środa, 21 października 2026

Wyższa konieczność - Wojciech Chmielarz, czyli czyżby już koniec?

Zachwycony lekkością z jaką się płynie przez strony pierwszego i drugiego tomu cyklu o Bezimiennym, miałem w planach kolejne, ale na razie plan mi się posypał. Z racji tego że zdobyłem tom piąty z autografem, żeby potem go wystawić na WOŚP, nie mogłem się powstrzymać i zacząłem już czytać w drodze do domu. Do zaległych tomów oczywiście wrócę, sam sobie jednak trochę popsułem zabawę, znając już pewne fakty, które się w nich wydarzyły. No i smutno mi troszkę, bo zdaje się Wyższą koniecznością autor zamyka serię, a przynajmniej można odnieść takie wrażenie. Wszystko się wyjaśnia, już wiadomo krok po kroku co się zadziało, czemu Bezimienny musiał zniknąć, ba odzyskał nawet imię i rodzinę. Wciąż chciałby ją chronić i raczej trzymać się od nich z daleka, tym razem jednak ludzie, którzy próbują go złapać są na tyle przewidujący, że tak łatwo nie dadzą się zwieść. Wiedzą, że by ich chronić bohater zrobi wszystko. A może i nawet więcej. 

wtorek, 20 października 2026

Mniej obcy, czyli za duzi jesteśmy na takie bajki

Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Lady Pank, jeżeli już to bliżej mi było do Perfectu, ale cholera można powiedzieć że świadomie śledziłem ich "karierę" prawie od samego początku, choć byłem gówniarz za młody na koncerty. I szlag mnie trafia na laurkowe czy też kombatanckie opowiadanie jakim to kapela był odważnym zespołem i jak miała pod górkę z cenzurą. Akurat listę przebojów dobrze pamiętam i jakoś Mniej niż zero raczej nikt grania nie zakazywał. A pałowanie na koncertach? Cóż pewnie nie na jednym to tak się działo, bo generalnie mundurowi nie przepadali za niegrzeczną młodzieżą i próbowali za wszelką cenę "nauczyć ich" szacunku do władzy ludowej. Lady Pank jako zespół stojący na czele protestów młodzieżowych? Wolne żarty. Raczej chłopaki, którzy dostali szansę by wypłynąć na fali poluzowań i w miarę dobrze to wykorzystali. Nawet jednak gdyby odrzucić te jakieś dziwne sugestie na temat wielkiej odwagi i wiecznego wojowania z władzą, to i tak film jest słabiutki. Co prawda po obejrzeniu wcześniej filmowej biografii lidera KSU nie spodziewałem się wiele po Netflixie, bo produkują dość sztampowo, ale cholera żeby tak słabo oddać zarówno lata 80 jak i atmosferę buntu jaka buzowała w dzieciakach, to już naprawdę żenada. 

poniedziałek, 19 października 2026

Eksperyment - Miłosz Skierski, czyli emocjonalność i ciekawy głos

W poniedziałkowym kąciku muzycznym dziś coś mało dla mnie typowego. Zaczęło się od krótkich filmików na FB gdzie Miłosz Skierski ze swoimi kumplami śpiewali różne dawne przeboje na trzy głosy w aucie, a ja postanowiłem sprawdzić kim ten chłopak jest. I oto okazuje się, że ma już na swoim koncie krążek, a ja naprawdę z przyjemnością go sobie parę razy odsłuchałem. 
Niby artystów grających pop, łączących trochę elektroniki, indie rockowe ballady i próbujących przekonać do siebie słuchaczy jest wielu. I choć to nie jest moja muzyczna bajka, najczęściej to rzeczy dość szybko wypadające drugim uchem, to w przypadku Miłosza jednak zwraca moją uwagę jego głos i wrażliwość, odwaga by trochę eksperymentować, by odejść od przeciętności papki muzycznej. 

Wierzę że to projekt autorski, że sporo w tym właśnie jego - w tekstach, w emocjach które próbuje przekazać. To się po prostu czuje. 

niedziela, 18 października 2026

Kajś - Zbigniew Rokita, czyli opowieść o Górnym Śląsku

Po lekturze Aglo, Bańką po Śląsku wiedziałem że muszę koniecznie sięgnąć wreszcie po tytuł Zbigniewa Rokity, który miałem już od dawna na swojej liście, czyli po Kajś. Nagradzane, chwalone, sam nie wiem czemu czekałem tak długo. Może dlatego, że tytułów do przeczytania mam całą masę i wciąż tą listę rozbudowuję, a pozycje przesuwam i przesuwam. Cieszę się że tym razem się udało. 

Pasuje mi ta reportersko-eseistyczna formuła, choć ona sprawia, że nasza uwaga czasem wzrasta, a czasem spada. Masa rzeczy, które próbuje jednocześnie przekazać autor, od historii przez współczesność, też nie zawsze sprzyja naszej ciekawości. A może gdyby to było pogłębione nie czytałoby się tak dobrze, z taką lekkością? Rokita skacze więc z tematu na temat, chwilami traci trochę tempo, jednak próbuje przekazać nam to co jego zdaniem najważniejsze na temat Górnego Śląska, aby trochę lepiej zrozumieć region i jego mieszkańców. Obala pewne stereotypy, ale też tłumaczy to co czasem budzi kontrowersje. Przyzwyczajeni do mapy powojennej, często zapominamy o tym iż ten region ma dość skomplikowaną przeszłość i raczej to nie Polacy ją przede wszystkim budowali. Ba, mimo całej sympatii wobec Polski, nawet ci którzy walczyli w powstaniach i głosowali za granicami na jej korzyść, wielu Ślązaków i ich potomków później zastanawiało się czy to był najlepszy wybór. Co bowiem dostali w zamian za mocną eksploatację i gospodarczy wyzysk przez resztę kraju? Ano niewiele. Politycy zwykle nie mieli zaufania do ludzi z regionu i narzucali swoich, kompletnie nie rozumiejących ani tradycji, ani mentalności. 

sobota, 17 października 2026

Osiecka, czyli nadzieja, miłość, strata

90. rocznicę urodzin Agnieszki Osieckiej trudno przegapić, bo w wielu miejscach pojawiają się jakieś specjalnej wydarzenia, koncerty, wspomnienia. W Warszawie mniej więcej w tym samym czasie pojawiają się dwa spektakle. I właśnie o jednym z nich, czyli o najnowszej premierze w Teatrze Ateneum w reżyserii Ewy Telegi dziś w Notatniku. 

Mała scena, więc atmosfera bardzo kameralna i dobre warunki do tego by słowa piosenek poetki mogły wybrzmieć trochę inaczej niż w tych najbardziej znanych estradowych wykonaniach. Na scenie jedynie pianino oraz z drugiej strony drewniana lada baru i stołki, na których niektórzy potrafią spędzać godziny nad jednym kufelkiem. No i w tle nostalgiczna atmosfera wywołana przez żywy obraz nawiązujący do malarstwa Edwarda Hoppera - pusty bar i wieczorne, zamglone miasto. 
I choć wiadomo że w spektaklu aktor niesie największy ciężar, to w tym przypadku mam wrażenie iż słowa, którymi Katarzyna Łochowska mogła nas czarować dają jej już na starcie połowę sukcesu. Nawet nie dlatego że część z tych utworów i tekstów znamy, ale dlatego że one niosą ze sobą tyle emocji, tyle treści. 

Czego najbardziej żałują umierający - Bonnie Ware, czyli ja też żałuję. Że to czytałem

Chyba lektury różnych reportaży zarówno krajowych jak i zagranicznych autorów, mocno podniosły moją poprzeczkę, bo gdy ktoś obiecuje mi reportaż a potem dostaję... no sam nie wiem jak to nazwać, garść wspomnień i banałów, to krew mnie zalewa. Tytuł wybrany jako lektura na DKK i chyba się nawet wybiorę ciekaw tego czy inni mieli podobne odczucia jak ja. Gdy ktoś snuje wspomnienia o tym jak to przenosił się z miejsca na miejsce, jak szukał pracy i jakąś znajdował, jak chorował, jak przeżywał różne kryzysy, to żaden to dla mnie reportaż... 
Autorka rzeczywiście jedną z prac jaką wykonywała to była opieka nad osobami starszymi w domach opieki, a potem również w domach prywatnych, gdzie na zlecenie rodzin towarzyszyła osobom starszym, często w ostatnich miesiącach życia, gdy ktoś musiał z nimi cały czas już być. I gdyby temu poświęciła więcej miejsca, opisując nie tylko jakieś krótkie fragmenty niczym sprawozdawczyni, ale wchodząc głębiej, zarówno w swoje emocje jak i osób którym towarzyszyła, może było z tego coś ciekawszego. 

czwartek, 15 października 2026

Winni, czyli nie mogę rozmawiać, ale potrzebuję pomocy

Zdaje się, że notek w październiku już jest więcej niż dni, które upłynęły, ale potem nie wiadomo jak będzie, więc wolę pisać póki jeszcze mam możliwość, jakaś delegacja na horyzoncie, a wtedy nie wiadomo czy będzie możliwość...

Z obiecywanych Wam rzeczy na pewno zalegam jeszcze z reportażem Rokity, książek zresztą nagrodziło się w międzyczasie sporo m.in. nowy Chmielarz, Korespondentka, Kristin Hannah i jeszcze kilka. Filmów mniej, ale też coś będę skrobał m.in. o Mniej obcy (po cholerę wydawać kasę na produkcję takich przeciętniaków to nie wiem), z muzyki już chyba 5 albumów o których chcę coś napisać... A i jeszcze spektakl z Ateneum - "Osiecka" może jutro. 
 
A dziś jeszcze przez chwilę w klimatach sensacyjno-kryminalnych, choć Winni to raczej thriller psychologiczny z pewnym twistem. Tyle że po raz kolejny wychodzi na to, że Amerykanie biorą w miarę świeżą produkcję europejską na warsztat i robią jej kopię, zwykle słabszą i tak też jest i tym razem, byle ze znanym aktorem... Oryginał widziałem więc w sumie nawet tego twistu specjalnie nie miałem. Pomysł wyjściowy był ciekawy, trudno to było spieprzyć, natomiast Netflix już dawno niczym dobrym nie zaskoczył, robi po prostu seryjnie przeciętniaki i im tego więcej, tym poziom satysfakcji spada. Jeżeli nie znacie duńskiej produkcji pewnie i tak bym polecił właśnie ją, ale jeżeli łatwiej Wam sięgnąć po pilota i mieć coś od razu to amerykańska wersja też wchodzi nieźle. Może nie tak dobrze, ale nieźle. 

środa, 14 października 2026

Ostatnia rozgrywka - Jeffrey Archer, czyli aż żal że więcej nie będzie

Właśnie skończyłem 54 lata, a wieczór kończyłem sobie lekturą najnowszej powieści Jeffreya Archera. I jak się okazuje niestety również powieści ostatniej. Domknięcie cyklu nad którym pracował ostatnio to była jedna z ostatnich rzeczy, którą zdążył zrobić. 
Obdarowywał nas hojnie kolejnymi powieściami przez 50 lat, ja pierwszą jego książkę czytałem chyba w wieku lat nastu. Niestety  za diabła nie wiem czy była to Sprawa honoru, czy Co do grosza, pewnie jedna z tych dwóch. A potem wracałem do jego książek  mniej lub bardziej regularnie. Choć to lektury w porównaniu ze współczesnymi thrillerami sensacyjnymi może nie z tak zawrotnym tempem, to zawsze potrafił świetnie zaciekawić, zbudować napięcie, dać sporo frajdy. Seria z Williamem Warwickiem jest na to dobrym dowodem. Pomyślana w ten sposób, by każdy tom był jakimś szczeblem kariery młodego chłopaka, który marzy o służbie w policji. Mógłby zostać prawnikiem, miał koneksje, możliwości, studia, a on wybiera drogę mozolnej pracy, począwszy od służby na ulicy. Potem wydział narkotykowy, aż wreszcie najważniejsze zadania i szansa na awans na jedno z najważniejszych stanowisk w służbach mundurowych. Od tego czy je dostanie zależy to czy nie nawali w jednym z ostatnich postawionym przed nim zadań - ma odpowiadać za bezpieczeństwo w trakcie igrzysk olimpijskich w Londynie w roku 2012. Jeżeli coś się wydarzy, zamiast awansu odejdzie w niesławie. 

wtorek, 13 października 2026

Zaproszenie, czyli ile może zmienić jeden wieczór

Jedno pomieszczenie, czwórka aktorów i raptem kilka godzin akcji. Jeeeeeju jakie to dobre! Świetny scenariusz i dialogi sprawiają, że ten film bawi, ale i wzrusza (ach ta końcówka). Schemat: jedna z par trochę już zmęczona życiem, znudzona i wypalona w relacji, a druga nakręcona tak, że aż z nich bije energia, niby nie jest nowy. Rzadko udawało się z tego wyciągnąć aż tyle. 

Rutyna, dogryzanie sobie, kłótnie, frustracja - czy tam jeszcze jest szansa na to by rozpalić ogień, by rozbudzić czułość na nowo? Przecież oboje tego gdzieś tam wewnątrz pragną, tyle że wydaje im się że już nie mogą tego oczekiwać od drugiej połówki. 

I na to nakłada się cała "afera" z nowymi sąsiadami, którzy od roku kochają się tak głośno, że na dole ich słychać. No przecież nie można przechodzić obok tego obojętnie, przecież trzeba im zwrócić uwagę. Tak myśli Joe, choć Angela wciąż go strofuje, że to niekulturalne. 

Złudzenia z Yakushimy, czyli życie się kończy, życie się zaczyna

Propozycja dla wytrawnych kinomaniaków idealna na wtorek. A może wieczorem jeszcze dorzucę Wam coś bardziej przystępnego. 

Trudno bowiem Złudzenie z Yakushimy uznać za kino, które byłoby atrakcyjne dla przeciętnego zjadacza popcornu. To raczej film w którym zmysłowość, nawet kontemplacja scen, jest bardziej istotna niż ciągłość fabuły i wyjaśnianie widzowi połączeń. 


Corry, francuska koordynatorka transplantacji, próbuje odnaleźć się w Japonii. Sama mocno przeżyła żałobę po ojcu, a teraz dodatkowo każdego dnia zmaga się nie tylko z samotnością, ale i z odchodzeniem swoich małych pacjentów (pracuje na oddziale dziecięcym). Gdy wreszcie kogoś pozna i zazna chwilowego szczęścia, potem znowu tym silniej doświadczy straty. Zniknięcie partnera, dla które wolność była jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, otwiera jakby nową historię w tej fabule, tyle że niedokończoną. Na pierwszym planie cały czas będziemy mieć próbę spojrzenia na to jak radzić sobie ze stratą kogoś ukochanego, tym bardziej bolesną jeżeli to dziecko. 

poniedziałek, 12 października 2026

Przyjaciele, czyli teatr iluzji

W oczekiwaniu na Teatr Telewizji i premierę komedii kryminalnej Machulskiego, szybciutko szykuję jeszcze notkę od M. i zaplanuję ją około północy do publikacji. Ostatnio nasze ścieżki teatralne się rozdzieliły, ale cieszy że nie przestała zaglądać i pisać na Notatnik. 


Sztuka autorstwa Floriana Zellera wystawiona w Teatrze Garnizon Sztuki w reżyserii Agaty Wątróbskiej p.t: „Przyjaciele” jest komedią psychologiczną, w której autor w niebanalny sposób bawi się percepcją widzów. W oryginale sztuka nosi tytuł: „Kłamstwo” dotyczy bowiem kłamstwa w związku, zarówno małżeńskim jak i przyjacielskim, a jednocześnie bada granice szczerości i możliwości ich przesuwania.


Na scenie dwie zaprzyjaźnione pary małżeńskie w czasie kolacji bawią się ze sobą i z widzami w „kotka i myszkę”, umiejętnie prowadzą nas labiryntem niedomówień, podsuwają fałszywe tropy, każą nam wierzyć w jedno, by po chwili całkowicie zmienić nasz punkt widzenia. I tak jest do samego końca sztuki. Do przedostatnie sceny wydaje się nam, że wszystko już wiemy, zaczynamy oklaskiwać spektakl, by przekonać się, że przed nami jeszcze scena końcowa, która po raz kolejny wywróci wszystko do góry nogami. Niebanalne zakończenie również nie da nam gotowych odpowiedzi na temat szczerości w związku. Z jednej strony prawdomówność wydaje się wysuwać na pierwsze miejsce, ale doświadczenie woła: hola-hola! czy na pewno byś to zrobił będąc na miejscu Alice? … czy to tylko hipokryzja z twojej strony.

Boy - U2, czyli gdy byliśmy młodzi i zbuntowani

Jeżeli krążek ma około 50 lat a zespół właśnie 50 świętuje, to chyba z tej okazji można poświęcić jedną notkę prawda? I to mimo że ostatnio jakoś sporo ciekawych kawałków wpada w ucho i generalnie mógłbym kilka muzycznych notek pod rząd puścić. Tyle że filmy, książki i teatr też czekają. 

A więc drodzy Państwo przed Wami U2. Kapela która mocno wrosła w popkulturę, która wciąż tworzy, jest aktywna i póki co nie zamierza schodzić ze sceny. A ja wciąż pamiętam te emocje przy ich pierwszych nagraniach jakby to było wczoraj. Może nie słuchałem ich od tej pierwszej płyty tak intensywnie, ale różne kawałki przecież kojarzę, a na dobre złapałem bakcyla chyba przy The Unforgettable of Fire. Choć wtedy już mocno wsiąkłem też w inną muzę, nie tylko gitarowe granie. 

niedziela, 11 października 2026

Żuan Don. Biografia Jeremiego Przybory - Maria Wilczek Krupa, czyli dziś już takich artystów nie ma

Smakowite to było i to bardzo, choć lektura się trochę dłużyła. Czasem tak jest, że ilość materiałów, nazwisk, detali, a tu jeszcze dodatkowo również cytatów, sprawia że przez biografię przebijamy się powolutku. To jednak też daje frajdę, zwłaszcza jeżeli znamy wiele osób, które pojawiają się w tle, a dodatkowo tekst jest okraszony zdjęciami. 

Niby dzieciństwo i młodość w przypadku Jeremiego Przybory miała istotny wpływ na to jego osobowość, na twórczość, pozwala lepiej go zrozumieć, jednak najciekawsza część zaczyna się gdy już dochodzimy do pracy w radiu, a potem dla telewizji. I nie chodzi jedynie o Kabaret Starszych Panów, współpracę z Wasowskim, ale nawet wcześniejsze próby poetyckie i satyryczne. Dla każdego kto lubi zabawy słowem, docenia kunszt i lekkość z jaką można wyrazić uczucia, będzie to po prostu ogromna przyjemność. 

Ciemność - Jozef Karika, czyli czy to już mój koniec?

O autorze słyszałem już parę razy, z ciekawością więc wreszcie postanowiłem spróbować, tyle że nie z najbardziej popularną chyba Szczeliną, a tytułem który wydany został ciut później. I powiem Wam, że dawno nie czytałem nic tak mocno klaustrofobicznego, ale nie w takim fizycznym sensie przestrzeni, ale raczej umysłu, czyli poczucia osaczenia i totalnej bezradności jakie odczuwa bohater. 

To on opowiada nam o tym co mu się przydarzyło, nie wiemy nic więcej poza tym co próbuje sobie wyobrazić bohater ani nie dzieje się nic więcej poza tym co sam zrobi. Tylko czy na pewno? Po tym jak szukając wytchnienia wybiera się na parę dni do górskiej chaty, położonej na totalnym odludziu, traci wzrok i nagle okazuje się zupełnie bezradny. Jak ma zimą wrócić przez zaspy nie znając dokładnej drogi, skoro nawet nie potrafi poradzić sobie z najprostszymi czynnościami, wciąż się obijając o różne przedmioty i raniąc się próbując przetrwać, choćby rozpalając ogień. 

sobota, 10 października 2026

Primetime, czyli czy reality show może realizować jakąkolwiek misję

Wczoraj premiera ale nie zdążyłem napisać, łapcie więc dziś parę zdań. Robert Pattinson ma rzeszę fanów (czy raczej fanek), pewnie więc trochę osób wybierze się zobaczyć jego nowe oblicze, zwłaszcza że sporo osób mówi że to jedna z jego ciekawszych kreacji aktorskich, może nawet z szansą na Oscary. Jak dla mnie w tej roli jest trochę mało zniuansowania, balansujemy tak naprawdę cały czas pomiędzy chłodnym profesjonalizmem i jednym tonie emocjonalnym - lęku że coś stracę. Może to być szansa, może to być rodzina, może to być dobre imię, cały czas bohater funkcjonuje w jakimś napięciu, pracy poświęca masę czasu i zrobi wszystko by osiągnąć sukces. 

Tak się potoczyły jego losy, że zamiast być "profesjonalnym" prezenterem opowiadającym o ważnych sprawach, przypadła mu rola prowadzącego program, który nazwijmy umownie "śledczym". Dodajmy że to historia autentyczna, oparta na karierze kontrowersyjnego dziennikarza Chrisa Hansena. Jego program polegający na wyłapywaniu w sieci ludzi o skłonnościach pedofilskich i zapraszanie ich na spotkanie gdzie przed ukrytymi kamerami ujawniano ich oblicze, miał sporą popularność, a prowadzącego chwalono za "czyszczenie społeczeństwa z chwastów". Metody - a właśnie im przyglądamy się trochę od kulis, były sprawą drugorzędną, czyli oni mogli użyć dowolnych metod prowokacji, byle potem móc wykorzystać jak najbardziej pikantne fragmenty rozmów z chata. Wiecie: nigdy nie wiesz kto siedzi po drugiej stronie, ale tym razem zadziałało to w drugą stronę, czyli potencjalne nieletnie ofiary odgrywali ludzie dorośli, tyle że młodo wyglądający. 

czwartek, 8 października 2026

Czy potrzebne były nam dwie Lalki, czyli o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem

Cały kraj w gorączkowej dyskusji na temat ekranizacji, więc i ja dorzucę swoje trzy grosze. Gdy ogłaszano produkcję a potem premiery tuż obok siebie, myślałem sobie "co to za absurd". Ale wiecie co? Już wcale tak nie myślę. Dobrze nawet się stało, że mamy możliwość porównywania, trochę innej wrażliwości. Nie brakuje tych, którzy oburzeni są nie tylko zmianami fabularnymi, ale i językiem serialu Netflixa. Powiem, że i ja byłem niechętny i kręciłem nosem po jego obejrzeniu, że to jakoś mi nie pasuje. Po obejrzeniu filmu kinowego, trochę jednak zmieniam nastawienie...

środa, 7 października 2026

Idealny syn - Freida McFadden, czyli muszę go chronić, muszę chronić innych przed nim...

Namówiony przez znajomych z pracy testuję kolejną "gwiazdę", która ostatnio w Polsce podbija serca czytelników thrillerami psychologicznymi. Gdy masz już za sobą ileś tego typu książek, pewnie nie będą one jakimś wielkim zaskoczeniem, ale gdy dopiero odkrywasz gatunek, myślę że to może być całkiem niezła frajda. Wiecie - to budowanie napięcia, wczuwanie się sytuację emocjonalną bohaterów, presja, bezradność, poczucie osaczenia, a potem nagle wolta, która wszystko stawia w zupełnie innym świetle. 

Czyta się szybko, nie komplikuje się fabuły, można by więc rzec: rzeczywiście potencjalny przebój. Tylko ileż razy można pokazywać tą samą sztuczkę i spodziewać się wciąż tak wielkiego entuzjazmu?

wtorek, 6 października 2026

Renoir, czyli niewinność i ból

Uzbierało się kilka produkcji filmowych, więc w tym tygodniu trochę ich zdaje się wrzucę... Na początek zapraszam do Japonii. I obiecuję jeszcze ciąg dalszy podróży za czas jakiś. 

W "Renoir" obraz pojawia się jedynie na chwilę, jako jeden z obiektów zainteresowania jedenastoletniej bohaterki i to w sumie nawet ciekawe czemu akurat taki tytuł twórcy wybrali jako najbardziej wymowny/reprezentatywny. Choć akurat w tym przypadku miałbym problem z tym by jakiś dobry wymyślić bo to co przychodzi do głowy jest zbyt dosłowne. Fuki Okida od początku wydaje nam się dziwna, jakby trochę zamrożona emocjonalnie, nie zainteresowana uczuciami ludzi, ale zainteresowana nimi jako obiektami, które chce poznać. Nie stawia się jednak diagnozy o neuroatypowości, nie szuka odpowiedzi. Ważne jest raczej towarzyszenie jej tu i teraz.


Jej fascynacja procesem umierania, żałoby, dziwna beztroska by mówić to co myśli, fascynacja telepatią i sztuczkami magicznymi, ma swoje mocne źródło w jej sytuacji domowej. Zapracowana i chłodna emocjonalnie matka, ojciec który ma ostatnie stadium nowotworu i nikt mu nie daje więcej niż kilka miesięcy życia - nic dziwnego że sytuacja dziewczynki porusza i chce się ją wspierać. Tyle że ona wydaje się być na to zupełnie obojętna, jakby nie działo się z nią nic dramatycznego. Pragnie uwagi, bliskości, nawet od obcych, skoro nie dostaje tego od najbliższych. Ale nie chce litości. 

poniedziałek, 5 października 2026

Tylko się nie denerwuj - Sosnowski, czyli żal że więcej nie będzie

Nie będę udawał że jestem jakoś bardzo na bieżąco z tym co się dzieje na rynku muzycznym, coraz częściej wieści o kimś popularnym zaskakują mnie bo kompletnie nie wiem o kim mowa :) Ale może taka kolej rzeczy? Podobno z wiekiem najbardziej podoba nam się to co już znamy. Stąd też często na Notatniku wracam do starszych tytułów. Gdy jednak trafię na coś ciekawego, zawsze staram się napisać choć kilka zdań, z nadzieją że może to nie tylko dla mnie będzie miłe odkrycie. 

Tak właśnie mam z Sosnowskim, muzykiem który współpracował z wieloma naszymi artystami, ale nagrał też dwa autorskie krążki niestety odszedł zbyt młodo z tego świata. 

Sięgam po drugi z tych krążków, czyli "Tylko się nie denerwuj", płytę wypełnioną fajnymi kawałkami nagranymi po polsku, jego kompozycjami, zaśpiewanymi charakterystycznym zachrypniętym głosem. 

niedziela, 4 października 2026

Bal w operze, czyli żeby nas wszystkich diabli nie wzięli

Artur Barciś zdaje się po raz pierwszy na scenie decyduje się wystąpić w monodramie i trzeba przyznać że robi to w odważny sposób. Tekst Juliana Tuwima z roku 1936 nie należy przecież do najłatwiejszych w odbiorze. Odważny? Tak. Aktualny? W pewien sposób tak. Czy czytelny? I tu bym się lekko zawahał, bo też chwilami w pełnej językowych zabaw, furii, groteskowych obrazów, tekście zaczyna się większą uwagę zwracać na aktora, na jego emocje, niż na przekazywaną treść.   
Jest to więc na pewno wybór odważny, interpretacja znakomita, choć pewnie można by się przyczepić pewnych detali (za głośna i nie zawsze pasująca muzyka). 

W chyba najbardziej radykalnym tekście poety bije w oczy nie tylko krytyka elit, które pławiąc się w bogactwie, przepychu, za nic mają świat za oknem i ludzi, którzy żyją zupełnie na innym poziomie. To co stanowi jego siłę to przeczucie katastrofy, która nieuchronnie nad wszystkimi wisi, a którą świat władzy i ekonomii balujący z "elitami" świata duchowego i kulturowego, wydaje się ignorować. Z łatwością operując pięknymi hasłami, obietnicami ale też wyrokami, które dzielą ludzi na lepszych i gorszych (tu nawiązania do współczesności są aż nazbyt wyraziste), nie przejmując się konsekwencjami. Ważne że dziś ja ucztuję. Co będzie jutro, jest nieważne, ale z pełnym żołądkiem i kieszeniami, będę miał większe szanse na uratowanie się, choćby ogień ogarnął cały kraj. 

Szumowska. Kino to szkoła przetrwania. Rozmawia Agnieszka Wiśniewska, czyli czemu nie godzinna rozmowa a książka?

Dobry przykład tego jakie książki najszybciej się "starzeją" i już po kilku latach mam wrażenie nie ma większego sensu po nie sięgać. Spytacie dlaczego? Ano mam wrażenie że dziś zbyt wielki nacisk kładzie się na to, by z każdego sławnego nazwiska wycisnąć jak najwięcej, czyli skoro ktoś zrobił kilka dobrych filmów, od razu zasługuje na książkę, na wywiady rzeki. Nie twierdzę że te osoby nie mają nic ciekawego do powiedzenia, ale miejsce na to może być po prostu w ciekawym wywiadzie prasowym, podcaście, jakimś programie telewizyjnym, ale niekoniecznie w publikacji. I to chyba nie jest jedynie moje odczucie - na organizowanych od lat wymiankach książkowych, właśnie te "celebryckie" tytuły, niezależnie czy to wywiady czy biografie, w tej chwili najczęściej po kilku miesiącach gdy nikt nie chce po nie sięgnąć, musimy ściągać ze stołu i wywozić do bibliobudek. Nie chodzi jedynie o polityków, choć tam deprecjonują się te "sławy" najszybciej, ale nawet o ludzi, którzy wciąż w światku artystycznym są na szczytach popularności. Chodzi bowiem o to, że rozmowa odbywa się na jakimś etapie ich kariery, która wciąż się rozwija i ciekawi nas bardziej to co teraz, a nie to co kilka lat temu wstecz. 
 
Przydługi wstęp? Przepraszam. Nie chcę powiedzieć, iż nie znalazłem tu nic ciekawego, ale spokojnie rzeczy godne uwagi można by zgromadzić na kilku, maksymalnie kilkunastu stronach, a cała reszta była trochę stratą czasu.

sobota, 3 października 2026

W cieniu gniewu. Złotokrwiści - Adrianna Filimonowicz, czyli nie chcemy być jedynie mięsem armatnim

Ciekawa okładka i staranne opracowanie graficzne wydania (brawa za ilustracje) - Pulp Books udowadnia że wydawania literatury "rozrywkowej" nie musi oznaczać bylejakości. Kolejny plus za odwagę by promować w taki sposób autorki i autorów, którzy jeszcze nie mają jakiejś wielkiej rzeszy fanów (a może się mylę?) - przyznam, że może rzuciło mi się jakieś opowiadania Pani Adrianny Filimonowicz w oczy, ale powieść chyba nigdy nie trafiały do jakichś podsumowań rocznych. A tu proszę - rozmach w kreowaniu świata, ciekawe zawiązanie wątków no i spora nadzieja na kontynuację cyklu na podobnym poziomie. To zawsze problem - początek może być świetny, oczekiwania duże, ale jak to "dowieźć". Zamierzam sprawdzić i będę wypatrywał kontynuacji. A na razie parę zdań o tomie pierwszym "Złotokrwistych". 
 
Umówmy się - fantasy przyzwyczaiło nas w ostatnich latach do opowieści w stylu "od zera do bohatera", czyli kreacji postaci, które przechodzą jakąś drogę, od początku jednak noszą w sobie potencjał zbawiciela świata. Tylko muszą pokonać trochę problemów po drodze. Ale to na nich czekał świat. Nawet jak o tym nie wie. 

"W cieniu gniewu" trochę wpisuje się w ten schemat, tyle że nie ma tu jednej postaci, tylko cała grupa. Bynajmniej jednak nie nosząca jakichś wyraźnych znamion superbohaterów. 

czwartek, 1 października 2026

Pewnego razu na krajowej jedynce, czyli gdyby Tarantino urodził się w Polsce

Jako że jutro całodniowa delegacja i notki nie będzie, to leci jeszcze drugi wpis, tym razem serialowy. 
"Pewnego razu na krajowej jedynce" mocno wyróżnia się spośród innych rodzimych produkcji serialowych i to nie tylko spośród tych netflixowych, ale generalnie wszystkich. Niewielu twórców czuje u nas czarną komedię, pewnie też boją się reakcji publiczności i niewielu ma odwagę w takim kierunku zmierzać. A tu proszę. Coś pomiędzy Tarantino, Fargo, ale nasze krajowe, swojskie. Czyli generalnie szaro, ponuro i siermiężnie. A mimo to jakoś inaczej niż zwykle. Każde z czwórki bohaterów raczej nie będzie kojarzyć nam się z bohaterem, któremu można by kibicować, a mimo to z ciekawością ogląda się ich perypetie. 
Oto ojciec, który mimo że mocno pogrążony w swoim nałogu, nagle odkrywa że ma dorastającą córkę i powinien mocniej zainteresować się jej życiem. Co też czyni w dość dziwny sposób, bo gdy ta komunikuje mu iż zaszła w ciążę, postanowił siłą zapakować ją w samochód i wyruszyć w stronę Czech, by dokonać aborcji. By jednak trochę przyoszczędzić na trasę zabiera jeszcze dwoje współpasażerów, nie wiedząc że sam się prosi o kłopoty, bo oni tak potulni względem niego jak córka nie mają zamiaru być. Zresztą ona też za wszelką cenę chce mu zagrać na nosie. Podróżująca z nimi kobieta, której właśnie zawaliło się życie, gdy bogaty facet kazał jej się wynosić, bo teraz wybrał sobie młodszą oraz nieśmiały, zakompleksiony chłopak marzący o tym by któraś z wielu dziewczyn pokochała go w realu, a nie jego internetowy profil, zgodnie uznają że kierowca to gbur, prostak, ale raczej niezdolny do krzywdzenia. Przekonają się wkrótce czy któreś z nich będzie miało w sobie tyle determinacji by dokonać czegoś złego...

Mordercą nie jest Alice - Iris Starling, czyli znaleziono ciało, notatkę i teczkę z imionami...

Gdy znajdziecie ten tytuł wśród książek, pewnie przeżyjecie niezły szok zaglądając do środka. Niby już nic nie powinno dziwić po produktach typu Zniszcz dziennik, ale mimo wszystko ja byłem zaskoczony. Nie ma tu bowiem żadnych dialogów. Nie ma żadnej fabuły. Nie ma żadnych opisów. Strona po stronie wygląda to identycznie - zestaw jednego za drugim imion. I tyle.

Kilka stron ze wskazówkami mają nam pomóc wśród tych 46 600 podejrzanych wskazać tą jedną osobę, która naszym zdaniem jest prawdziwym mordercą. A może tak naprawdę to jedynie zmyłka dokonana przez Alice i tak naprawdę to ona zamordowała? W końcu napisanie na zeszycie z imionami prośby by tam szukać sprawcy, bo to nie ona zabiła, może być jedynie wybiegiem którego celem jest uniknięcie kary. 

Trudno nazwać ten tytuł książką, potraktujcie ją więc po prostu jako zagadkę do rozwiązania, wydaną w niespotykanej formie. Moje córki widząc ją - to wykreślanka, ale nie bardzo wyobrażam sobie kreślenie tyle tysięcy razy, szukałem więc innego sposobu na znalezienie rozwiązania.