wtorek, 13 października 2026

Zaproszenie, czyli ile może zmienić jeden wieczór

Jedno pomieszczenie, czwórka aktorów i raptem kilka godzin akcji. Jeeeeeju jakie to dobre! Świetny scenariusz i dialogi sprawiają, że ten film bawi, ale i wzrusza (ach ta końcówka). Schemat: jedna z par trochę już zmęczona życiem, znudzona i wypalona w relacji, a druga nakręcona tak, że aż z nich bije energia, niby nie jest nowy. Rzadko udawało się z tego wyciągnąć aż tyle. 

Rutyna, dogryzanie sobie, kłótnie, frustracja - czy tam jeszcze jest szansa na to by rozpalić ogień, by rozbudzić czułość na nowo? Przecież oboje tego gdzieś tam wewnątrz pragną, tyle że wydaje im się że już nie mogą tego oczekiwać od drugiej połówki. 

I na to nakłada się cała "afera" z nowymi sąsiadami, którzy od roku kochają się tak głośno, że na dole ich słychać. No przecież nie można przechodzić obok tego obojętnie, przecież trzeba im zwrócić uwagę. Tak myśli Joe, choć Angela wciąż go strofuje, że to niekulturalne. 

Gdy okazuje się że zaprosiła sąsiadów na wieczór, mąż będzie wściekły i nawet po ich przyjściu nie będzie bynajmniej wzorem gościnności. Coś jednak powoli zaczyna się zmieniać. Czy to efekt bezpośredniości gości, ich swobody, komplementów które wygłaszają i zainteresowania jakie okazują?  


Kameralny komediodramat z udziałem czwórki znakomitych aktorów i aktorek, podszyty nieustannym napięciem, brzmi jak recepta na ekscytującą filmową ucztę. Czy „Zaproszenie” rzeczywiście pociąga za sobą gościnę na miarę tych oczekiwań? Penelope Cruz w roli Piny może drażnić akcentem, ale przecież to taka rola - jej pochodzenie ma tłumaczyć nie tylko pewne nieporozumienia słowne, próby ich doprecyzowania, ale i ognisty temperament, który dla jej partnera Hawka okazał się tak ważny. Oni są wyzwoleni, bez krępacji mówią o swoich fantazjach, nagle więc całe spotkanie przestaje być tak sztywne i chłodne, a ciekawość gospodarzy zamienia się w jakieś pragnienie odmiany. 

I więcej nie zamierzam zdradzać. Zapewniam jednak że będzie iskrzyło! Seth Rogen (Joe), Edward Norton (Hawk) i najlepsza chyba z całej czwórki i odpowiadająca też za reżyserię Olivia Wilde (Angela) są po prosty wyborni! To jak najpierw grają, przybierają pozy, a potem potrafią zderzyć się ze słabościami i bezbronnością swoich bohaterów wypada na ekranie po prostu wyśmienicie. 


Bez moralizowania, z otwartością na seksualne eksperymenty, a jednak z pewnym ukłonem ku konserwatywnym wartościom. Zabawne, ale i zawierające gorzką nutkę refleksji na temat kryzysów w relacjach za które odpowiadają obie strony. Naprawdę świetne kino! Lekkie i zarazem niegłupie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz