czwartek, 22 października 2026

Republika ludzi młodych - Bernadetta Darska, czyli opowieść o nowym człowieku

Choć lektura może sprawiać wrażenie trochę suchej, to jednak doceniam samo podjęcie tematu, dziś trochę zapomnianego. Nie tak dawno, zaglądając do sejmu odkryłem wystawę o pobycie (wieloletnim) dzieci z Korei Ludowej w Polsce, a historia PRL może kryć jeszcze wiele takich historii, które może jeszcze ktoś pamięta lokalnie, ale ślady w archiwach raczej wymazywano. Tu jest sytuacja trochę inna, bo niby chodzi o polskie sieroty, nie trzeba było tego jakoś kryć przed światem, nie znaczy to jednak że po roku 89 nadal z tak dużym szacunkiem dla przeszłości dbano o zachowanie pamięci o takich placówkach jak choćby ośrodek w Bartoszycach. To co instytucjonalne nie jest już dziś tak cenione, próby wychowywania w modelu socjalistycznym też nie są traktowane jako powód do chwalenia się w samorządach. Nie powinniśmy jednak przekreślać i zacierać pamięci zarówno ze względu na szacunek dla ludzi idei, którzy podejmowali się pracy wychowawczej, a jeżeli są pamiętani i wspominani z wdzięcznością przez wychowanków, to również ze względu na ich wspomnienia, których nie można przekreślać. Rodzice większości z nas przecież uczyli się w szkołach w modelu, który narzucała władza ludowa, a choć dziś możemy wytykać propagandę nie znaczy to że ich wykształcenie i wychowanie było gorsze od współczesnego. Czasy są inne, inne potrzeby, na inne wartości kładzie się nacisk, z ciekawością jednak warto wysłuchać tego jak było te 60 czy 70, czy nawet 80 lat temu.   
 
Trochę w mojej ocenie zabrakło głosów samych młodych (wtedy) ludzi, którzy by ożywili te wspomnienia, bo sprawiają one wrażenie dość suchej kroniki, od czasu do czasu w którą wpleciono jakieś ciekawostki (jak choćby proces o zatrucie). Jak na setki, czy nawet tysiące młodych ludzi, którzy przeszli przez to miejsce, aż by się chciało dowiedzieć się więcej o tym jak oni je odbierali, a nie tylko zaglądać do kronik, szkolnych gazetek i dokumentacji. Ale historia arcyciekawa! Oto z terenów ZSRR z różnych niewielkich placówek gdzie znalazły się w trakcie wojny polskie dzieci, ściąga się je do kraju, ale szuka miejsca gdzie mogłyby dalej żyć w tych grupach w jakich się zżyły. Takie miejsce znajduje się w dawnych koszarach na terenie dzisiejszego województwa warmińsko-mazurskiego, w Bartoszycach, gdzie w pewnym momencie planowano umieszczenie nawet kilku tysięcy dzieciaków. Poza tymi ze wschodu, są również sieroty z regionu, czasem nawet nie znające języka polskiego, ale też np. ci którzy przeżyli koszmar Powstania Warszawskiego. Wychowawcy nie mieli więc łatwego zadania nie tylko organizacyjnego by zapewni placówce wystarczające zasoby, ale i wychowawczego, by zbudować wspólnotę, wyeliminować konflikty, zintegrować grupki, by każdy czuł się tam jak w wielkiej rodzinie. 

To oczywiście piękna idea i słowa, które ktoś może nazwać myśleniem życzeniowym, na szczęście po wojnie było jeszcze wielu idealistów uważających to swoją misję życiową, by towarzyszyć młodym, by zapewnić im opiekę, ale wychować na ludzi dobrze radzących sobie w przyszłości. Przy domu dziecka szybko powstały warsztaty, coś w rodzaju szkoły zawodowej, angażowano wychowanków do różnych prac, a by zapewnić kadrę zorganizowano liceum pedagogiczne, w którym kształcili się przyszłe kadry wychowawcze, jednocześnie już teraz pracując z młodszymi. 

Bernadetta Darska pokazuje jak silne były jeszcze w kadrze placówki idee Korczaka (niektórzy z nich nawet z nim pracowali), ale i rysuje ideologiczny program jaki próbowano realizować, czyli wychowanie człowieka socjalistycznego. Przez pewien czas placówka była pokazywana jako modelowa i nie tylko pojawiali się w niej znani wówczas pisarze czy znamienitości (Bierut z cukierkami :)), ale i o Bartoszycach i ich ośrodku pisano też często (osobiście tej powieści Neverly'ego nie znam, może poszukam kiedyś).   

Zaciekawiły mnie zarysowane przez Darską w tej książce portrety tych, którzy po wojnie kładli podwaliny pod Towarzystwo Przyjaciół Dzieci (wcześniej Robotnicze i Chłopskie Towarzystwa Przyjaciół Dzieci) i zwracali uwagę na potrzeby najmłodszych, również postać jednej z najważniejszych postaci dla ośrodka w Bartoszycach, czyli Aleksandra Lewina - muszę chyba więcej poszukać na ich temat i sobie doczytać, bo wiadomo że były to czasy gdy ideowcom i ludziom krystalicznie czystym było niełatwo. Nawet jeżeli wydają nam się postaciami krystalicznymi i dobrze wspominanymi, ciekawie byłoby zobaczyć ich w szerszym świetle (choćby w przypadku Lewina poznać wpływ na kształcenie kadr dla więzienia dla młodocianych w Jaworznie). 


Dziś po Centralnym Ośrodku Wychowawczo-Szkoleniowym im. Janusza Korczaka w Bartoszycach nie ma już śladu, inne placówki wprowadziły się do tych budynków niespecjalnie odwołując się do przeszłości. Ocena czy można oceniać ją jako chlubną i wyjątkową może i nie jest oczywista, ale dla wielu młodych to miejsce było szansą na rozpoczęcie życia w lepszych, bezpieczniejszych warunkach, a ci którzy je tworzyli zasługują na pamięć i szacunek. Dobrze że książka o nich wszystkich opowiadająca powstała.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz