wtorek, 20 października 2026

Mniej obcy, czyli za duzi jesteśmy na takie bajki

Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Lady Pank, jeżeli już to bliżej mi było do Perfectu, ale cholera można powiedzieć że świadomie śledziłem ich "karierę" prawie od samego początku, choć byłem gówniarz za młody na koncerty. I szlag mnie trafia na laurkowe czy też kombatanckie opowiadanie jakim to kapela był odważnym zespołem i jak miała pod górkę z cenzurą. Akurat listę przebojów dobrze pamiętam i jakoś Mniej niż zero raczej nikt grania nie zakazywał. A pałowanie na koncertach? Cóż pewnie nie na jednym to tak się działo, bo generalnie mundurowi nie przepadali za niegrzeczną młodzieżą i próbowali za wszelką cenę "nauczyć ich" szacunku do władzy ludowej. Lady Pank jako zespół stojący na czele protestów młodzieżowych? Wolne żarty. Raczej chłopaki, którzy dostali szansę by wypłynąć na fali poluzowań i w miarę dobrze to wykorzystali. Nawet jednak gdyby odrzucić te jakieś dziwne sugestie na temat wielkiej odwagi i wiecznego wojowania z władzą, to i tak film jest słabiutki. Co prawda po obejrzeniu wcześniej filmowej biografii lidera KSU nie spodziewałem się wiele po Netflixie, bo produkują dość sztampowo, ale cholera żeby tak słabo oddać zarówno lata 80 jak i atmosferę buntu jaka buzowała w dzieciakach, to już naprawdę żenada.  
 
Do tego ten dialog z Bogiem, drażniący od samego początku głos dojrzałego bohatera, który postanowił spojrzeć za siebie. Oj nie siadł scenariusz tym razem i reżyser kompletnie nie miał na to pomysłu.  
I choć debiutujący Mikołaj Bukrewicz radzi sobie całkiem nieźle, to zamiast filmowej biografii rockandrollowca, całość wypada raczej jako słodko gorzka historia familijna o grzechach młodości i o tym jak podążając za marzeniami mimo wszystko można wyjść na ludzi o ile ktoś da ci kolejną szansę... 

Bardziej zwracają uwagę dramaty rodzinne i trudne relacje, a nie sama twórczość, która przecież w biografii muzyka powinna być jakoś na pierwszym planie. A tu? Nieśmiałość, talent który ma nam pokazać brzdąkanie na gitarze, a potem równia pochyła bo przecież alkohol, narkotyki i generalnie imprezowe życie. Ale przecież gdyby nie znajomość tych numerów, być może nawet człowiek by nie wiedział o kim to film. Cała reszta zespołu w tle - to jeszcze pewnie można by wybaczyć, ale i w samym bohaterze jakoś mało jest prawdziwego życia - tak grubą kreską nakreślono tą postać. Ślizgamy się po życiorysie, jak dla mnie muzyki jest za mało, zrobił się więc z tego przeciętniak do kotleta, a nie film który by się jakoś zapamiętało. Choć podobnie krytykowano choćby Bohemian Rapsody, to jednak tam życia i muzyki było dużo więcej i wypadło to dużo lepiej. To raczej film dla tych którzy nigdy nie słuchali Lady Pank na serio, bo ci po prostu będą zawiedzeni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz