Myślę sobie że to dobra lektura by napisać o niej właśnie po tym jak wszyscy wstrząśnięci zamachem w Krakowie, myślimy sobie "jak to możliwe". Mário de Carvalho zabiera nas do II wieku naszej ery, gdzieś na peryferia Imperium Rzymskiego, jednak w tym ciekawym zderzeniu różnych porządków, tych które chylą się ku upadkowi i tych nadchodzących, można również odnaleźć różne analogie do tego jak myślimy o świecie i dziś. Otoczeniu różnymi dobrami, przyzwyczajeni do swojego statusu, z niepokojem myślmy o zmianach, ale może są one naturalną koleją rzeczy i nie powinniśmy się ich bać. Może to właśnie nasza niechęć do dzielenia się oraz przepaść między warunkami życia, napędza destrukcyjne siły, które w takim razie chcą coś wywalczyć choćby siłą. Czy rzeczywiście zagrożenie widzimy tam skąd ono naprawdę nadciąga?
To nie jest więc dla mnie jedynie pięknie napisana, erudycyjna powieść historyczna, przenosząca nas w świat antyku i rodzącego się chrześcijaństwa. Znajduję tu również ciekawą refleksję na temat stanu ludzkiego ducha, w obliczu pewnej katastrofy. Koniec, ale może wcale nie taki definitywny? Może to również nowy początek? Można walczyć, można uciekać, można załamywać ręce, a można również udać się w pewną wewnętrzną podróż, w poszukiwaniu spokoju i odpowiedzi.

Lucjusz, który jest narratorem całej historii pełni rolę prefekta Tarcisis, fikcyjnego miasta w rzymskiej prowincji obejmującej tereny dzisiejszej Portugalii. Z dala od Rzymu, blisko różnych ambicji i rozgrywek między lokalnymi patrycjuszami, został trochę wbrew sobie zmuszony do objęcia tej funkcji, bo wolałby swój święty spokój. Czasy jednak takie, że nie można siedzieć i bezczynnie czekać na to aż hordy plemion z południa wylądują u ich brzegów i zniszczą wszystko. Trzeba przygotowywać miasto, a on chyba jako jedyny rozumie to zagrożenie i ma jakiś plan, żeby choć w minimalny sposób się na nie przygotować. Nawet jeżeli będzie to robił wbrew woli możnych, którzy za nic mają jego ostrzeżenia. Wolą zdaje się zajmować wyolbrzymianym przez siebie problemem jakiejś żydowskiej sekty, która ich zdaniem godzi w ład i porządek, w podstawy ich cywilizacji.
Osamotniony w swych staraniach i rozterkach Lucjusz, próbując sprawiedliwe ale i rozsądnie rządzić, nie ma łatwego zadania, a w przypadku najdrobniejszego błędu, ludzie będą bezlitośni w swoich sądach, przekreślając wszystkie ewentualne zasługi. Są to więc nie tylko jakieś próby kronikarskiego uporządkowania zdarzeń, ale i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: czy mogłem zrobić inaczej. Jest tradycjonalistą, może nie bardzo religijnym, ale szanującym bogów i należne im ofiary, dość podejrzliwie przyglądającym się nowinkom, ale jest ostatni do tego by osądzać, bez poznania wszystkich racji i zebrania świadectw. Próbuje zrozumieć, nawet jeżeli coś dla niego jest nie do pojęcia, a zachowania chrześcijan są dla niego kompletnie nieracjonalne. Jeżeli do tego dojdzie jeszcze pewnego rodzaju fascynacja do kobiety, która nazywa się wierną uczennicą Jezusa, nie będzie miał łatwego zadania, by chronić ją, jednocześnie nie narażając się na gniew całego miasta.
Sporo tu więc rozważań moralno-filozoficznych i to chyba było dla mnie równie ciekawe jak samo raportowanie najazdu ludów z Mauretanii. W chaosie szukaj dyscypliny i porządku, gdy jednak spotyka cię niesprawiedliwość i klęska, szukaj po prostu spokoju i równowagi. Rezygnacja z własnych wartości i postąpienie wbrew sumieniu byłaby gorszą klęską, niż odebranie przywilejów i zesłanie. A mając wsparcie w swej ukochanej żonie, która wybacza nawet jeżeli nie wszystko rozumie, nadal może cieszyć się odrobiną ciepła i domowego szczęścia.
Wspaniale było zanurzyć się w niespieszny rytm tej opowieści, w ten klimat, w ten język. Jedna z ciekawszych lektur ostatnich miesięcy.