Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tragikomedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tragikomedia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2026

Bal w operze, czyli żeby nas wszystkich diabli nie wzięli

Artur Barciś zdaje się po raz pierwszy na scenie decyduje się wystąpić w monodramie i trzeba przyznać że robi to w odważny sposób. Tekst Juliana Tuwima z roku 1936 nie należy przecież do najłatwiejszych w odbiorze. Odważny? Tak. Aktualny? W pewien sposób tak. Czy czytelny? I tu bym się lekko zawahał, bo też chwilami w pełnej językowych zabaw, furii, groteskowych obrazów, tekście zaczyna się większą uwagę zwracać na aktora, na jego emocje, niż na przekazywaną treść.   
Jest to więc na pewno wybór odważny, interpretacja znakomita, choć pewnie można by się przyczepić pewnych detali (za głośna i nie zawsze pasująca muzyka). 

W chyba najbardziej radykalnym tekście poety bije w oczy nie tylko krytyka elit, które pławiąc się w bogactwie, przepychu, za nic mają świat za oknem i ludzi, którzy żyją zupełnie na innym poziomie. To co stanowi jego siłę to przeczucie katastrofy, która nieuchronnie nad wszystkimi wisi, a którą świat władzy i ekonomii balujący z "elitami" świata duchowego i kulturowego, wydaje się ignorować. Z łatwością operując pięknymi hasłami, obietnicami ale też wyrokami, które dzielą ludzi na lepszych i gorszych (tu nawiązania do współczesności są aż nazbyt wyraziste), nie przejmując się konsekwencjami. Ważne że dziś ja ucztuję. Co będzie jutro, jest nieważne, ale z pełnym żołądkiem i kieszeniami, będę miał większe szanse na uratowanie się, choćby ogień ogarnął cały kraj. 

wtorek, 23 czerwca 2026

Ostatni wiking, czyli i kto tu jest nienormalny

Nie ukrywam: jestem fanem Madsa Mikkelsena i nawet jakby grał kłodę drewna nie mówiąc ani słowa i tak pewnie bym chciał to zobaczyć. Gość ma charyzmę, talent i nieprzeciętną fizjonomię więc jak bym mógł przegapić seans Ostatniego wikinga? 

Skandynawowie mają dość specyficzne poczucie humoru, nie wszystkie żarty mogą być dla nas równie zabawne jak dla nich, ale zwykle pasują mi te klimaty. I tu, choć czarna komedia przykrywana jest coraz bardziej dramatem rodzinnym i traumami z dzieciństwa, kupuję to w 100%, a bajkę o ostatnim wikingu (nie czytajcie raczej dzieciom) chętnie bym sobie postawił na półce. Pokręcona jeszcze bardziej niż ten film. Jej przesłanie: zróbmy tak aby nikt nie czuł się gorszy, choć przewrotne, mogłoby zaistnieć na plakatach tej produkcji. Bo to rzecz o akceptacji i jej braku. Dokąd prowadzi jedno a dokąd to drugie? 

czwartek, 23 października 2025

Extasy Show, czyli i po co ci dalej żyć

Najnowsza premiera w Teatrze Polonia, czyli Extasy Show w reżyserii Tomasza Mana wzbudziła we mnie mieszane odczucia. Temat na pewno ważny, forma jednak dość ekstrawagancka i mam spore obawy co do losów tego spektaklu. Dla starszych może okazać się zbyt odważny i bezpośredni, a dla młodszych niestety być może mało atrakcyjny ze swoim przesłaniem. Kto w końcu gdy jest młody zastanawia się nad tym jak czują się ludzie po przekroczeniu pewnego etapu życia? Pewnie niewielu. Ba, pewnie nawet partia która zaproponowałaby rozwiązania takie jak wymyślone przez austriacką dramatopisarkę Constanze Dennig mimo kontrowersji znalazłaby zwolenników. Jakie to przecież chwytliwe argumenty: skoro przeżyłeś już swoje życie, nie jesteś przydatny dla społeczeństwa, a raczej stałeś się "kłopotem", to przecież dla wszystkich będzie lepiej jeżeli taki ciężar będzie się humanitarnie usuwać. Niektórzy może doświadczywszy choroby, cierpienia, samotności czy biedy sami będą skłonni się poświęcić. A jeszcze jak zrobi się z tego show przed kamerami - gdy wynik Twoich testów będzie decydował o tym czy dostaniesz kolejny rok życia, to już przebój murowany. Śmierć przed kamerami staje się kolejnym elementem rozrywki dla mas. 

Brzmi złowieszczo i dość groteskowo. I tak trochę ma być. 

sobota, 9 sierpnia 2025

W imię Jakuba S., czyli co byś zrobił gdybyś jeden dzień miał władzę

Sezon teatralny dawno się skończył, a ja wciąż wygrzebuję się z zaległych notek. Zostały mi głównie rzeczy odwołujące się do historii, ale w tak różny sposób i tak inny od Chłopek, o których pisałem niedawno, że musi się znaleźć miejsce na Notatniku. A jutro kolejna wizyta teatralna, ale już z tych lżejszych, komediowych, więc w przyszłym tygodniu jeszcze jeden tekst. 


Paweł Demirski niby wziął na warsztat trochę mocniejszą historię niż te opowiadane w Chłopkach, dochodzi jednak do podobnego punktu jak i twórcy spektaklu z Legnicy. Czym się różni wyzysk chłopów w czasach pańszczyzny od tego co odbywa się współcześnie, gdy ludzie zaharowują się, mając jedynie nadzieję, że w ciągu 40 lat pracy spłacą kredyty na mieszkania, które bardzo często wcale przecież nie są pałacami? To postawienie pytania, ale i pewnego rodzaju groźba - zobaczcie jak rodzą się rewolucje. Wystarczy iskra by przyłożyć ogień, by polała się krew, a potem ci, którzy najbardziej korzystają na wyzysku, są zdziwieniu i oburzeni, że przecież jak świat światem tak było to byli przekonani, że inaczej nie można. Choćby sami wspięli się na szczyt z samych nizin społecznych, szybko zapominają i będą bronić tego, żeby hierarchia pozostała bez jakichś większych zmian. 

wtorek, 5 sierpnia 2025

Chłopki, czyli bardziej o nas niż o naszych babkach

M. stwierdziła, że o tym spektaklu najlepiej nie pisać wcale, postanowiłem jednak zostawić na Notatniku jakiś ślad. Choćby po to by za kilka dni napisać jeszcze o jednym zaległym spektaklu i z zupełnie innymi emocjami. 

 

Chłopki. Wybraliśmy się w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych na spektakl, który nie dość że oparty jest na głośnej powieści, ciekawi jak to przeniesiono na scenę, to jeszcze był mocno komentowany i chwalony. Ba, kilkukrotnie w różnych podsumowaniach krytyków pojawiał się na liście najlepszych w ostatnim sezonie. 

 

Ciekaw jestem co na ten temat powiedziałaby autorka. Bo nie dość że to wszystko dość odległe od ducha powieści, to jeszcze dołożono tam rzeczy, które kompletnie nie mają nic z nią wspólnego. O ile pochylenie się z uważnością nad losem babek i prababek, dziewcząt i dzieci wychowywanych na wsiach, które przez lata dorastały w biedzie, mogły marzyć o edukacji i wygodach, można jakoś połączyć z żartami na temat współczesnych kompleksów, dyskusji co jest lepsze - odwoływanie się do tradycji ziemiaństwa czy raczej do swojskości wsi, to już mocne punktowanie poniżania Ukrainek, traktowania ich jako służby, ludzi drugiej kategorii, jakoś pasuje średnio. A już pokazywanie tragedii rodziny Ulmów poprzez śmieszkowaną scenę odgrywania teatrzyku, jest po prostu mało smaczne.  

Przyznaję. Jest w tym spektaklu jakaś bezczelność. Powiemy widzom wszystko co nam leży na wątrobie, wygarniemy co myślimy o ich modach, fascynacjach, lękach i uprzedzeniach, o tym czego się wstydzą i czym próbują szczycić.

poniedziałek, 16 czerwca 2025

Matka, czyli dramat rodzinny czy senna mara

„Matka” Stanisława Witkiewicza w Teatrze Polonia z Krystyną Jandą w tytułowej roli to spektakl, który wymyka się schematom. Niby jest o relacjach matki i syna, a właściwie o ich chorej zależności jednego od drugiego, ale jednocześnie jest tak zagrany, że wychodząc z teatru odnosi się nieodparte wrażenie, że chodzi tu może o coś więcej. O to nieuchwytne „coś” co będzie kazało myśleć o nim dłużej. Bowiem tytułowa matka jest osobą tak złożoną i tak mocno umykającą schematom, że odnosi się wrażenie, że to matka z sennego widziadła, którego na jawie nijak nie można opisać. Chciałoby się powiedzieć: metafizyczna. Zarówno magiczna jaki i irracjonalna. Z jednej strony kochająca Leona i dumna z niego, z drugiej – raniąca wypowiadanym słowami, niemal depcząca jego istnienie. Czy na pewno ta sztuka jest o matce czy może na podstawie jej postaci jest to sztuka o człowieku jako takim.


Matka, Janina Węgorzewska, upadła arystokratka, zapewnia byt sobie i synowi robótkami na drutach. Leon jest filozofem, twórcą teorii, które przerastają jego samego. Ona tka robótki z krwistoczerwonej włóczki zupełnie jakby chciała tą krwistą nicią nawlekać własnego syna na druty i uzależnić go od siebie, zatrzymać na zawsze przy sobie, osaczyć i cieszyć się nim przy własnym boku; natomiast on uwznioślony ideami, którymi żyje a których ona nie rozumie, pragnie od niej uciec a jednocześnie być pod jej pieczą. Ona bowiem zabezpiecza jego podstawowe potrzeby, które jemu pozwalają na przeżywanie własnych teorii, tego metafizycznego mrowienia niezrozumiałego przez większość ludzi. Oboje są w tej relacji nieszczęśliwi, a jednak nie chcą/nie mogą się z niej uwolnić. Krystyna Janda w roli matki jest przejmująca. W czarnej sukni, z tą czerwoną przędzą w dłoni, ze smutnymi oczami wydaje się złamaną życiem kobietą, by za chwilę uderzyć pięścią w stół, podnieść głos i smagnąć syna słowem jak biczem – ogląda się to niemal na bezdechu. Jest niezwykła.

piątek, 2 maja 2025

Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej, czyli dlaczego wciąż jesteśmy razem

Po świetnym "To wiem na pewno" Teatr Ateneum po raz kolejny zaprasza nas do przyglądania się współczesnej rodzinie i jej problemom. Podobnie jak tamten spektakl, ten również reżyseruje Iwona Kempa i ponownie w rolach głównych zobaczymy Agatę Kuleszę i Przemysława Bluszcza.

Co to znaczy "normalne życie"? Komfort finansowy, jakaś stabilizacja? A może istotniejsze jest wyrażane sobie przez członków rodziny ciepło i serdeczność? Czy ważniejsze jest jak nas widzą na zewnątrz czy jak sami siebie postrzegamy? Autor tej sztuki w centrum naszej uwagi stawia 25 letniego Franka. To poprzez niego widzimy wszystkie problemy tej trzypokoleniowej rodziny. Mamy więc dążącego do samodzielności i zmagającego się z różnymi ograniczeniami młodego człowieka na wózku, mamy nadopiekuńczą matkę, wycofanego ojca, cierpiącą na demencję babcię, ciotkę która kontakty rodzinne traktuje jako niechciany obowiązek, a do tego ekscentryczną siostrę Franka i młodą dziewczynę, która się w nim podkochuje. Jej prostoduszność, czy też brak granic, wynikający trochę z emocjonalnych, czy też intelektualnych ograniczeń mocno chłopaka frustrują, choć przecież nikt nie odepchnie jej w jawny sposób, bo nikt nie chce jej zranić. 

niedziela, 8 grudnia 2024

Las powieszonych lisów - Arto Paasilina, czyli czego nam więcej potrzeba do szczęścia

Przy "Korzeniach" Mikki Nousiainena od Książkowych Klimatów pisałem w superlatywach, że lekkie, zabawne, a jednocześnie niegłupie. Arto Paasilinna dostarcza trochę podobnych emocji. Niby to historia o przestępcy, ale powiedzmy sobie od razu: raczej nie jest to geniusz zbrodni, tylko człowiek o dobrym sercu, lubiący wygodne życie. A jeżeli nie zna innego sposobu na zdobycie dużych pieniędzy, to niestety potem skazany już jest trochę na ukrywanie się albo przed władzami albo przed tymi, którzy chętnie zmusiliby go do podzielenia się skradzionymi przez niego funduszami.

A jest ich trochę. Mając sztabki czystego złota, można długo odłupywać sobie kawałek po kawałku i żyć z tej kasy latami. Oiva Juntunen nie lubi się dzielić, więc nie ma ochoty oddawać kumplom, którzy wzięli na siebie wyrok za kradzież, nawet gdy słusznie po wyjściu z więzienia zaczynają się od niego domagać swojej doli. To już lepiej ukryć się gdzieś na jakiś czas. Choćby w Laponii, w jakiejś głuszy.

niedziela, 3 listopada 2024

Juno - Anna Dziewit-Meller, czyli to jaka jest ta nasza zdolność kredytowa

Pisząc o Juno, chyba warto by jeszcze wrócić do poprzedniej książki Anny Dziewit-Meller i towarzyszących jej emocji. Tak pisałem o Od jednego Lycypera. I choć to nie są powieści jakoś bardzo podobne, to sposób poznawania postaci, ich historii, wchodzenie w ich życie, jednak stawia je obok siebie dość blisko. Tym razem jednak to nie jest saga, w żaden sposób nie próbuje się opowiadać szerzej o mentalności, pokoleniowych doświadczeniach. W Juno autorka co prawda również pokazuje jak doszło do poczęcia się bohaterek, czyli losy ich rodziców, ale to one są najważniejsze. A gdyby szukać jakiegoś wspólnego klucza do tych historii, to pewnie można by było powiedzieć o tym jak nasze decyzje uzależnione są od oczekiwań, aspiracji, chęci zmiany, jak wiele w nich emocji (choćby zazdrości), a jak mało rozsądku.

Juno to opowieść o kobietach, które stoją w obliczu kryzysu wieku średniego i próbują dokonać jakichś podsumowań, mniej lub bardziej gwałtownych i logicznych. 

czwartek, 4 kwietnia 2024

Wyjątkowy prezent, czyli ma szczęśliwe życie i nic go nie zaskoczy...

Czy jedno wydarzenie, kilka zdań rzuconych być może bez głębszej refleksji albo prezent, który uznany zostanie za nietrafiony, może zmienić czyjeś życie? Wbrew pozorom tak.
I możemy się przekonać o tym oglądają najnowszą komedię wyreżyserowaną przez Tomasza Sapryka, która zdaje się że rusza w Polskę w trasę po różnych domach kultury i salach teatralnych. Skoro widzowie pragną komedii, lubią oglądać na scenie na żywo znanych i lubianych, to czemu im tego nie dać? W Wyjątkowym prezencie będą mogli zobaczyć: Aleksandrę Popławską, Marcina Bosaka i Jana Wieczorkowskiego.

Tomasz Sapryk sam przecież kojarzony jest z komediami, czuje ten gatunek, ale mam wrażenie że nie poszedł na łatwiznę fundując nam coś farsowego. Tekst Didiera Carona ma w sobie więcej z tragikomedii, duże znaczenie odgrywają tu emocje. Im bardziej bowiem nakręca się bohater, tym zmniejsza się odporność na jego humory jego żony i najlepszego przyjaciela, a tym samym, na jaw wychodzi coraz więcej skrywanych dotąd przed nim faktów.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Noc Henny, czyli to nie tylko drogeria

Bardzo ładna miniaturka teatralna zagrana w Teatrze Druga Strefa. Godzinny spektakl rozpisany na dwie aktorki, w kameralnej scenerii, niesie ogromny ładunek emocjonalny i dużą dozę przemyśleń.


Desperacka wiadomość Judith nagrana na telefonie w mieszkaniu byłego partnera staje się początkiem akcji spektaklu. Jednak to nie Jack na nią zareaguje. Do mieszkania Judith zapuka jego obecna dziewczyna – Ros. Staną naprzeciw siebie dwie kobiety zakochane w jednym mężczyźnie, konkurentki do jednego serca. Która wygra? No właśnie… pierwsze co się nasuwa na myśl to pojedynek dwóch rywalek o mężczyznę. Ta jest lepsza, która wygra walkę o niego. Takie patrzenie na inną kobietę powoduje, że stajemy się dla siebie wrogami, zwycięsko podnosimy głowy nad przegraną nie bacząc na to, że za chwilę same możemy być w podobnej sytuacji. Czy tak poranione będziemy w stanie wspomóc inną kobietę? A może po raz kolejny będziemy patrzeć jak na zagrożenie?

czwartek, 21 grudnia 2023

[Things We Do for] LOVE, czyli czy się odważysz...

Przyznam się do czegoś. Nie lubię pokazów prasowych i nie przepadam za premierami. Na tych pierwszych czasem nawet nie ma okazji zobaczyć całości spektaklu, bo fotografowie i stacje telewizyjne zainteresowane są krótką migawką okraszoną krótką notką prasową. Na tych drugich rzeczywiście miło zasiąść na widowni wśród wielu znanych i lubianych osobistości, jest wspaniała atmosfera... Ale wiecie co? Przedstawienie i grający w nim aktorzy muszą się "dotrzeć" w zetknięciu z publicznością. 
Dopiero wtedy nabiera to tego ostatecznego, perfekcyjnego kształtu, przychodzi większa swoboda, czasem nawet trochę eksperymentowanie z większą lub mniejszą ekspresją, czuć chemię między postaciami.

Czemu o tym wszystkim piszę? Ano mam trochę kłopot, bo chciałbym napisać o sztuce, którą widziałem w Teatrze 6. Piętro w ramach pokazów przedpremierowych (z publicznością!). Jednak już wiem, że po tych kilku przedstawieniach, dokonano dość istotnych zmian, ingerując m.in. poprzez rezygnację lub modyfikację pewnych scen. Kształt ostateczny będzie więc inny i chyba by napisać o wrażeniach należałoby zobaczyć go raz jeszcze, sprawdzić co reżyser i grający aktorzy wyczuli w pracy z tym materiałem na żywo, w kontakcie z publiką. I czy zmiany były zbieżne z moimi odczuciami czy wrażeniami po obejrzeniu wersji pierwotnej. No przyznajcie, że sytuacja niełatwa. Pewnie lepiej byłoby odłożyć notkę na rok przyszły, z drugiej strony, uruchomiło się we mnie już sporo emocji, które warto by uchwycić, wszak są to sprawy bardzo ulotne. Łapcie więc notkę, jednocześnie obiecuję iż jeżeli uda się zobaczyć [Things We Do for] LOVE ponownie, to dopiszę jakieś swoje refleksje, powstanie więc dłuuuugi tekst.

wtorek, 14 marca 2023

Ten się śmieje, kto ma zęby - Zyta Rudzka, czyli miłość po grób

Moje drugie spotkanie z Zytą Rudzką i po raz drugi jestem zachwycony! I jak tylko dam radę pewnie będę starał się uczestniczyć w dyskusji o tym tytule w Big Book Cafe (będzie transmisja - detale tu). Nadal podtrzymuję swoją opinię z poprzedniej powieści - to nie jest lektura dla każdego, ale jeżeli wejdziesz w ten świat, ten język, docenisz koncept i wykonanie. Czy można polubić Werę, która tak mocno skupiona jest na sobie, odpycha nawet tych, którzy mają wobec niej jakąś szczyptę życzliwości? No raczej nie. Im bliżej jednak ją poznajesz, rozumiesz dlaczego stała się tak zgorzkniała i wulgarna. Wspomina dobrze przeszłość, swoją pracę jako fryzjerki, swoje miłosne podboje, bo co innego jej zostało? Mąż ją zdradzał, a choć jego śmierci się spodziewała, to i tak to dla niej kłopot, no bo jak tu wszystko sfinansować, skoro nie starcza nawet na prozaiczne, codzienne potrzeby. Od dawna wyprzedawała wszystko co się dało, w domu niewiele zostało, a tu nie tylko księdzu coś trzeba złożyć jako ofiarę, ale i ubrać męża, zapłacić za trumnę i może jakąś stypę wyprawić. W końcu mu się jednak coś od niej należy. No i żeby ludzie nie gadali. Niby Wera ma w poważaniu ludzkie opinie, jednak gdy dotyczy to pogrzebu, chciałaby żeby nikt nie mógł zarzucić jej skąpstwa i braku uczuć. W końcu kiedyś go kochała. Potem to już bardziej przyzwyczajenie. Proza życia. Jak wielu starszych ludzi, z uśmiechem patrzy raczej wstecz, wspominając wszystkie swoje miłe przeżycia. A tych nie brakowało. I opowiada o nich bez skrępowania, no bo czego się wstydzić - człowiek jak się podoba i młodość szumi w głowie, raczej hamulców nie zaciąga.

środa, 25 stycznia 2023

Duchy Inisherin, czyli ta wyspa to cały mój świat

Korzystając z ogłoszonych wczoraj nominacji, nadrabiam zaległość sprzed kilku dni. Martin McDonagh. Tak lubiany przeze mnie i wiele sobie prawdę mówiąc po Duchach Inisherin obiecywałem, a oczekiwanie jeszcze podkręcały recenzje. I to nie tak, że seans mnie rozczarował. To film, który się chłonie z przyjemnością, choć przecież tak niewiele się w nim dzieje. To film, który pamięta się długo po wyjściu z kina. Genialnie zagrany, nieoczywisty. Czegoś mi jednak zabrakło, żeby uznać go za tak genialny, jak wszyscy dookoła o nim opowiadają. Na pewno ma świetny klimat - społeczność niewielkiej wyspy u wybrzeży Irlandii, żyje w zupełnie innym rytmie niż świat pędzący za nie wiadomo czym. Wszyscy się znają, mają proste i niewielkie radości, są twardzi więc i problemy im nie straszne. Miska zupy, piwo w pubie wieczorem. Czego więcej trzeba?
Tak niedaleko toczy się wojna domowa, jakieś wielkie sprawy, jest praca, szanse i nadzieje. Ale ci co zostali na wyspie, raczej się tam nie spieszą. A może nawet i by chcieli, ale się boją. Jak choćby Siobhan, która opiekuje się gospodarstwem po rodzicach, bo wie że jej brat kompletnie by sam sobie z tym nie poradził.

wtorek, 27 grudnia 2022

W trójkącie, czyli ma być pięknie, wyjątkowo, na bogato...

Pora robić małe podsumowanie roku, a ja wciąż zalegam z notkami rzeczy przeczytanych lub obejrzanych. O trzecim sezonie Kruka postanowiłem nie pisać, choć jest dobry (!), do Na noże dopiero się przymierzam, jeszcze parę rzeczy innych w planach kinowych, ale o "W trójkącie", choć premierę oficjalną ma dopiero na początku stycznia, postanowiłem napisać już teraz. Może dlatego, że recenzji będzie tego sporo (już są, bo Gutek Film pokazuje to dość szeroko), a w tym przypadku chyba dobrze mieć pewien dystans do zachwytów krytyków. Nagrody, peany, w tym przypadku uważam że są zasłużone, jeżeli jednak nie wiesz czego się spodziewać, może wyjść z kina zniesmaczony. Dla jednych będzie to więc arcydzieło, dla innych, najbardziej obrzydliwy film roku.
Ruben Östlund jedzie bowiem po bandzie i spora część humoru tu zawartego może zostać uznana za zbyt prostacką. Czy satyryczne przedstawianie bogatych opływających w luksusy, jak są bezbronni i żałośni, gdy pozory swojej wyjątkowości utracą, nie ma w sobie czegoś z obrzydliwej nagonki np. realizowanej przez komunistów? Owszem, śmiejemy się, bo udało się świetnie napiętnować fanaberie bogaczy, ale przerysowując niektóre sceny mam wrażenie, że posunięto się ciut zbyt daleko. Skoro ktoś odbiera godność i prawo do równości innym, można go zgnoić i to w dosłownym sensie? Gdybyś wszystko udało się utrzymać w tonie początku filmu albo scen z parą młodych bohaterów - w mojej ocenie wcale nie byłoby mniej celnie, a wyszło by to tylko z korzyścią dla filmu.

niedziela, 9 października 2022

Czkawka, czyli bez wódki nie rozbieriosz

Czy można połączyć w jedno świat rzeczywisty i nierealny? Wydawać by się mogło, że nie, ale czy na pewno. W teatrze wszystko jest możliwe. Wprawdzie trochę mnie przeraża wizja takiej dwoistości, choć z jednej strony dobrze się czuję mając pod stopami ziemię, z drugiej strony – magia kusi.

Tragikomedia Vladimira Zujeva wprowadza nas w świat realizmu magicznego. Jego istotą jest współdziałanie dwóch elementów – realności i magii. Dla mnie to dwa różne bieguny, ale w świecie Zujeva są one jednością. Spotkanie tych dwóch światów jest o tyle niezrozumiałe co pociągające. Bo co by było gdybym to ja miała taką magiczną czkawkę?

niedziela, 15 sierpnia 2021

Czarna owca, czyli żyj jak najlepiej, zamiast mieć pretensje do innych

"Czarną owcę" trudno tak naprawdę nazwać komedią, szczególnie jeżeli myślimy o tym gatunku w kontekście tego co zwykle się u nas jako komedie sprzedaje. Słodko-gorzka opowieść o tym jak różnie mogą się potoczyć ścieżki ludzi, którym wydawało się, że mają wszystko poukładane, pewnie nie wywoła wielkich wybuchów śmiechu na sali kinowej, jednak nie powinna też wywołać u nikogo poczucia zażenowania i chęci odzyskania ostatnich dwóch godzin życia seansu.
Bawi nas trochę nieporadność ludzi, którzy znaleźli się na jakimś dziwnym zakręcie życiowym, próby odnalezienia się w nowej sytuacji, ale przede wszystkim czujemy do nich sympatię, trzymamy kciuki za to, żeby im się wszystko ułożyło. Aleksander Pietrzak stworzył historię, w której empatia, pozytywne podejście do życia mimo porażek jakich się doświadcza, stanowią klucz do tego, że widz wychodzi z kina uśmiechnięty.

poniedziałek, 9 września 2019

Polityka, czyli co na języku, co w głowie, a co w sercu

Patryk Vega na pewno umie w marketing :) Bo co do jego filmów, to już bym o tych umiejętnościach tak głośno chyba nie wspominał. Ma swoją publikę, która polubiła jego styl - pełen gagów, mięsa i uproszczeń. I kręci film za filmem. Ale gdy się oczekuje od niego ciut więcej niż kolejnej wersji Kobiet Mafii, to mocno bije w oczy to, że to jest robione na kolanie, upchnięte byle jak w fabułę, bez inwestycji w muzykę, w detale.
A najśmieszniejsze w tym filmie, który przecież w zwiastunie zapowiada się jako komedia, nie ma nic śmiesznego. Nie tylko dla mnie - w kinie, gdzie było 3/4 zajętych miejsc na próżno było nasłuchiwać rechotu. Czyli zdaje się, że to zawód nawet dla jego wiernej widowni. Bo oni nie mają ochoty oglądać polityków w scenach, które i tak świetnie znają, które nas już wku...iały i bawiły przez długie tygodnie, a tu podane na ekranie wybrzmiewają jakoś szczególnie ponuro. To nie bawi, przerysowane wręcz jest żenujące i przerażające, mówimy sobie: dość i nigdy więcej. Po to by jednak nami wstrząsnąć jako widzem i wywołać jakąś zmianę, trzeba by coś więcej - może w stylu ostatniego z sześciu rozdziałów tego filmu, pokazującego mechanizmy polityki niezależnie od partii.

czwartek, 22 listopada 2018

Obóz świętych - Jean Raspail, czyli ta obrona jest już przegrana

Trochę zły jestem na siebie. Po lekturze tej książki kotłuje się we mnie tyle refleksji, że powinienem poświęcić naprawdę więcej czasu na ich spisanie. To chyba jedna z ważniejszych lektur w tym roku. Nie było bowiem zbyt wielu tytułów, które by tak wkurzały, a jednocześnie intrygowały. Wybrałem to jako lekturę na DKK, przewidując, że wreszcie będzie o czym dyskutować i się nie myliłem. Temat imigrantów, zagrożeń które jedni wyolbrzymiają, a inni nie chcą ich dostrzegać, jest na tyle aktualny, że nietrudno o emocje. Książka Raspaila nie jest jednak moim zdaniem jedynie profetyczną wizją nadciągającej do Europy katastrofy - pamiętajmy, że pisał to ponad 40 lat temu - oto milion przybyszów wsiada na statki i płynie w poszukiwaniu lepszej przyszłości...
Choć poglądy autora są dość oczywiste, a to co pisze ma być dla nas ostrzeżeniem i otrzeźwieniem, to pytania jakie pojawiają się w trakcie lektury wcale nie idą w jednym kierunku. Dlaczego bowiem Europa, okrzepła w swoim dobrobycie, wygodnicka, miałaby się nie podzielić z tymi, którzy mają mniej? Co jest tak naprawdę niezbędnie nam potrzebne, a co stanowi już nawet nie luksus, a bardziej zachciankę, jest zmarnowaniem funduszy. Mimo to ze zgrozą myślimy o tym, by się dzielić... Nie okazując raz na jakiś czas hojność, ale świadomie z czegoś zrezygnować.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Młody papież, czyli szukając odpowiedzi

No to w nawiązaniu do wczorajszej notki (jest już również na nowej stronie Notatnika, ze zdjęciami Ewy) jeszcze jeden tekst. O serialu, który widziałem już dawno, który bardzo mi się podobał, ale wciąż zbierałem się do napisania o nim i odkładałem to na później. Dla niektórych serial Paulo Sorrentino jest obrazoburczy, a inni znowu pieją z zachwytu nad każdym aspektem, który może szokować. Papież wkładając tiarę przy dźwiękach "I'm sexy and i know it", palący papierosy, klnący i mówiący bez ogródek, że ma problemy z wiarą, walczący z tradycją i sztywnymi ramami instytucji. Gdy jednak przyjrzymy się działaniom, pierwszym decyzjom i tezom głoszonym przez nową głowę Kościoła, robi się dużo ciekawiej i poważniej. Oto młody człowiek, Amerykanin, którego wybór był sporym zaskoczeniem, ale chyba kardynałowie mieli nadzieję, że da się nim sterować, bo to człowiek "bez zaplecza", robi im rewolucję w kierunku, który jest totalnym zaskoczeniem dla całego świat. Odrzucenie języka miłości, całej polityki "zwrócenia się do ludzi", a przywrócenie dawno zapomnianych nauk mówiących o grzechu, postach, umartwieniach, ubóstwie, wierności Ewangelii, jest szokiem nawet dla Watykanu, gdzie natychmiast uruchamiają się spiski, aby go usunąć z urzędu, zdyskredytować.