wtorek, 13 grudnia 2016

Mistrz i Małgorzata, czyli Panie Wojtyszko, czemu by tego ciut nie poprawić?

Wciąż nie mogę się zebrać do lektury nowego tłumaczenia "Mistrza i Małgorzaty". Poprzednie wersje czytałem chyba 5 albo 6 razy, kochając tę powieść nad życie i wciąż odkrywając w niej coś nowego. Dlatego myślę sobie, że najlepiej byłoby usiąść gdzieś na spokojnie na wiele godzin, z dwoma tomami pod ręką, porównując, delektując się... A na to czasu kurde nie ma. Na razie więc odświeżyłem sobie ekranizację z roku 1988, miniserial w reżyserii Macieja Wojtyszki. I aż żal, że nie ma na razie szans, by spróbować zrobić nową wersję tego obrazu. Jeżeli chodzi o wierność duchowi książki, o aktorstwo, o klimat jest on bowiem kapitalny, a to co jedynie może dziś uwierać to pewne niedoskonałości techniczne, które dziś bez problemu można by skorygować. Wtedy chyba jedynym efektem specjalnym (i to używanym dość topornie) był blue box. A gdyby tak poprawić to i owo, zrobić Behemota z prawdziwego zdarzenia, nawet jeżeli nadal by gadał głosem Zamachowskiego. Naprawdę to byłby świetny materiał.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Śmierć frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone - Grzegorz Kalinowski, czyli pieniądze to nie wszystko

O dwóch poprzednich "łobuzerskich" książkach Grzegorza Kalinowskiego, które zachwyciły nie tylko mnie, ale jeszcze kilkoro znajomych, którzy dostali ode mnie moje egzemplarze, pisałem tu. I od razu chciałem rzucić się na tom trzeci przygód Heńka Wcisło. Trochę jednak trzeba było na niego poczekać, ale jest i w dodatku zapowiada się, że to wcale nie koniec cyklu "Śmierć frajerom".
W poprzednich tomach zachwycałem się klimatem przedwojennej Warszawy, akcją, która w dużej części działa się w środowiskach, które dotąd raczej niezbyt często gościły na kartach powieści, czyli półświatku, wśród cwaniaczków, złodziei, zwykłych bandziorów. Heńka Wcisło, czyli bohatera, którego poznaliśmy gdy miała lat kilkanaście, od zawsze "nosiło", niejeden raz wpadał w różne kłopoty, ale też jego inteligencja, silny charakter, ambicja, jakoś pozwalały mu się z nich wykaraskać. Choć nie skończył żadnej szkoły, wciąż starał się wykorzystywać różne okazje do tego by się uczyć, od rzemiosła, aż do obycia w towarzystwie. Wydawało się, że jest na najlepszej drodze do tego, by się ustatkować: dziewczyna z dobrego domu, kasa, legalny biznes (by jej posiadanie wytłumaczyć), mieszkanie... Niestety (tak się kończy drugi tom), ze względu na upartego policjanta, kierowanego osobistymi urazami, musiał uciekać z kraju. I oto Heniek Wcisło w trzecim tomie, trafia do... Chicago.

niedziela, 11 grudnia 2016

Matka Courage i jej dzieci, czyli wojna, która miała nas przerazić

Wczoraj o spektaklu dość kameralnym, może i nie bez wad, ale jednocześnie również ciekawym i poruszającym, a dziś o czymś, co miało być podobno jednym z największych wydarzeń teatralnych sezonu, a okazało się niestety czymś kompletnie bladym i pustym. Efekciarstwo i próby odnalezienia jakichś odniesień do współczesności (łopatologicznych aż do bólu) to dla mnie zbyt mało, by bić brawa na stojąco.
Bertold Brecht pisał sztukę o tym, jak ideologie i religie dzielą ludzi, jak prowadzi to do wojen, gdzie ofiarami padają bardzo często niewinni, których te podziały mało interesują. Akcję sztuki, umiejscowioną w czasie wojny trzydziestoletniej, pewnie dałoby się przenieść gdzieś bliżej, w czasy nam współczesne - w końcu wojna na Bałkanach to wojna w takim samym stopniu etniczna, jak i religijna. Co zrobił reżyser, czyli Michał Zadara? Owszem: dał obrazki jak z byłej Jugosławii, ale jednocześnie stwierdził, że ciekawiej będzie powiedzieć, że rzecz się dzieje w Polsce, a konflikt toczy się między jakimiś wyimaginowanymi siłami Unii Europejskiej i katolickimi powstańcami, którzy postanawiają wyzwolić się spod władzy okupanta. Już samo w sobie brzmi to jak kiepski żart, ale niestety twórcy potraktowali to chyba całkiem serio, aż do przesady wykorzystując różne symbole i sytuacje (flagi, zarówno biało-czerwoną, jak i unijną, krzyżyki, itp.). Zamiast jakoś pozwolić na zadumę, przenieść temat na grunt bardziej uniwersalny, postanowili zrobić coś, co chwilami bardziej przypomina polityczny, propagandowy kabaret, w którym próbuje się ośmieszyć przeciwnika (czy muszę dodawać, która ze stron wychodzi tu na bardziej okrutną, fanatyczną i okropną?). Zadara woła: zobaczcie: wojna coraz bliżej, a oto kto za tym niebezpieczeństwem stoi.

sobota, 10 grudnia 2016

(Maska)rada gminy, czyli mniejsze zło

Nowe przedstawienie Teatru Młyn ma premierę jutro, ale już dziś miałem okazję zobaczyć spektakl, dlatego dzielę się na szybko wrażeniami, bo może ktoś będzie jeszcze miał ochotę wybrać się na przedstawienia grudniowe.
Widziałem już na scenie Staromiejskiego Centrum Kultury cztery sztuki tej ekipy i muszę przyznać, że choć mamy do czynienia z malutką przestrzenią, skromnym składem, a pomysły na reżyserię, dramaturgię są bardzo podobne, to jednak nie czuję nigdy zawodu. Zamiast marudzić: a co to za scenografia, a że to już było, skupiam się na tekście, na emocjach przekazywanych przez aktorów.

Sercem tego teatru są siostry Fijewskie - wszystkie trzy zakładały tę scenę, Natalia jest reżyserką i scenarzystką, a ponieważ zarówno Agata, jak i Zuzanna mają również zdolności wokalne, często w spektaklach włączone są fragmenty muzyczne. Tym razem powiedziałbym nawet (może nie aż tak, jak w "Nagiej Pradze", ale jednak wyraźnie), że (Maska)radę gminy, można by nazwać mini musicalem. Bez jakiejś wielkiej oprawy muzycznej, ale za to zrobionym z humorem, autoironią. Cała czwórka występujących aktorów musiała wejść trochę w ten klimat. Ale po kolei.

piątek, 9 grudnia 2016

Gimme Danger, czyli jak przejść do legendy

 Co prawda miała być dziś notka książkowa, ale ponieważ dziś premiera tego filmu, to nie mogę przegapić takiej okazji. Jim Jarmusch nakręcił dokument. I to o kim... Oto Iggy Pop i The Stooges wspominają swoje początki, a na koniec filmu wracają na scenę!
Z dużo większą ciekawością wypatrywałem innego filmu tego reżysera, ale na premierę Patersona trzeba jeszcze chwilę poczekać, choć już można go zobaczyć na pokazach specjalnych. Ale jak punk rock, ostre granie, to takiego dokumentu też nie mogłem przegapić.
To jakiś fascynujący chichot historii, że kapele, które największą karierę robiły np. w latach 70-80, teraz nagle odkrywane są na nowo, a na koncerty chodzą nie tylko ludzie 40-50 letni, ale ich dzieci. I oto dinozaury nawet nie muszą silić się na nagrywanie nowych rzeczy, a mogą czerpać radość z grania kawałków swojej młodości i z tego, że publika je zna, śpiewa, szaleje. Punk umarł?

czwartek, 8 grudnia 2016

Pakiet filmowy bardziej poważny, czyli Barany, Powrót, Kim jest Michael?


Dziś duża dawka filmów. Najpierw coś co pojawiło się na miejsce zakończonego konkursu, czyli staroć: "Gracz" Roberta Altmana.
A dziś o rzeczach nowszych. W pakiecie i pewnie będę ograniczał się do minimum słów, bo po prostu filmów obejrzanych jest sporo, a czasu mało :) Zresztą podobno i tak większość ludzi czyta i tak tylko pierwszy akapit, pod warunkiem, że nie jest za długi.



środa, 7 grudnia 2016

Cohen Nohavica Opania, czyli ze sceny na płytę

Co łączy trzy nazwiska? Cohen, Nohavica, Opania? Pan Marian przygotowując się do swojego jubileuszu na scenie, przygotował spektakl muzyczny, w którym wykorzystał utwory dwóch artystów, którzy swoją wrażliwością podbili serca wielu ludzi. Dla wszystkich, którym warszawski teatr Buffo jest ciut za daleko, dobra wiadomość: materiał ten można przesłuchać teraz na dwupłytowym, niedawno wydanym albumie. 
Ja niestety również nie miałem okazji zobaczyć jeszcze wydania scenicznego, ale z tym większą ciekawością sięgnąłem po ten materiał. Obu artystów uwielbiam i cieszę, się z prób przybliżenia ich twórczości również w języku polskim (Zembaty, inne wykonania Cohena, czy inny album, o którym pewnie wkrótce z piosenkami Jaromira Nohavicy). Ich twórczość to przecież nie tylko piękna muzyka, charakterystyczny wokal, ale i piękne teksty. Możemy wtedy cieszyć się nie tylko oryginalnymi wykonaniami, lecz posłuchać także jak różnie można interpretować te utwory. Od razu przyznam, że nie wszystkie utwory mi pasowały, ale kilkoma innymi się zachwyciłem. 

wtorek, 6 grudnia 2016

Sprzymierzeni, czyli bo najważniejsze by emocje były prawdziwe

Film wojenny, więc i sięgnąłem do archiwum i przypominam film "Niewinne", o którym pisała Dorota, a ja teraz dopisuję dwa zdania. Jakże różnie można opowiadać o wojnie.


Już "Most szpiegów" pokazała nam, że niezależnie od wielkości reżysera, obojętnie czy to Spielberg, czy Zemeckis, mogłem się spodziewać, iż nie ma co oczekiwać rewelacji. W filmach kręconych dla widza amerykańskiego (w przeważającej części), nie ma specjalnie miejsca na pogłębianie psychologicznych portretów, jakieś niuanse, dramaty ludzi zmuszanych do najgorszych rzeczy w trudnych czasach. To ma być proste. Jak emocje to krańcowe i pokazane łopatologicznie, świat podzielony wyraźnie na czarne i białe, dobre i złe, a bohater najlepiej by był nieskazitelny. Walczy, kocha i umiera z takim samym poświęceniem. Szedłem więc na "Sprzymierzonych" trochę ciekaw tej chemii między Pittem, a Marion Cotillard, która według plotek była jedną z przyczyn rozwodu z Angeliną, ale nie spodziewając się rewelacji. I w sumie dobrze. Bo ze spokojem mogłem oglądać ten dziwny miszmasz gatunkowy (kino akcji, film szpiegowski, romans, thriller?) i wyjść nie plując sobie w brodę, że jestem zawiedziony. Grunt to nie oczekiwać zbyt wiele.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Farma lalek - Wojciech Chmielarz, czyli a miało to być zesłanie na zieloną trawkę

Niedawno było u mnie o książce (zbiór opowiadań kryminalnych) "Rewers" to teraz zerknijcie na notkę o filmie - pamiętacie go jeszcze?

A dziś ciąg dalszy kryminałów. Po przeczytaniu "Rewersu" i opowiadania o babci Wiśniewskiej, wiedziałem, że szybko muszę nadrobić zaległości i sprawdzić nazwisko, które mi dotąd umykało. I sprawdziłem. Co prawda od drugiego tomu ciężko wchodzić w cykl, ale taką akurat miałem okazję. "Podpalacz" więc jeszcze przede mną, a komisarza Jakuba Mortkę poznaję nie w Warszawie, a "na zesłaniu". Po poprzedniej sprawie i on sam, i przełożeni uznali, że lepiej, żeby zniknął na jakiś czas i odpoczął w jakimś spokojnym miejscu. Do tej pory Krotowice, miasteczko w Karkonoszach, było spokojną, senną dziurą, w której jedynymi sprawami dla policji były awantury domowe, jakieś kradzieże i raz na jakiś czas zatargi między miejscową ludnością, a społecznością Romów. Do tej pory...

sobota, 3 grudnia 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, czyli nie to samo, ale zabawa przednia

Najpierw wrzutka dwóch notek na miejsce zakończonych konkursów lub jakichś przypominajek. Pamiętacie film Zodiak Finchera? To zajrzyjcie do krótkiej notki i napiszcie jakie były Wasze wrażenia. Pojawił się też wpis o o filmie dokumentalnym Putin forever?

A dziś Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Wszyscy potteromaniacy przeszczęśliwi, choć mam wrażenie, że to film w zupełnie innym klimacie, dużo bliższym komiksowym opowieściom Marvela. Tu już nie ma miejsca na staroświecki klimat brytyjskich zamków i miasteczek, wszystko nabiera tempa, jest na wskroś amerykańskie, nie tylko dlatego, że właśnie tam dzieje się akcja filmu. Jeżeli już pogodzimy się z tym, że oglądamy zupełnie inną historię, jedynie w ogólnych ramach nawiązującą do HP (czyli świat czarodziejów i mugoli, którzy o tym pierwszym nic nie wiedzą), to potem zabawa już jest całkiem fajna. 

Rewers, czyli daj szansę sobie i człowiekowi. I ogłoszenie wyników konkursu


Sam nie wiem czemu na blogu nie było jeszcze notki o filmowym debiucie Borysa Lankosza, czyli "Rewersie", mimo, że widziałem go w ciągu ostatnich lat chyba ze dwa razy. Lubię ten film, bo jest tak inny od tego jak zwykle opowiadamy o przeszłości. Czarny humor, trzy silne kobiety, które nie dają sobie w kaszę dmuchać i siermiężność, opresyjność reżimu stalinowskiego. Ciekawe połączenie. Do tego świetna muzyka Włodzimierza Pawlika i mamy film klimatyczny, zabawny i ciekawy.

Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast - Filip Spinger, czyli jadę i nie wiem do końca co tam znajdę, kogo spotkam

Lektura tej książki to nie wszystko, bo mam wrażenie, że warto się zainteresować całym projektem - sam autor mówi, iż w książce zamieścił raptem może z 10 procent zebranego materiału. 31 miast, w każdym z nich raptem po kilka dni, ponad pół roku w trasie, mnóstwo napotkanych ludzi, ciekawych zdjęć. I w efekcie książka. Ale podobno nie skończy się tylko na jednej. 

Byłe miasta wojewódzkie. Straciły swój status w 1999 po reformie administracyjnej, a co za tym idzie zniknęły z oczu stolicy, spadło ich znaczenie, możliwości finansowe. Kiedyś posiadanie Urzędu Wojewódzkiego, władz u siebie, oznaczało konkretne profity, inwestycje, miejsca pracy. A teraz? Jak się tam żyje ludziom po 16 latach? Nie chodzi tylko o pracę, ale co np. można robić w weekendy albo wieczorami? Praktycznie w prawie każdym z nich zmniejsza się liczba ludności, ale może to kwestia szerszych zmian społecznych, emigracji? Czy rzeczywiście jest tak dołująco, jak by można było sobie to wyobrażać?

czwartek, 1 grudnia 2016

Czerwone złoto - Tom Hillenbrand, czyli liczy się tylko kasa?

Już drugi tytuł na naszym rynku wydawniczym z tajemniczym napisem: kryminał kulinarny. I uwierzcie: zarówno jeden, jak i drugi człon tego określenia, będzie tu trafny. O pierwszej książce Toma Hillenbranda pisałem tu: "Diabelski owoc".
A tym razem zastanawiam się ile mogę Wam zdradzić. W kryminałach to zawsze problem. Jeżeli zaś nie ma zbyt wiele zwrotów akcji, tajemnice odkrywane są krok po kroku i cała zabawa polega na wejściu w tę historię, w sposób myślenia zwykłego człowieka, który nagle wrzucony zostaje w przerastającą go intrygę. Xavier Kieffer jest szefem kuchni, uwielbia spokój, nie szuka rozgłosu, wręcz uciekł przed dużym miastem, wielką karierą i stresem, wybierając prowadzenie restauracji regionalnej w Luksemburgu. Raz już zakosztował na własnej skórze tego co to znaczy prowadzić na własną rękę śledztwo i czym się ryzykuje, można było spodziewać się, że drugi raz się tego nie podejmie.