Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
sobota, 23 marca 2024
Jak Zabłocki na mydle, czyli jesteś wypalony? To się zamień!
Przecież model małżeństwa gdzie to facet pracuje, a kobieta zajmować ma się jedynie domem, nawet jeżeli dzieci są duże, nie jest jedynym rozwiązaniem, a najważniejsze to by przypisane role i wykonywane obowiązki nikogo nie uwierały. "Jak Zabłocki na mydle" w reżyserii Jerzego Hutka w prześmiewczy sposób pokazuje jak mężczyzna i kobieta mogliby się czuć po zamianie ról. Ona przejmie zarządzanie upadającymi zakładami produkującymi mydło, a on będzie sprzątał, gotował i czekał na żonę by mogła odpocząć. Czy obojgu pójdzie to tak łatwo jak można by się tego spodziewać?
Mszczuj - Katarzyna Berenika Miszczuk, czyli co tam że zimno, skoro trzeba wieś ratować
Wciąż nie znam całości cyklu słowiańskiego Katarzyny Bereniki Miszczuk, ale kolejne tomy, na które trafiam, czytam ze sporą przyjemnością. Połączenie charakternej bohaterki, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, wierzeń słowiańskich, dawnych zwyczajów, ze światem który nie odbiega specjalnie od naszego (auta, unowocześnienia), tworzy całkiem fajną mieszankę, czasem zabawną, czasem trochę niepokojącą. W miastach być może inaczej się to odczuwa, ale na wsiach, wciąż jest nieraz ten niepokój po zmroku, że człowiek czuje jakby obecność czegoś niezwykłego. U Miszczuk wspólnota dba o to, by kapłan (starosłowiański oczywiście) i szeptucha, mieli się dobrze, by ich chronili przed złymi mocami i pomagali w razie potrzeby. I choć para jaką tworzą Jaga i Mszczuj raczej nie jest dowodem na to, że można zbić na tym majątek, to takie powołanie wybrali i swoich nie zostawią.
W najnowszej powieści w ich związku trochę zaczyna zgrzytać. Każde przecież ma jakieś swoje przyzwyczajenia i choć budują wspólny dom, na razie mieszkają w osobnych, a wszystkie próby narzucenia swojej wizji patrzenia na świat temu drugiemu, kończą się zgrzytaniem zębów. Nie od dziś wiadomo, że Mszczuj najchętniej trzymałby się jedynie obrzędów i rytuałów, niekoniecznie interesując się głębiej światem bogów, mocami dobra i zła, uważając że modlitwy wystarczą. Jaga odwrotnie - wszystko chce poznać, dotknąć, nie ma oporów by stanąć twarzą w twarz z tym co innych przeraża lub onieśmiela. Ba, jako kapłanka Swarożyca, nie raz odda się zapomnieniu w jego ramionach, czym doprowadza do szału zazdrości swojego męża. Czy ma wyrzuty sumienia? No może troszkę. Ale dzięki tym dziwnym relacjom, czuje też, że ma u boga ognia jakieś szczególne względy i może prosić go o pomoc w kłopotach. Skoro on oczekuje, że będzie realizować dla niego jakieś misje, to niech ją chroni, gdy sama właduje się w kłopoty.
czwartek, 21 marca 2024
Dear England, czyli piłka nożna „od kuchni”
Nie jestem fanką ani nawet miłośniczką piłki nożnej, a jednak
wyszłam z tego spektaklu mocno usatysfakcjonowana. Niewiele jest
spektakli o sporcie, a piłka nożna to przede wszystkim transmisje z
meczów lub mecze oglądane z trybun. Na stadionie herosi boiska, a na
trybunach/przed telewizorem ich wierni fani. W zależności od wyników
media albo pieją z euforii albo „wieszają psy” na zawodnikach,
trenerach. Nigdy nie zastanawiałam się, jak to to wszystko odbierane
jest przez samych zainteresowanych, co mają w głowie schodząc z murawy.
„Dear England” odsłania niejako rąbek tajemnicy, a robi to w oparciu o
historię Gereth’a Southgate’a.
Rok 1996,
Anglia dociera do półfinału UEFA Euro. Grają na własnym terenie, przy
własnej publiczności. Nadzieje w fanach ogromne, przecież to w Anglii
narodził się futbol, na tej ziemi piłka nożna jest królową sportu, a
jednak od 1966, kiedy drużyna brytyjska zdobyła mistrzostwo minęło już
30 lat, które nie przynosiły Anglii chluby. Teraz, w walce o szansę na
mistrzostwo Anglia ma się zmierzyć z Niemcami. O tym kto przejdzie dalej
zdecydowały rzuty karne. Jest tak blisko… niestety rzut karny Gareth’a
został obroniony i Anglia odpadła z dalszej rywalizacji. Southgate
zamiera, a kiedy schodzi z boiska razem z kapitanem drużyny Adams’em
widać, że jest zdruzgotany. Po raz kolejny skończył się sen o „wielkiej
Anglii”. Co działo się w mediach i na ulicach angielskich miast do tej
pory jest w pamięci nie tylko fanów sportu.
Sami swoi. Początek, czyli sentymentalna podróż do Krużewnik
Zdaje się, że do końca miesiąca nie wyrobię się nawet z notkami teatralnymi, ale i tak postanowiłem trochę je przeplatać z innymi tekstami. Nazbierało się tego trochę :) W przyszłym tygodniu wróci kącik dla wytrawnych kinomaniaków i kryminalna środa. A od Wielkiego Czwartku pewnie znowu cisza na czas Triduum, to raczej już tradycja, by święta były czasem bez Internetu. Wracam więc pewnie w niedzielę wielkanocną, bo niby czas z bliskimi, ale to już nie są święta, więc i czas na pisanie prędzej znajdę. Dziś Światowy Dzień Zespołu Downa, dzień kolorowych skarpetek, więc notka ciut na luzie. A przynajmniej chyba takie było założenie twórców tego filmu. Sami swoi, trylogia Sylwestra Chęcińskiego to dla wielu Polaków rzecz kultowa, więc jak tu mierzyć się z legendą? O dziwno jednak Żebrowskiego całkiem się to udało. Nakręcił historię mocno z tamtymi filmami powiązaną, dla widzów tamtych części, mocno sentymentalną i budzącą ciepłe uczucia. Gorzej z nowymi widzami, bo tu mam wrażenie, że może to być mało pociągające. O ile zna się dalsze losy tych postaci, ich charaktery, przebieg konfliktu między głowami rodów Pawlaków i Karguli, to wciąż dostaje się jakieś miłe dla oka i serca nawiązania. Jeżeli tego się nie zna, obawiam się że frajdy będzie dużo mniej. Nawet samo podłoże konfliktu nie jest jakoś mocno wyjaśnione - to raczej ciąg scen, które już i tak bywały wspominane w kultowych produkcjach z lat 70.
środa, 20 marca 2024
Maria Stuart, czyli polityka i uczucia
Robert: Aktorstwo na pewno broni ten spektakl, jak dla mnie trochę zbyt przekombinowany w warstwie wizualnej. Znamy argumenty obrońców takich rozwiązań: przecież współczesne stroje mają dać nam sygnał o aktualności danej historii. Tylko jeżeli one budzą niesmak, są nieestetyczne, a scena wydaje się pusta, to nie ma w tym żadnej nowości ani wartości dodanej. Nie oszukujmy się - stroje mogą dodać splendoru, można się za nimi schować, wiele mówią o postaciach. Jeżeli aktor sam nie wie czemu nosi na sobie uprząż jak dla psa, to dla mnie tu nic ciekawego w tym pomyśle nie ma.
MaGa: Walka o tron, walka dwóch religii i dwie kobiety, które zdają sobie sprawę, że nie jest możliwe panowanie nad całą Brytanią kiedy jedna jest królową Szkocji a druga królową Anglii i żadna nie ustąpi. Jedna z nich będzie zawsze zagrożeniem dla drugiej. Dwie silne indywidualności: Maria Stuart (Wiktoria Gorodeckaja) i Elżbieta I (Danuta Stenka) wprzęgnięte w intrygi, machinacje i polityczne pojedynki dają na scenie koncert gry aktorskiej.
sobota, 16 marca 2024
Dwa - Mùlk, czyli zwalnia i przyspiesza, drażni i zaciekawia
Tu panowie ewidentnie się bawią, poszukują, eksperymentują, nie przejmując się oczywistymi oczekiwaniami. I niby czuje się pewne inspiracje, ale po chwili pewnie skojarzenia już będą pędzić w inną stronę, więc trudno mówić o kopiowaniu kogokolwiek.
Sama nazwa Mùlk pochodzi z języka kaszubskiego (zdaje się oznacza to ukochaną osobę), a ten krążek jak sam tytuł wskazuje, jest już ich drugą płytą.
piątek, 15 marca 2024
Księżniczka Bari - Hwang Sok-Yong, czyli nieść pokój, nieść ukojenie...
I kolejna książka z tak lubianej przeze mnie Serii z żurawiem od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mocna niczym reportaż, ale co ciekawe autorka poprzez na poły baśniową atmosferę, sprawia, że nie boimy się o bohaterkę mimo tego wszystkiego co ona przechodzi. Powieść wykorzystuje mit z koreańskiej tradycji o postaci, która wędruje między światami żywych i umarłych, w poszukiwaniu życiodajnej wody. Bohaterka dostała imię Bari (Bari-degi, czyli odrzutek) i chyba tylko dzięki wsparciu babki przetrwała pierwsze lata. Ona jedna przeczuwała, iż dziewczynka będzie wyjątkowa. Opowiadała jej różne historie, dbając o rozwój płomienia, który w niej się rozpalał, wiedząc że dzięki niemu, może będzie jej łatwiej przeżyć nawet to co bolesne.
Jako siódma córka w patriarchalnej rodzinie nie była przyjęta zbyt radośnie, szczególnie że w Korei Północnej każda gęba do wyżywienia do nie lada kłopot.
Miała niecałe 10 lat gdy po kolei Bari zaczyna traci swoich bliskich i w wieku lat kilkunastu zostaje na świecie zupełnie sama. Nie ma domu, nie ma co jeść, nie ma nikogo. Może więc iść przed siebie, otwarta na to co da jej los.
czwartek, 14 marca 2024
Geniusz, czyli to z czym do nas przychodzicie
Tadeusz Słobodzianek jako autor, reżyseria Jerzy Stuhr i on też we własnej osobie na scenie. To musi być coś wyjątkowego. I tak też jest. Pan Jerzy już zapowiedział, że tą rolą żegna się z aktorstwem teatralnym, może jeszcze pojawi się na planie filmowym, nic więc dziwnego, że widzowie walą drzwiami i oknami, a bilety wyprzedane na trzy miesiące do przodu. Dobry tekst plus świetne aktorstwo - zapewniają udany wieczór. Marudzić mogą chyba jedynie ci, którzy spodziewają się jakiejś farsy, nie lubią sztuk, gdzie dialogi stoją w centrum i trzeba trochę wiedzy, żeby je śledzić. Choć główne postacie, czyli Józefa Stalina i ojca nowoczesnego teatru Konstantina Stanisławskiego, każdy kojarzy, to obaj panowie rozmawiają też o innych postaciach, wydarzeniach, osoby które trochę znają historię imperium sowieckiego lat 20 i 30, będą miały na pewno więcej frajdy z przedstawienia.
Jedno spotkanie, choć pewnie nigdy ono nie miało miejsca. Ale może mogło. O czym panowie by rozmawiali? Tyran i człowiek nie znoszący sprzeciwu, czy krytyki, prywatnie miłośnik teatru, koneser oraz reżyser, twórca "Metody", czyli kanonicznego sposobu uczenia gry aktorskiej, starzejący się, schorowany człowiek, który w nowych realiach wciąż napotyka na granice i przeszkody. Co za czasy, gdy z samych szczytów, możesz spaść na samo dno, gdy władza kiwnie palcem i jakiś recenzent oskarży się o reakcjonizm, o nie rozumienie nowych czasów i oczekiwań widzów komunistycznej ojczyzny.
Pójdę sama - Chisako Wakatake, czyli coś się skończyło, ale to nie musi być koniec
Cieniutka książka, która jednak sprawia spory kłopot w lekturze i wiele osób być może uzna ją za mało strawną. Bohaterka powieści - 74 letnia kobieta, wspomina i analizuje swoje życie, spogląda wstecz, jednocześnie prowadząc samotne i dość biedne życie. W Japonii ta powieść okazała się przebojem literackim i pewnego rodzaju fenomenem, trudno jednak odpowiedzieć na ile wpływ miała sama treść książki, a na ile rozbudowana wokół niej otoczka. Autorka debiutowała bowiem już na emeryturze, co raczej nie jest zbyt częste, nic więc dziwnego, że tematyka którą porusza w "Pójdę sama" była odczytywana bardziej uniwersalnie jako głos pokolenia, które przepracowało ciężko życie, a teraz odczuwa trochę pustkę.
U nas pewnie też znalazło by się sporo takich historii - dzieciństwo w biedzie, na wsi, potem praca, może małżeństwo, dzieci i całe życie przepracowane, by coś osiągnąć, by zapewnić im jak najlepszy start, edukację. Nie zawsze jednak potem one to doceniają, czasem brak czasu dla pociech, czy też szorstkość wobec nich, odbija się na późniejszych relacjach. I tak jest trochę w przypadku głównej bohaterki. Mąż zmarł, z synem kontakt żaden, z córką jest słaby, żyje więc samotnie, nie mając zbyt wiele środków na utrzymanie. Przecież w większości krajów kobiety pracują mniej, zarabiają słabiej, emerytura bywa więc bardzo trudna. Dużo jej niby nie potrzeba, czujemy jednak, że to dość odległe od naszych wyobrażeń o jednym z najbogatszych krajów świata.
środa, 13 marca 2024
Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, czyli czy można pokazać cierpienie
Robert: Masz rację. Rozumiem wszystkie nagrody dla twórców i jestem wdzięczny organizatorom Festiwalu Nowe Epifanie za ściągnięcie spektaklu na ten jeden wieczór do stolicy. To chyba jedno z najbardziej poruszających przedstawień jakie widziałem w ostatnich latach. I to bym podkreślił. Gdybym miał oceniać to co widziałem w kryteriach artystycznych, pomysłów reżysera, gry aktorskiej, pewnie bym marudził. Odebrałem go przede wszystkim na poziomie emocjonalnym i z tej perspektywy chciałbym o nim opowiadać jako o spektaklu cholernie ważnym, poruszającym, zostawiającym ślad.
MaGa:
Spotykam się z coraz częstszymi opiniami psychologów, że to uciekanie
przed tematem śmierci wcale nie wychodzi nam na dobre. Śmierć jest
wpisana w ludzkie życie i udawanie, że nas nie dotknie prowadzi jedynie
do traum i takich działań względem umierających bliskich, których sami
nie chcielibyśmy doświadczyć.
Robert: Nie chcemy żeby była
blisko, próbujemy nie dostrzegać cierpienia, oddawać je w ręce
specjalistów, żyjemy jednak w kraju, gdzie niejednokrotnie ta opieka
specjalistyczna niedomaga, a po drugie towarzyszenie bliskich w chorobie
i odchodzeniu, jest bardzo ważnych dla osoby która przez to przechodzi.
Być blisko. W sprawach codziennych. Nie dawać odczuć samotności.
Sprawiać, żeby ten ból był mniejszy nie tylko samymi lekami. Ale czy to
łatwe? Czy jesteśmy do tego przygotowani? To właśnie pytania, które
m.in. stawia przed nami Mateusz Pakuła w "Jak nie zabiłem...", zarówno w
książce, jak i w przedstawieniu, które zrobił na jej podstawie.
Spirala zła - Bernard Minier, czyli to jak wejście w kolejny krąg piekła
W środowym kąciku kryminalnym dziś tylko jeden tytuł, ale za tydzień może kolejne dwa, bo wciąż coś w czytaniu. Może nawet jakaś humoreska się trafi?
A dziś Bernard Minier. O ile z jego powieściami poza cyklem o Marinie Servezie miałem wrażenie różne, o tyle ta seria zawsze moim zdaniem dostarcza wiele satysfakcji dla każdego miłośnika kryminałów. Jest zagadka, jest napięcie, świetna atmosfera, zwroty akcji, czyli wszystko to co tygrysy lubią najbardziej. I tak jest też z ósmym tomem cyklu.
Dodatkowo tym razem jest jeszcze ciekawy smaczek, nazwijmy go paranormalnym, czyli to zło, z którym mierzy się nasz bohater ma naprawdę przerażające i zaskakujące oblicze. Diabeł to, czy może ktoś kto uwierzył, że jest jego narzędziem? Ale skąd te moce, które wydają się tak przedziwne, skąd ta nieuchwytność...
wtorek, 12 marca 2024
Nieporadni w kąciku filmowym dla kinomaniaków, czyli Czerwone niebo i Falcon Lake
Wtorek więc wpis dla wytrawnych kinomaniaków i dziś coś o facetach/chłopakach, którzy mają trochę problem w relacjach męsko damskich, czyli o dojrzewaniu, o tym jak trudno czasem zacząć i jak łatwo spieprzyć. Takie słodko-gorzkie historie, w których niby niewiele się dzieje, ale psychologicznie bywa całkiem interesująco. W pierwszym przypadku jest bardziej obyczajowo, w drugim może nawet odrobinkę atmosfery thrillera się można doszukać.
Czerwone niebo to film mistrza melodramatów, Christiana Petzolda. Opowiada on historię o młodym mężczyźnie, który szuka dobrego miejsca, by w skupieniu popracować nad swoją drugą książką. Niestety zamiast cieszyć się pobytem w miłym miejscu nad morzem, dokąd zaprosił go przyjaciel, chodzi cały czas nabzdyczony, wszystko go wkurza i ma ewidentnie jakąś blokadę twórczą. Wokół pożary lasów, ale ludzie wciąż chodzą na plażę, wypoczywają, kąpią się, toczy się wydawałoby beztroskie życie. I on mógłby trochę wyluzować, szczególnie że wpadła mu w oko, znajoma rodziców jego przyjaciela, która również mieszka w tym samym domu. Czy coś z tego będzie?
poniedziałek, 11 marca 2024
Klub Niepokornych, czyli zamiast recenzji kilka zaskoczeń
To moja trzecia odsłona „Klubu…” jaką obejrzałam. Pierwsza to film z 1985r., którego twórcą był John Hughes zatytułowany „Klub winowajców”, druga to spektakl o tym samym tytule zaprezentowany w ramach Sceny Debiutów w Teatrze WARSawy w reżyserii Agnieszki Czekierdy z roku 2019 i trzecia, obecnie obejrzany w Garnizonie Sztuki „Klub niepokornych” w reżyserii Piotra Ratajczaka. Wszystkie wersje poruszają problemy z jakimi borykają się nastolatkowie i choć od premiery filmu do najnowszej wersji jaką obejrzałam minęło niemal 40 lat, to ten problem dalej gorzko wybrzmiewa. Zmieniają się czasy, następuje rozwój cywilizacji, a im więcej wiemy i mamy, tym bardziej czujemy się samotni i wyizolowani. Każda wersja położyła akcenty na coś innego i każda wersja przyprawia o dreszcz niedowierzania: jak to możliwe, że tego nie widzimy…











