjatywie Sąsiedzkie Granie, a tu proszę... Miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć tego artystę u siebie w mieście i to w dodatku za darmoszkę, bo Dom Kultury podjął współpracę z Sąsiedzkim Graniem i wykorzystał pewnie kontakty, nie płacąc bajońskich honorariów. Nic tylko się cieszyć. Tym bardziej, że po Lechu Janerce to kolejna postać, która współtworzy nasz rynek muzyczny od dawna, a ja tyle lat nie widziałem ich na żywo. I oto spełniają się marzenia.

Koncert miał odbyć się pod chmurką o pewnie atmosfera byłaby inna - w sali kinowej, mimo dobrego nagłośnienia, na siedząco byliśmy chyba ciut mniej żywiołowi niż moglibyśmy być pod samą sceną. A może to jednak też efekt doboru repertuaru? John zaczął raczej od spokojnych ballad, od gitary akustycznej, dopiero potem trochę podkręcił tempo i podgrzał atmosferę.

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Chris Rea - Stony Road, czyli spora dawka bluesa

Poniedziałkowa porcja muzyki i tym razem coś sprzed dwóch dekad. Odkryłem ten krążek poniekąd przypadkiem, trafiając na informację iż ukazuje się po raz pierwszy na winylu. Ani nie słuchałem dotąd dużo tego artysty, ani też nie kojarzył mi się jakoś szczególnie z moimi klimatami. Wiadomo: Chris Rea miał kilka przebojów i te zna każdy, rozpozna je w radiu, ale żeby tak wsłuchiwać się z namaszczeniem w jego nagrania, to jakoś siebie w tym nie widziałem. 


I oto zasłuchany od dłuższego czasu siedzę przy krążku jakże odmiennym od jego bardziej popowych nagrań. Głos niby ten sam, może trochę tym razem ta chropowatość jednak brzmi ciekawiej, bardziej nostalgicznie. A wiecie dlaczego? Bo to podróż w krainę bluesa i to w takim mniej popowym wydanie, rytmów w których brzmi smutek, ból i gorycz. To zawsze była muza, która sprawdzała się w wydaniu "naturszczyków", ludzi którzy chcieli poprzez nią wyrazić jakieś własne doświadczenia i frustracje. Czy człowiek który sprzedawał miliony płyt może w tym brzmieć autentycznie? 

wtorek, 27 czerwca 2023

On the wrong planet - Porter, Karczewska, czyli charakter i wrażliwość

W tym miesiącu nie może zabraknąć muzyki, choć niewiele miałem na nią czasu, a i wyjazd najbliższy szykuje się raczej pociągiem i z książką, a nie ze słuchawkami. Mam niby kilka krążków i artystów, z którymi w tym miesiącu eksperymentowałem, ale nie będzie notki zbiorczej, wybieram jeden konkretny tytuł, a reszta może jeszcze powróci w lipcu. Albo spadnie u mnie w otchłań zapomnienia - niestety jak się okazuje jedna notka dziennie to i tak mało, by pisać tak jak kiedyś sobie założyłem. Skoro nie napiszesz w miarę na świeżo, potem to już nie ma sensu...
A co wybieram? Gościa, którego kojarzę już od chyba 4 dekad :) A zaczynał jeszcze wcześniej, czyli w latach 70 gdy byłem za mały by samemu sobie szukać muzyki (a przynajmniej tego nie kojarzę). Sprowadził się do naszego kraju z Walii i tu został. Grywa w różnych składach, z różnymi artystami, ale co ciekawe zawsze jest w tym jakąś jego wyraźna, charakterystyczna nuta. Obojętnie czy z Anitą Lipnicką, czy z Nergalem, czy z Mazoleskim, Porter jest sobą, gościem którego korzenie tkwią w country, bluesie, w gitarowym graniu rodem z Ameryki. I to słychać również na tym krążku.

sobota, 24 września 2022

Too Late for Edelweiss - The Tallest Man on Earth, czyli najlepsze piosenki to te, które już znamy

Smutna informacja o śmierci Franciszka Pieczki, człowiek nie ma więc za bardzo ochoty na śmieszkowanie, robi się jakoś nostalgicznie. I na chybił trafił szukam czegoś jak zwykle w sieci muzycznego, żeby pomogło w kolejnych godzinach przed komputerem. I oto świeżynka. Premiera dziś. A wykonawca? Cóż. Nie wiem czy kojarzycie pana o pseudonimie The Tallest Man on Earth. Ukrywa się za nim szwedzki song writer Kristian Matsson, który na swoim koncie ma już kilka płyt i sporo koncertuje. Taki to już chyba los człowieka z gitarą :) Wciąż w trasie. I jak się okazuje, pomiędzy pisaniem piosenek własnych, facet bawi się dla relaksu również nagrywaniem coverów. Taki właśnie bowiem materiał znalazł się na tym krążku. Od Lucindy Williams, Yo La Tengo, the National, Hanka Williamsa po The Beatles. 

środa, 14 września 2022

Burning Bright - Laura Cox, czyli dziewczyna z gitarą

W zapowiedziach nowości muzycznych znalazłem nazwisko Laury Cox i przypomniałem sobie, że w tym roku była jedną z zagranicznych gwiazd na PolandRock (choć sam nie widziałem jej na dużej scenie). Postanowiłem więc odsłuchać sobie jakiś jej wcześniejszy krążek... Po ostatnich klimatach dość łagodnych i spokojnych (typu Kraina łagodności), w głośnikach w pracy zabrzmiały więc ostre gitarowe riffy. Artystka z Francji zaczynała od wrzucania różnych coverów na Youtubie, ale takie mamy czasy, że sukces wirtualny szybko przyciąga uwagę producentów i otrzymała szansę na zrobienie własnych nagrań. Potem już poszły trasy koncertowe i coraz większa popularność.

piątek, 24 czerwca 2022

B.L.UES - Maja Kleszcz, czyli absolutne hiciory

Ach jak ja dawno nie słuchałem dobrego bluesa. W radiu rzadko można go upolować, a i w kolekcji wstyd się przyznać nie mam zbyt wiele rzeczy w tym gatunku. Niby mogę szukać w sieci, ale jakoś zwykle zanurzam się w zupełnie inne rejony. A tu proszę zajawka w mojej poczcie mailowej, jeden numer, drugi i moja gęba coraz szerzej się uśmiecha. To fantastyczny hołd dla dawnych mistrzów (Loebl-Nalepa), ale i serce włożone w to, żeby w tą muzykę tchnąć nową energię, nowe życie. Kilka utworów specjalnie napisanych przez Wojciecha Krzaka równie dobre jak klasyki!
No i ten głos!

niedziela, 19 grudnia 2021

Waglewski Gra Żonie, czyli po 30 latach wciąż zachwyca

Tym razem nie nowość, choć reedycja dużo bogatsza od oryginału, bo dodano koncert, a całość z roku 1991 zremasterowano. Z przyjemnością zanurzam się w te dźwięki, bo VooVoo i Wojciech Waglewski byli obecni w moich muzycznych wyborach jeszcze od lat 80 i nadal mam do nich sentyment.
I nagle okazuje się, że płyta sprzed 30 lat, nadal kołysze i sprawia przyjemność. I muzycznie i tekstowo.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Surface Sounds - Kaleo, czyli cudowna rdza w głosie

Na prośbę córki pojawia się jeden z jej ulubionych wykonawców. W sumie większość tego co ona teraz słucha dla mnie jest trochę "na jedno kopyto", słucham tego na tyle często, że melodie wydaja się bardzo znane. Jak więc napisać coś sensownie, choćby w kilku zdaniach, poza ogólnikami? Spróbuje jednak.
Na początek Kaleo i ich najnowszy krążek. Charakterystyczny głos, dotąd raczej kojarzyłem ich ze spokojniejszych numerów, a tu proszę - poza balladami chwilami wchodzą na rejestry bliższe dziadkom z Rolling Stones. Nadal to jednak zespół, który będzie kojarzony chyba z graniem spokojniejszym, co najwyżej "rozpędzającym się", z ciekawymi gitarowymi wstawkami. Blues? Chyba najbliżej, ale chwilami kawałki nabierają pazura, wokal wchodzi w ostrzejsze rejestry i robi się z tego hard rock. 

niedziela, 16 maja 2021

The ides of march - Myles Kennedy, czyli porcja energii

Po wczorajszej nocy muzeów przyda się dawka energii, żeby dzień nie skończył się leniuchowaniem i odpoczywaniem. Na razie więc trochę pracy i ostrzejszej muzy, a potem może rower. Pal licho niewyspanie.

A muzycznie sięgam po artystę dla siebie nowego - dla mnie deezer nieustannie jest kopalnią takich smakołyków. Wystarcz przejrzeć nowości i zawsze można wypatrzeć jakąś ciekawą premierę. tym razem ciut ostrzej i na rockowo!

Myles Kennedy to gitarzysta, który na co dzień współpracuje m.in. ze Slashem, ale nagrywa też rzeczy solowe i pewnie jak wielu jemu innych muzyków przerwę w koncertowaniu wykorzystał na nagranie nowego materiału. Energetyczna mieszanka bluesa, rocka, czy nawet country, ale z ostrymi solówkami. Miodzio! Ożywia bardzo skutecznie.

czwartek, 6 maja 2021

New Man, New Songs, Same Shit vol1, czyli pielgrzymka do korzeni

Na horyzoncie podobno nowa płyta Nergala i Johna Portera, czyli druga odsłona projektu Me and That Man, postanowiłem z tej okazji zapuścić sobie jeden z albumów sygnowany tą nazwą. A wybrałem ten, który znam mniej, a na którym Portera zabrakło. Ponieważ zamiast niego pojawiło się jednak sporo innych fajnych gości, wyszło nie mniej ciekawie, choć brzmi to może mniej spójnie niż w pierwszej odsłonie.
Każdy tu bowiem wnosi coś innego, a nawet gospodarz, czyli Nergal wycofuje się jakby na drugi plan. Mamy więc składak sygnowany nazwiskiem, czy też nazwą która zdobyła już jakąś renomę, ale to co dostajemy jest dość różnorodne, tak muzycznie, jak i od strony wokalnej. Oczywiście nazwiska ludziom, którzy słuchają ostrzejszej muzy nie będą brzmiały obco i tu duże brawa dla producentów, choć niestety nawet nie pomogło jakoś wypromować tego materiału za granicą.

niedziela, 28 czerwca 2020

Dirty sun - Robert Cichy, czyli potrafią i u nas!

Dzieci się śmieją, że w muzyce lubię tylko to co już znam, ale to nie do końca prawda - raz na jakiś czas odkrywam coś, co wpada mi w ucho i nie chce wyjść, coś gdzie wszystko mi pasuje. Klimat, wokal, pomysły muzyczne, solówki... Tak właśnie mam z najnowszym krążkiem Robert Cichego, muzyka który współpracował z wieloma znanymi artystami, a od niedawana nagrywa też sam.
Podoba mi się to, że mimo iż wyczuwa się jego inspiracje, to w czym dobrze się czuje, czyli folkowe granie (blues, country), to brzmienie tego co robi jest na wskroś nowoczesne. Nie boi się eksperymentów, łączenia stylów, chwilami jest więc i popowo, są kawałki z ciężkim graniem, ale wciąż w tym wyczuwamy ducha grania jak sprzed lat.

sobota, 23 listopada 2019

Przebudzenie - Ania Rusowicz, czyli uwaga komplement: grają jak dawniej!


W zapasie dwa spektakle, około 10 książek i cała masa filmów. Rety, trudno zdążyć z pisaniem o wszystkim, zwłaszcza gdy czasu brakuje. Dziś jednak coś muzycznego, choć parę zdań i wracam do wklepywania ankiet. Płyta nagrana przy użyciu taśmy, na "setkę", jak za dawnych czasów i mocno nawiązuje do lat 60, 70. I w sumie to jej siła. Ania Rusowicz od dawna poszukuje w takich klimatach, bynajmniej nie kopiując nikogo, choć niektórzy próbowali ją porównywać wokalnie z jej mamą.
To taka fajna mieszanka funkowo-bluesowa,z dęciakami, rozbujany rockandroll, oczywiście troszkę stylizowany, ale czuje się że cały zespół czerpie z tego frajdę.

poniedziałek, 7 października 2019

To ja, mama Janis, czyli mieć taką idolkę...

Ostatni rok to nie tylko sporo ciekawych doświadczeń teatralnych, ale i również teatralno-muzycznych. Wciąż mając w głowie "Kobietę, która wpadała na drzwi" z piosenkami Sinead, nie wahałem się długo przed kolejnym monodramem wypełnionym muzyką na żywo i piosenkami przetłumaczonymi w świetny sposób na polski. Tym razem pora na Janis Joplin.

Od wczoraj porównuję sobie te dwa spektakle i z ręką na sercu polecam Wam oba. Nie tylko dlatego, że to trochę inna muza, inna energia. Po prostu każdy z nich zasługuje na obejrzenie. W obu świetny zespół muzyczny, ale już sam pomysł aktorski na zbudowanie historii, bohaterki, zupełnie inny.
Janis Joplin pojawia się tu bardzo wprost, namacalnie, jako ta, dzięki której można wyrazić swoje prawdziwe uczucia, emocje, wszystkie tęsknoty, bóle i smutki. A opowiada to kobieta, która całe życie marzyła o śpiewaniu, a życie jakoś nigdy nie pozwalało jej w pełni na realizację siebie. Rozdarta pomiędzy przeciętność codzienności, obowiązki pani domu, matki, żony, a pragnienie wyrażania siebie, wolności, staje przed nami i szczerze opowiada nam o swoim życiu. Jolanta Litwin-Sarzyńska ma ogromną charyzmę i wprost kipi energią na scenie, dlatego ta historia ma w sobie nie tylko jakiś element goryczy, ale i autentyczną wściekłość, bunt. A to trzeba przyznać, że dobrze pasuje też do tej muzyki, w którą Janis wkładała przecież całą siebie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Ailatan - Natalia Sikora, czyli w głosie pazur jest, ale kawałki nijakie


Znowu podrzucam kolejny drobiazg muzyczny, tym razem jednak trochę pomarudzę. Głos Natalii Sikory na pewno ciekawy, choć przyznam się, że mimo 5 wydanych płyt ja o niej niewiele wiedziałem. W czym więc problem? Czy to jedynie kwestia przebicia się, promocji lub nazwiska (jak Markowska, która ma podobny styl), czy gdyby któryś z tych kawałków grany był dzień w dzień to stałby się przebojem?

czwartek, 30 maja 2019

Mazolewski/Porter - Philosophia, czyli zagrajmy coś razem

Znany jazzman, który eksperymentuje z różnymi stylami i człowiek, który jest legendą naszego krajowego światka rockowego. Wojtek Mazolewski i John Porter - co może wyniknąć z takiego połączenia?
Płyta świeżutka i naprawdę interesująca. Kolejny raz Porter udowadnia, że w tym co robi zawsze stara się zawrzeć mocny charakter, jego nagrania nigdy nie były mdłe, a teraz można rzec: im starszy tym lepszy.
To muza surowa, męska, czasem gwałtowna, w innym znowu miejscu wyciszona. Dużo tu gitar i chyba raczej więcej ducha Portera w tym wszystkim. Nie chodzi jedynie o sam wokal, a raczej o to że rządzi to rockowa energia, bluesowy feeling, a jazzowe wstawki są gdzieś w tle.

niedziela, 8 lipca 2018

Vanished gardens - Charles Lloyd&The Marvels, Lucinda Williams, czyli leniwa niedziela

W planach miałem wypad na jakiś darmowy koncert, bo też spory wysyp ich ostatnio w okolicy, ale jednak lenistwo bierze górę. Człowiek obiecuje sobie, że posprząta, rozmrozi lodówkę, ugotuje, popracuje przy kompie, bo terminy gonią, a potem wychodzi na to, że zrobił zbyt mało, za to poleżał, polenił się i pooglądał coś na małym ekranie.
Jakoś chodzi za mną ostatnio muza trochę łagodniejsza, a że obiło mi się o uszy, że w Suwałkach właśnie trwa bluesowy festiwal, postanowiłem zapuścić sobie coś właśnie z bluesa. I w sumie fajnie wyszło, bo nie znając wykonawców i wybierając w ciemno, trafiłem na...

sobota, 13 maja 2017

Taj Mahal & Keb' Mo', czyli ach, jak by się chciało z nimi zagrać

Recenzja Hamleta wreszcie napisana, można więc wykorzystać wolny wieczór i dłubać sobie dalej w różnych tekstach. Żona na koncert punkowy, a ja po całym dniu pracy mam ochotę poleniuchować. Poducha pod plecy, klawiatura na kolana i jazda. A w tle muzyka. I to jaka przyjemna.
Tym razem nie mam zamiaru reklamować serwisu, z którego czerpię muzę, bo w sumie każdy przecież potrafi pewnie się poruszać w sieci, w tym co legalne i sam ma swoje preferencje. Jedno wolą Spotify, a ja tam wolę...

Tym razem blues! Ale co ciekawe, choć obaj panowie grają bluesa klasycznego, to razem nagrali płytę, która jest zaskakująco popowa, przebojowa. Może to jest jakiś pomysł na promocję - nawiązanie do korzeni, zabawa pomysłami, ale generalnie wpisać się trzeba w jakiś główny nurt (nawet reggae się tu znalazło)...
Mamy więc dwóch dinozaurów, którzy weszli do studia, a zagrali tak, że młodziaki mogą się schować. To muza w której dużo klimatów znanych nam choćby z płyt Joe Cockera. Dla znawców pewnie to będą klasyki, dla mnie te kawałki są raczej nieznane, choć zdaję sobie sprawę, że panowie sięgnęli głównie po starocie.

wtorek, 18 października 2016

Oficjalny bootleg. Kraków 02.04.2016 - Kortez, czyli czy ty też się zakochasz w tej muzie?

Czas strasznie pędzi, a tu w najbliższych dniach zapowiada się jakiś szalony maraton. W ciągu raptem dwóch tygodni cztery miasta? Czuję się niczym jakiś przedstawiciel handlowy.
Dlatego zamiast planowanej notki dziś wrzutka o czymś innym. 
Najpierw wrzuciłem wpis o filmie francuskim, który chyba nawet jeszcze krąży gdzieś po kraju w kinach studyjnych: Co przynosi przyszłość? A teraz po raz kolejny uruchamiam play i lecimy o muzyce. 
Dziś, w tym kopniętym dniu udało się zrobić naprawdę sporo i ogarnąć lekko sprawy opóźnione, a cały czas akumulatory ładowała mi ta płytka. Szukałem co prawda nowego Kultu, ale na Deezerze jeszcze nie ma. Za to zerkając na nowości odkryłem, że kilka dni temu ukazał się dwupłytowy album koncertowy Korteza (podobno sprzedawany razem z dvd). Pamiętacie - pisałem już kiedyś o nim. I powtórzę to raz jeszcze: to gość, w którym można się zakochać od pierwszego utworu. Oczywiście w jego twórczości :) Przynajmniej ja "wsiąkłem" od razu. I potem Wam jeszcze: na żywo brzmi jeszcze ciekawiej niż w studiu.

piątek, 18 grudnia 2015

Peter J. Birch - The shore up in the sky, czyli cudze chwalicie, swojego nie znacie

Uwierzycie, że ten facet ma niewiele ponad 20 lat, pochodzi z małego Wołowa, ma za sobą ponad 400 koncertów i kilka fajnych krążków?
Gdy pisałem o poprzednim krążku, już podkreślałem, że gość za granicą pewnie już miałby wyrobione nazwisko i byłby gwiazdą, a tu jakoś wciąż o nim niewiele osób wie. Tamten album trochę wkraczał w inne obszary - nawet elektronikę, było ciekawie, ale zastanawiałem się jak to brzmi na żywo. Gdy widziałem fragmenty z koncertów, widziałem najczęściej faceta z gitarą, śpiewającego ballady, a gdyby tak trochę ostrzej i z zespołem?
No i mam! Ten album jest właśnie odpowiedzią na moje pytanie: jak mogłoby to zabrzmieć. Całość nagrana "na setkę", czyli na żywo w studiu, ma w sobie tyle energii, że aż chciało by się natychmiast wyruszyć gdzieś na ich koncercik.