Dzieci się śmieją, że w muzyce lubię tylko to co już znam, ale to nie do końca prawda - raz na jakiś czas odkrywam coś, co wpada mi w ucho i nie chce wyjść, coś gdzie wszystko mi pasuje. Klimat, wokal, pomysły muzyczne, solówki... Tak właśnie mam z najnowszym krążkiem Robert Cichego, muzyka który współpracował z wieloma znanymi artystami, a od niedawana nagrywa też sam.
Podoba mi się to, że mimo iż wyczuwa się jego inspiracje, to w czym dobrze się czuje, czyli folkowe granie (blues, country), to brzmienie tego co robi jest na wskroś nowoczesne. Nie boi się eksperymentów, łączenia stylów, chwilami jest więc i popowo, są kawałki z ciężkim graniem, ale wciąż w tym wyczuwamy ducha grania jak sprzed lat.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
niedziela, 28 czerwca 2020
sobota, 27 czerwca 2020
Niewiarygodne, czyli taka kara to ja rozumiem
Z Netflixem wciąż jakoś "nie chwyciło" tak jak to reklamowali mi inni. Wybieram sobie kilka rzeczy, ale oglądam powoli, nie mam zamiaru robić sobie maratonów. "Niewiarygodne" jednak oceniam dość dobrze - nawet nie tyle jako kryminał, czy też thriller kryminalny, ale trochę za coś innego.Nie chodzi tu przecież o jakieś spektakularne tempo, trzymanie w napięciu itp. Akcja rozwija się dość wolno, a twórcom chyba nie zależało na tym, by trzymać widza za gardło. Starają się dość wiernie odtworzyć pewną autentyczną historię oraz zwrócić dzięki temu uwagę na pewne sprawy. Sam tytuł można interpretować dwuznacznie - sama opowieść jest trudna do uwierzenia, ale i chodzi o drugi aspekt - o to, że czasem ofiara jakiegoś przestępstwa (tu akurat gwałtu), ze względu na jakieś okoliczności, może przeszłość, może rozbicie psychiczne i nieskładne zeznania, uznana zostaje za niewiarygodną. Czy może być coś gorszego? Zostać skrzywdzonym i to dwukrotnie, bo zamiast dostać wsparcie, zostajesz sama, zarzuca ci się kłamstwa, nie jesteś rozumiana...
środa, 24 czerwca 2020
Serce - Bartosz Szczygielski, czyli pozostała zemsta
![]() |
| Bartosz Szczygielski Serce Wyd. W.A.B. 2019 416 stron |
To na dziś kolejny thriller. Tym razem męski, krwawy, brutalny. I nie chodzi bynajmniej o akcję, o jakieś gangsterskie porachunki itp. U Szczygielskiego to nie tylko ci "źli" są w stanie dokonać czegoś ekstremalnego. Wszak każdy ma jakąś swoją wytrzymałość i jeżeli otrzymuje wciąż ciosy, to w którymś momencie może mieć dość i będzie w stanie rzucić się na oprawców, nie licząc się z konsekwencjami. I o tym między innymi jest "Serce". O bólu tak dużym, że nie ma już chęci do życia, do robienia planów, no chyba że dotyczą one zemsty na tych, którzy ten ból zadali.
wtorek, 23 czerwca 2020
Ene, due, rike, fake, czyli było, jest i będzie
Teatr jest tym miejscem, gdzie można poruszać każdy temat, nie ma tabu. Na szczęście. Bo są tematy, które od zarania dziejów były, są i będą. Pedofilia. Wykorzystywanie seksualne. Dużo się teraz o tym mówi (chociażby akcja #metoo, filmy braci Sekielskich), a jednak to dalej trwa. Spektakl „ENE DUE RIKE FAKE” w Teatrze Druga Strefa nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje, co należy z tym robić. Bije nas jedynie jak młotem w mózg: zobacz jakie spustoszenie dzieje się w głowie dzieci, które doświadczyły molestowania, przemocy seksualnej, gwałtu i jak usiłują sobie z tym poradzić w dalszym życiu. Spróbuj chociaż zrozumieć. Pilnuj dzieci!
poniedziałek, 22 czerwca 2020
Ostatni lot - Julie Clark, czyli zacząć od nowa
Na później odkładam coś mięsistego, krwawego i raczej męskiego, a na dziś thriller w wydaniu kobiecym. Nie chodzi jedynie o to, że bohaterkami są postacie kobiece, w dodatku osaczone i zagrożone przez mężczyzn, ale nie po raz pierwszy trafia w moje ręce książka, które styl narracji, cały pomysł na fabułę, skupienie się na emocjach, są bardzo "kobiece". Niby thriller, ale taki wiecie... Bez większej przemocy, zagrożenia, nawet bez większego napięcia, liczy się raczej pomysł na to jak postawić czytelnika wobec jakiegoś zaskoczenia. Przeszłość, powiązania między postaciami, jakieś decyzje, sekrety. I już. Nie spodziewajcie się jakiegoś dramatycznego finału, bo zwykle go nie dostaniecie. A zagadka? Też do rozgryzienia jeżeli nie na samym początku, to w trakcie.Oczywiście jako facet jestem nieobiektywny - przecież kobiety mogą w bohaterkach dostrzec coś czego ja tam nie zobaczyłem, zachwycić się determinacją, trzymać kciuki za to, żeby udało się rozwiązać problemy i podjąć właściwe decyzje. Bo mnie to prawdę mówiąc średnio obeszło - całość wydała się dość schematyczna i mało wciągająca. Ale cóż - zdarza się. W końcu ile w ciągu roku może się trafić prawdziwych bestsellerów, mimo że wydawcy prawie każdą książkę chętnie by tak nazywali.
niedziela, 21 czerwca 2020
Dzień wagarowicza - Robert Ziębiński, czyli krew się leje, kończyny latają
Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem slasherów, ani generalnie horrorów, jednak przy pewnym "zmęczeniu materiału", czyli tym że kryminały i thrillery coraz mniej sprawiają mi frajdy, obserwuję że groza w wydaniu literackim daje miły powiew świeżości i kupę zabawy.
Robert Ziębiński w fajny sposób we wprowadzeniu opowiada o tym jak popularne były tego typu rzeczy np. w USA w połowie XX wieku, a u nas poza Grabińskim nie mieliśmy zbyt wielu pisarzy, którzy potrafili straszyć, a potem na długo takie tematy były zakazane. Nawet rozrywka musiał edukować, a co to za jakieś mordowanie wszystkich bohaterów po kolei i uganianie się z potworami. Niby teraz możemy sobie odreagować, bo wszystko wolno, a mimo to nadal niewielu pisarzy sięga po grozę, a szczególnie w takim lekkim, rozrywkowym stylu. Mamy oczywiście Dardę, Urbanowicza, można by znaleźć jeszcze kilku, ale zwykle to rzeczy budzące niepokój klimatem, a nie ma w nich aż tak wielkiej jatki, z jaką kojarzymy slashery. Ziębiński postanowił napisać książkę właśnie w takim stylu, ale przenosząc akcję w ciekawy moment historyczny, mieszając fantazję z realizmem, wcale nie zrobił bezmyślnej rąbanki (jak to czasem się zdarza w wersji filmowej tego gatunku). Jego historia chwilami jest całkiem poważna, szczególnie gdy pokazuje atmosferę po śmierci Bieruta, losy różnych ludzi, którzy musieli się ukrywać przed komunistami, czy państwo w państwie, czyli obecność Rosjan na naszych ziemiach.
Robert Ziębiński w fajny sposób we wprowadzeniu opowiada o tym jak popularne były tego typu rzeczy np. w USA w połowie XX wieku, a u nas poza Grabińskim nie mieliśmy zbyt wielu pisarzy, którzy potrafili straszyć, a potem na długo takie tematy były zakazane. Nawet rozrywka musiał edukować, a co to za jakieś mordowanie wszystkich bohaterów po kolei i uganianie się z potworami. Niby teraz możemy sobie odreagować, bo wszystko wolno, a mimo to nadal niewielu pisarzy sięga po grozę, a szczególnie w takim lekkim, rozrywkowym stylu. Mamy oczywiście Dardę, Urbanowicza, można by znaleźć jeszcze kilku, ale zwykle to rzeczy budzące niepokój klimatem, a nie ma w nich aż tak wielkiej jatki, z jaką kojarzymy slashery. Ziębiński postanowił napisać książkę właśnie w takim stylu, ale przenosząc akcję w ciekawy moment historyczny, mieszając fantazję z realizmem, wcale nie zrobił bezmyślnej rąbanki (jak to czasem się zdarza w wersji filmowej tego gatunku). Jego historia chwilami jest całkiem poważna, szczególnie gdy pokazuje atmosferę po śmierci Bieruta, losy różnych ludzi, którzy musieli się ukrywać przed komunistami, czy państwo w państwie, czyli obecność Rosjan na naszych ziemiach.
Wstyd, czyli ślub odwołany, a może nie
„Wstyd” Marka Modzelewskiego w reżyserii Wojciecha Malajkata to opowieść o zderzeniu dwóch światów i jednym mezaliansie. Niby historia stara jak świat, on piękny, młody, bogaty, z lepszej sfery, ona – piękna, młoda, wykształceniem równa – jednak z biedniejszego domu, gdzieś z prowincji. Na zapleczu sali bankietowej rozgrywa się sytuacja, której nikt z nas nie chciałby przeżyć. Oto bowiem pan młody zostawił przed ołtarzem pannę młodą i zniknął.
piątek, 19 czerwca 2020
Ogrodzenie, czyli my tu, oni tam
MaGa: Teatr Druga Strefa wszedł z przytupem w sezon po epidemiczny wystawiając premierowy spektakl „Ogrodzenie”, sztukę nad wyraz aktualną w obecnej polskiej rzeczywistości, jednocześnie ponadczasową w swojej wymowie. R.: Odważny ruch, by mimo ograniczonej liczby widzów proponować coś nowego, a nie największe hity teatru - za to na pewno szacunek. Za sięgnięcie po ten tekst, rzeczywiście mocno nawiązujący do wszystkich podziałów polityczno-światopoglądowo-obyczajowych tak żywych w Polsce, również należą się brawa. Choć może całość sprawia wrażenie sztuki przygotowywanej w pośpiechu, w surowych warunkach, to treść myślę że będzie mocno rezonować w widzach, skłaniać do rozmów, a przecież o to chodzi.
czwartek, 18 czerwca 2020
Lekcja z klasyką, czyli Złodzieje rowerów, Lolita i Andriej Rublow
Wiem, że to zupełnie inne filmy - ale trochę je łączy: wszystkie mają już całkiem sporo lat, są czarno białe i przez wielu nazywane są klasykami, które warto zobaczyć, żeby znać historię kina. O każdym z nich sporo napisano, dlatego postanowiłem nie robić każdemu osobnej notki, tylko połączyć je, podobnie jak to często robię z filmami, ale w spisie oczywiście pojawią się osobno (wciąż go porządkuję, ale jest już tam grubo ponad 1000 pozycji).
Lolita znana jest chyba bardziej z ekranizacji z lat 90, ale film z roku 1962 to trochę inne spojrzenie na ten sam temat. Kubrick nakręcił film, który może nie epatuje tak bardzo seksualnością, jak powieść i produkcja bardziej nam współczesna, na tamte lata chyba i tak mógł szokować, choćby poprzez sugerowanie istnienia takiej relacji. Wersja Kubricka ma w sobie trochę z thrillera, ale i groteski.
Treść chyba wszyscy znają: Profesor Humbert Humbert jest Europejczykiem i postanawia przyjechać do Ameryki. Wynajmuje mieszkanie u wdowy Charlotte Haze, która miesza razem ze swoją nastoletnią córką. Samotna kobieta próbuje uwieść nowego lokatora, mimo że mężczyzna wyraźnie nie jest zainteresowany. Jego uwagę za to przyciąga piękna córka, postanawia więc być jak najbliżej niej, więc godzi się nawet na ślub, stając się dla tej, która go fascynuje troskliwym ojczymem. I dodajmy dość zadrosnym ojczymem.
Lolita znana jest chyba bardziej z ekranizacji z lat 90, ale film z roku 1962 to trochę inne spojrzenie na ten sam temat. Kubrick nakręcił film, który może nie epatuje tak bardzo seksualnością, jak powieść i produkcja bardziej nam współczesna, na tamte lata chyba i tak mógł szokować, choćby poprzez sugerowanie istnienia takiej relacji. Wersja Kubricka ma w sobie trochę z thrillera, ale i groteski.
Treść chyba wszyscy znają: Profesor Humbert Humbert jest Europejczykiem i postanawia przyjechać do Ameryki. Wynajmuje mieszkanie u wdowy Charlotte Haze, która miesza razem ze swoją nastoletnią córką. Samotna kobieta próbuje uwieść nowego lokatora, mimo że mężczyzna wyraźnie nie jest zainteresowany. Jego uwagę za to przyciąga piękna córka, postanawia więc być jak najbliżej niej, więc godzi się nawet na ślub, stając się dla tej, która go fascynuje troskliwym ojczymem. I dodajmy dość zadrosnym ojczymem.
środa, 17 czerwca 2020
Po słowiczej podłodze - Lian Hearn, czyli japoński balsam na duszę
Przeleżała długi czas na półce, bo ta książka to „nie moje klimaty”. Nie ma w niej nic co mnie w książkach kusi. Nie lubię fantastyki, nie ciągnie mnie w bardzo dawne czasy, nadprzyrodzone zdolności – złoszczą, opisy maltretowania ludzi - odrzucają. I nagle książka, która zawiera to wszystko… po przeczytaniu siedzi mi w głowie i staje się balsamem dla duszy.
Baśniowy, fantastyczny świat, który jakby od niechcenia opisuje społeczne zależności feudalnej Japonii. Autorce udało się stworzyć wyimaginowany obraz krainy, w której (jak zawsze i wszędzie) ludzie walczyli o władzę, wpływy i pieniądze, a nawet o kobiety. To walka na śmierć i życie, okupiona okrucieństwami i zdradami, a miłość często przypłacona była wyrzeczeniami lub kończyła się śmiercią. Jednak Lian Hearn tak pięknie otuliła tę opowieść mgłą i zapachem, że nie boli tak mocno jakby mogła. Wprowadza nas w obyczajowość japońską, zaczynamy rozumieć rytuały, które rządzą ich zachowaniami i rozumiemy dlaczego tak być musi, dlaczego bohaterowie dokonują takich a nie innych wyborów, często sprzecznych z naszymi wartościami.
Baśniowy, fantastyczny świat, który jakby od niechcenia opisuje społeczne zależności feudalnej Japonii. Autorce udało się stworzyć wyimaginowany obraz krainy, w której (jak zawsze i wszędzie) ludzie walczyli o władzę, wpływy i pieniądze, a nawet o kobiety. To walka na śmierć i życie, okupiona okrucieństwami i zdradami, a miłość często przypłacona była wyrzeczeniami lub kończyła się śmiercią. Jednak Lian Hearn tak pięknie otuliła tę opowieść mgłą i zapachem, że nie boli tak mocno jakby mogła. Wprowadza nas w obyczajowość japońską, zaczynamy rozumieć rytuały, które rządzą ich zachowaniami i rozumiemy dlaczego tak być musi, dlaczego bohaterowie dokonują takich a nie innych wyborów, często sprzecznych z naszymi wartościami.
wtorek, 16 czerwca 2020
Jedyne wyjście - Ryszard Ćwirlej, czyli staraj się, a może cię zauważą
Dziś pierwsze wyjście do teatru po zniesieniu zakazów, więc na dniach wreszcie notka teatralna (mimo różnych propozycji online jakoś nie miałem okazji pisać o teatrze przez ostatnie miesiące, a obejrzany przy moim słabym łączu wieczór z "Szalonymi nożyczkami" w maseczkach nie uważam za warto opisywania).
Dziś lektura. Skończyłem o pierwszej w nocy, więc jestem dowodem na to, że wciąga. Ryszard Ćwirlej to już renomowana firma jeżeli chodzi o kryminały, czy też raczej policyjno-sensacyjne thrillery. Sprawdził się w retro, najbardziej znany jest z serii milicyjnej, a od kilku lat pisze też fabuły współczesne, ciekawie łącząc bohaterów poprzedniego cyklu. Jak układają się dalsze losy milicjantów w realiach po roku 89? Czy młodzi mają od kogo się uczyć fachu?
W pracy śledczej nie ma zbyt wiele miejsca na politykę, na czystki, decyzje o tym czy ktoś zostanie w zawodzie raczej wynikały z frustracji finansowej, lepszych propozycji, zamkniętych dróg awansu, czy też rozgoryczenia, że zawód w nowych czasach wcale nie zyskał zbyt wiele na szacunku społecznym. Pewnych rzeczy jednak się nie zapomina, do niektórych tęskni, no i znajomości pozostały, dlatego czasem "inicjatywa prywatna" korzysta z informacji od policji lub odwrotnie.
poniedziałek, 15 czerwca 2020
Operacja Overlord, czyli Zombie w Normandii
Ależ do było dziwne. I w sumie nawet zabawne. Oczywiście jedynie dla tych, którzy przymkną oko na brak realizmu, którzy lubią taką mieszankę jatki, absurdu, akcji. No i dodajmy jeszcze, że to wszystko w realiach II wojny światowej. A ponieważ od czasu do czasu lubię rozerwać przy takich produkcjach - odrobinę bardziej wypełnionych przemocą i czarnym humorem niż wszystkie komiksowe młodzieżówki Marvella czy DC, to obiecuję, że jeszcze coś Wam wygrzebię w tym stylu. Jak nie Zombie to jakieś eksperymenty, które dają nadprzyrodzoną moc - czyż to nie daje okazji do popuszczenia wodzów fantazji? niedziela, 14 czerwca 2020
Pokaż mi swoją bibliotekę - Aleksandra Rybka, czyli czy aby nie Grochola?
Lubię czytać książki o książkach, zawsze staram się wynotowywać coś ciekawego z tego co polecą ludzie, dla których pisanie i czytanie to ważna część życia, dlatego obok tego tytułu nie mogłem przejść obojętnie.
Mam jednak kłopot z tą lekturą. Nie chodzi nawet o to, że gdy opowiada się o wyglądzie swoich zbiorów, ich miejsca w mieszkaniu i życiu, aż prosi się o zdjęcia, choćby fragmentarycznie prezentujące to o czym się opowiada. Raczej chodzi o dość schematyczne podejście autorki, która prawie bez wyjątków serwuje rozmówcom ten sam zestaw pytań - słowo w słowo. Tak jakby nie była ciekawa ich samych, ich historii, ale wypełniała jakąś ankietę, tyle że jest miejsce na opisówkę w miejscach na odpowiedzi. Mocno to psuje przyjemność z lektury. Jak rozumiem miało to nadać jakieś ramy, żeby nie wymknęło się wszystko spod kontroli, ale niestety wypada to bardzo słabo.
Mam jednak kłopot z tą lekturą. Nie chodzi nawet o to, że gdy opowiada się o wyglądzie swoich zbiorów, ich miejsca w mieszkaniu i życiu, aż prosi się o zdjęcia, choćby fragmentarycznie prezentujące to o czym się opowiada. Raczej chodzi o dość schematyczne podejście autorki, która prawie bez wyjątków serwuje rozmówcom ten sam zestaw pytań - słowo w słowo. Tak jakby nie była ciekawa ich samych, ich historii, ale wypełniała jakąś ankietę, tyle że jest miejsce na opisówkę w miejscach na odpowiedzi. Mocno to psuje przyjemność z lektury. Jak rozumiem miało to nadać jakieś ramy, żeby nie wymknęło się wszystko spod kontroli, ale niestety wypada to bardzo słabo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









