poniedziałek, 8 czerwca 2026

Uh oh - Patrick Watson, czyli gdy sam tracisz głos

Jak trafiam na różne rzeczy muzyczne? Czasem przychodzi na skrzynkę info o nowościach płytowych, ale dużo częściej ostatnio korzystam ze Spotify, sprawdzam, szukam, jeżeli coś się gdzieś pojawi i jak zaciekawi to słucham w większej dawce. A jak nie zaskoczy? To idę dalej, ale czasem klikając: pokaż podobne. I tak miałem przy tym odkryciu: sprawdzałem sobie gdzieś poleconą nazwę The Cinematic Orchestra, jakoś nie zażarło od razu i kliknąłem dalej na podobne... I oto przypadkiem trafiam na kanadyjskiego artystę którego krążek zachwyca mnie klimatem, intymnością, różnorodnością. Czasem to coś zbliżonego do kochanego przeze mnie Beirutu, czasem coś dużo bardziej kameralnego. I może właśnie w tej różnorodności jest siła?


Peter Watson miał przez pewien czas duże trudności z głosem, nie mógł nagrywać, a nawet mówić, nie załamał się jednak, tylko wpadł na pomysł by zaprosić do współpracy innych wokalistów. i tak właśnie powstał ten przedziwny album. Koniec kariery? Zrobię to na własnych zasadach. Na szczęście również i on mógł się pojawić po tych kilku miesiącach lęku ze swoim głosem.


Jego kompozycje i wrażliwość, ale już energię każdy wnosi trochę jakby własną. I co z tego, że dla nas może nie ma tu wielkich, znanych nazwisk. To nie znaczy że to jest mniej interesujące. Różne języki, kontynenty, a jednak udało się stworzyć dość spójną całość. 

Niby dość kameralne, bez fajerwerków i wielkiej oprawy, może jednak właśnie w tym tkwi nienachalny urok tych kompozycji. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz