Robert de Niro, którego bardzo lubię za różne role, na stare lata niestety rozmienia się coraz bardziej w jakieś żenujące produkcje, z tym większą przyjemnością zerknąłem na jego rolę w Dniu Zero, bo wreszcie pokazał trochę więcej klasy. Może nie rzuca na kolana, ale rola byłego prezydenta, który podejmuje zadanie by stanąć na czele komisji wyjaśniającej jeden z największych zamachów na USA, ma w sobie coś interesującego. Grany przez niego bohater posiada sporo charyzmy, uporu a jednocześnie pokory, że już nie młodzieniaszkiem i być może ma jakieś problemy demencyjne... Tylko jak się do tego przyznać, skoro już się podjęło zadania. Jako jeden z nielicznych został zapamiętany jako prezydent który odchodził z klasą, na własne życzenie, z powodu problemów rodzinnych, dlatego to do niego zwrócono się gdy ktoś nagle w całym kraju wyłączył prąd na kilka minut. Co prawda ofiar nie było aż tak wiele, ale przecież wszyscy sobie zdają sprawę że to mógł być jedynie pokaz siły - skoro ktoś jest w stanie zrobić to raz, kto powstrzyma go by zrobić to ponownie na dłużej? Padną banki, internet, media, komunikacja... Przecież to będzie paraliż kraju.
Spodziewałem się że to będzie szło w stronę thrillera z jakąś tajemnicą, być może nawet elementami S-F, bo przecież to nie może być takie proste że to wróg zewnętrzny, Rosjanie albo ktoś podobny kto czyha na wielkie imperium by je poniżyć. A tu proszę. Budowanie niepewności, jakieś dziwne wizje i podejrzenie o sprawność umysłową bohatera, a takie proste rozwiązanie? No nie...
Finał i rozwiązanie więc rozczarowały, dobrze że to jest w miarę krótki serial i nie przedłuża się tego w nieskończoność. W efekcie jednak słabo udaje się połączyć niektóre wątki (szantaż i łapówki w otoczeniu prezydenta, zniknięcie jego przyjaciela z Mossadu). Niezły początek, słabsza końcówka. Sami możecie się zastanowić czy to co wymyślili twórcy będzie Was satysfakcjonowało. Ale rola de Niro klasa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz