Zdaje się, że notek w październiku już jest więcej niż dni, które upłynęły, ale potem nie wiadomo jak będzie, więc wolę pisać póki jeszcze mam możliwość, jakaś delegacja na horyzoncie, a wtedy nie wiadomo czy będzie możliwość...
Z obiecywanych Wam rzeczy na pewno zalegam jeszcze z reportażem Rokity, książek zresztą nagrodziło się w międzyczasie sporo m.in. nowy Chmielarz, Korespondentka, Kristin Hannah i jeszcze kilka. Filmów mniej, ale też coś będę skrobał m.in. o Mniej obcy (po cholerę wydawać kasę na produkcję takich przeciętniaków to nie wiem), z muzyki już chyba 5 albumów o których chcę coś napisać... A i jeszcze spektakl z Ateneum - "Osiecka" może jutro.
A dziś jeszcze przez chwilę w klimatach sensacyjno-kryminalnych, choć Winni to raczej thriller psychologiczny z pewnym twistem. Tyle że po raz kolejny wychodzi na to, że Amerykanie biorą w miarę świeżą produkcję europejską na warsztat i robią jej kopię, zwykle słabszą i tak też jest i tym razem, byle ze znanym aktorem... Oryginał widziałem więc w sumie nawet tego twistu specjalnie nie miałem. Pomysł wyjściowy był ciekawy, trudno to było spieprzyć, natomiast Netflix już dawno niczym dobrym nie zaskoczył, robi po prostu seryjnie przeciętniaki i im tego więcej, tym poziom satysfakcji spada. Jeżeli nie znacie duńskiej produkcji pewnie i tak bym polecił właśnie ją, ale jeżeli łatwiej Wam sięgnąć po pilota i mieć coś od razu to amerykańska wersja też wchodzi nieźle. Może nie tak dobrze, ale nieźle.
No i Jake Gyllenhaal radzi sobie całkiem nieźle, bo przecież nie każdy aktor by podołał roli, w której kamera jest skupiona w 100% na nim. Taki jest właśnie dość oryginalny pomysł wyjściowy - obserwujemy i podsłuchujemy bohatera, który pracuje w dyspozytorni numeru alarmowego. Z czasem dowiadujemy się że to nie jest jego wymarzona praca, że trafił tu trochę za karę, bo odsunięto go od służby w kryminalnej, a sprawa jest w trakcie wyjaśniania. Joe ma więc różne problemy, również prywatne, jest dość impulsywny, ale trudno mu zarzucić lekceważenie obowiązków. Jeżeli wyczuje że ktoś potrzebuje pomocy, zrobi wszystko, a może nawet więcej, by mu pomóc.
Jedno pomieszczenie, jeden aktor, w tle jednak rozmowy telefoniczne na jego słuchawkę i próby opanowania kryzysu, który właśnie w trakcie dyżuru się pojawił. Mężczyzna za wszelką cenę chce pomóc kobiecie, którą zdaje się zmuszono do wyjścia z domu i ktoś wiezie ją autem w nieznane...
Dla tych którzy pamiętają choćby Telefon albo Pogrzebanego, kolejna całkiem niezła produkcja w podobnym stylu. To nieprawda że trzeba kilogramów akcji, fajerwerków by utrzymać uwagę widza, czasem wystarczy dobry scenariusz. I choć duński oryginał lepszy, tu nie ma wielkiej żenady.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz