O serii "Kulawe konie" Micka Herrona i o serialu na podstawie tych powieści pisałem już na blogu więc pewnie nie zdziwi Was, że najnowszy tom też długo nie czekał na stosie na przeczytanie. Mimo że to nie jest styl bardzo lekki, łatwy i przyjemny, to i tak trudno się oderwać! Autor ma swój styl i jak na literaturę sensacyjno-szpiegowską, nie jest on pozbawiony urokliwych wtrętów, poetyckich opisów, których spodziewałbym się raczej literaturze pięknej, a nie po jednej z najlepszych serii mocno odświeżającej gatunek. Prawie każdy tom to początkowo przebijanie się przez masę scen i wątków, które jeszcze nie wiemy jak zostaną połączone, ale pozwalają zorientować się jakim bagnem jest obecnie działanie służb - mocno ograniczane przez polityków, biurokrację i konieczność oszczędzania. Czy dziś służby specjalne nie są potrzebne? Zmienia się na pewno charakter ich działania - coraz więcej rzeczy robi się w sieci, ale to nie tak, że nie jest potrzebna praca na ulicy albo sprowadza się ona jedynie do siłowego momentu aresztowania. Gierki, układy, frustracje, nawet nuda - oto codzienność. Z jednej strony wciąż spodziewasz się zagrożeń i musisz być na nie gotowy, ale nie wiesz kiedy i skąd nadciągną, czymś normalnym jest więc że czasem coś przegapisz. A gdy złapią cię na błędzie, odsuną cię na boczny tor. Staniesz się jednym z Kulawych koni.
A potem z tej skomplikowanej układanki postaci i tematów, zaczyna się coś rysować, początkowo może jeszcze niewyraźnie, ale potem wydaje ci się że już wiesz... I zaczyna się jazda bez trzymanki. Bo u Herrona to raczej nigdy nie jest coś pewnego, co można by uznać za poważne zagrożenie. Jego charakter można rozpoznać gdy ma się nosa, a tego najwyraźniej brakuje służbom. Ma go za to Jackson Lamb, były agent, który zarządza Kulawymi końmi, czyli pracownikami służb, których uznano za odrzutki. A choć on na co dzień wyzywa ich jeszcze gorzej, nie pozwoli nikomu by ich skrzywdził. Gdy więc tym razem na horyzoncie pojawia się takie ryzyko, musi sam zorganizować akcję odwetową, przy okazji ucierając po raz kolejny nosa swojej szefowej. Skoro ona jest bezradna i woli rozgrywać polityczne gierki, on jej pokaże jak się broni swoich ludzi i że żaden nie zostanie poświęcony bez należnego mu szacunku.
Oj dzieje się! Nie zabraknie akcji i tego za co pokochaliśmy cykl, czyli czarnego humoru. Choć gdy poznajemy coraz bardziej ekipę podległą Lambowi, coraz więcej tam zgorzknienia, na pewno nie ma hurra optymizmu, choć przecież parę sukcesów mają na koncie. Tak to już jednak jest, że gdy zostało się Kulawym koniem, pamięta się jedynie o porażkach, a twoje sukcesy zostaną przypisane komuś innemu. Gdy jednak ktoś zagrozi jednemu z nich, to zrobią wszystko by go bronić. Po swojemu, nieporadnie, ale k...a zrobią wszystko. I ze względu na nieprzewidywalność potrafią być groźni. A ich szef, który tym cyrkiem próbuje zarządzać potrafi nawet porażki wykorzystać, by zachować pewnego rodzaju status quo, czyli święty spokój dla siebie i swojego zespołu. Choćby góra chciała już zlikwidować ich placówkę, on ma za dużo asów w rękawie, by ktokolwiek potrafił doprowadzić to do finału.
Świetne. Po prostu świetne! Szpiedzy, biznes, politycy, żółte kamizelki i w tym wszystkim ci, którzy w odróżnieniu od wspomnianych, wciąż wierzą że ich powołaniem jest bronić swojego kraju przed zagrożeniami, a nie tylko szukać kasy, awansu, czy zadymy.
Jednocześnie mroczne, trzymające w napięciu i zabawne, bo Lamb potrafi nie tylko przyprawić o zażenowanie ale i przyciąć tekstem lepiej niż niejeden stendaper.
I nie pytajcie: książka czy film, bo to jeden z nielicznych przypadków gdy jedno i drugie jest kapitalne i to nie tylko ze względy na Gary'ego Oldmana.
Ja chcę już ciąg dalszy!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz