Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
środa, 13 lutego 2019
Kod Kathariny - Jørn Lier Horst, czyli coś nie daje spokoju
Jedenaście już razy towarzyszyłem Williamowi Wistingowi w jego śledztwach, nic więc dziwnego, że przy kolejnym tomie trafił on błyskawicznie na moją e-półkę i mimo stosów do czytania, natychmiast się za niego zabrałem. Jego powieści łyka się błyskawicznie, choć przecież nie ma w nich jakiejś szybkiej akcji, chodzi raczej o umiejętność wciągnięcia czytelnika w śledztwo. Gdy się to uda, nawet fakt iż my już domyślamy się rozwiązania, nie psuje przyjemności, dalej towarzyszymy śledczym, trzymając za nich kciuki.
Horst pokazuje dochodzenie jako proces dość mozolny, w którym sporo jest zbierania danych, a potem ślęczenia nad nimi godzinami, by wyłuskać z nich to jakiś drobiazg, który pozwoli na złapanie jakiegoś tropu.
wtorek, 12 lutego 2019
Hollywood, czyli zło które fascynuje

MaGa:
Wielowątkowa, trochę surrealistyczna opowieść o
odwiecznej syntezie dobra i zła w człowieku, o tworzeniu współczesnych
herosów, o kondycji współczesnego świata. I trudna do interpretacji, bo każdy
widz może rozłożyć sobie akcenty w dowolny sposób.
R: Zgadzam
się. Dla kogoś ważniejsza może się tu okazać krytyka popkulturowego chłamu,
którym karmi się teraz już prawie cały świat, pełnego przemocy, erotyki i choć
nie niosącego ze sobą wiele treści, kreującego mody i gusta. Kto szybciej,
więcej, ostrzej, bardziej widowiskowo. Ale te przytyki do samego Hollywood nie
powinny nam przysłonić rzeczy dużo bardziej uniwersalnych, które skrywają
historie poszczególnych postaci. Oni są częścią fabryki snów, a również pokazują w nich widzimy odbicie problemów wielu pokoleń wierzących w jakiś wyimaginowany szczyt, na który muszą się wdrapać.
W dodatku przewrotnie jeszcze reżyser gra z nami samą akcją, mieszając fikcję z realnością i w którymś momencie zadajemy sobie pytania o to ile prawdy było w scenariuszu filmu, którego kręcenia jesteśmy świadkami.
W dodatku przewrotnie jeszcze reżyser gra z nami samą akcją, mieszając fikcję z realnością i w którymś momencie zadajemy sobie pytania o to ile prawdy było w scenariuszu filmu, którego kręcenia jesteśmy świadkami.
MaGa: I nie
wiemy tak do końca, czy to bohater filmowy czy rzeczywisty. Od czasów
plemiennych po czasy współczesne społeczności opowiadają sobie historie o
istotach ponadprzeciętnych. Kiedyś nazywano je bóstwami, obecnie herosami. I
niemal zawsze znalazł się ktoś, kto chciał się zmierzyć z mitem, doświadczyć
bycia bóstwem. Ale żeby dotrzeć na szczyt rzadko trafia się tam czyniąc dobro i
doświadczając go. A w czasach współczesnych prędzej herosem zostaje bohater
filmowy niż np. mądry naukowiec.
poniedziałek, 11 lutego 2019
Green Book, czyli wykorzystać szansę
Green Book już w kinach i zewsząd słychać zachwyty. Rzadko kiedy zdarza się taka zgodność widzów i krytyków. W tym przypadku udało się połączyć ciekawą historię, ważny temat, ze świetną grą aktorską i szczyptą humoru, a w efekcie dostajemy film, który może się podobać. Nad trudniejszymi kwestiami się prześlizguje (np. homoseksualizm), z innymi rozprawia się zdecydowanie (rasistowskie poglądy muszą być pokazane jednoznacznie), a bijące z niego ciepło i dawka optymizmu (przyjaźń pokonuje wszelkie bariery) sprawiają, że mimo iż nie jest to typowa komedia, wychodzimy z kina uśmiechnięci i życzliwie nastawieni do świata. Jeżeli pamiętacie "Nietykalnych" to schemat jest podobny - przypadkowe spotkanie, różne światy i charaktery, z czasem jednak obaj bohaterowie otwierają się na siebie, zaczynają się zmieniać.
Bolidy, czyli kupuj, ścigaj się i obstawiaj
Wczoraj nasz lokalny klub planszówkowy świętował drugie urodziny, z tej okazji zrobiliśmy maraton ponad 8 godzin grania i choć dziś padałem na noc, już myślę o tym kiedy powtórzyć takie dłuższe spotkanie. Nie kameralne, gdzie skład jest ten sam i zwykle siadamy do 2, maks do 3 gier, ale właśnie takie gdzie wybieramy sponad 120 gier, składy ustalane są ad hoc, poznajemy nowych ludzi. Wczoraj wpadło ponad 80 osób! Głośno, ale za to jaka atmosfera!
Jedną z gierek, która mnie zauroczyła (i nie tylko dlatego, że wygrałem dwa razy) są Bolidy od firmy 2 Pionki. Już sam wygląda bardzo mi przypasował - te plastikowe wyścigówki, prosta plansza, zero jakichś wypasionych kart i dodatków... Przecież to jak żywo przypomina gry z lat 80, gdy siadały do nich (np. na wczasach całe rodziny). Nieskomplikowane, a dające frajdę. Nie wiem czy po jakimś czasie bym się nie znudził, ale szybkie tłumaczenie zasad i rozgrywka (powiedzmy maks. 30 minut) to szansa na to, że mogłaby lądować niejeden raz na stole.
Jedną z gierek, która mnie zauroczyła (i nie tylko dlatego, że wygrałem dwa razy) są Bolidy od firmy 2 Pionki. Już sam wygląda bardzo mi przypasował - te plastikowe wyścigówki, prosta plansza, zero jakichś wypasionych kart i dodatków... Przecież to jak żywo przypomina gry z lat 80, gdy siadały do nich (np. na wczasach całe rodziny). Nieskomplikowane, a dające frajdę. Nie wiem czy po jakimś czasie bym się nie znudził, ale szybkie tłumaczenie zasad i rozgrywka (powiedzmy maks. 30 minut) to szansa na to, że mogłaby lądować niejeden raz na stole.
niedziela, 10 lutego 2019
Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogusława Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka, czyli Scena Mistrzów
Na scenie Akademii Teatralnej od czasu do czasu można obejrzeć rzeczy już dziś prawie nie do obejrzenia. Scena Mistrzów to okazja by dotknąć dzieł kultowych, zobaczyć aktorów, którzy dziś częściej wykładają niż sami systematycznie występują. Jak choćby Jan Peszek. Grany przez niego "Scenariusz" ma już ponad 40 lat... Czy wciąż zachwyca? Poczytajcie recenzję M. A ja za miesiąc wybieram się tam na "Belfra". Podobno są jeszcze bilety. Spotkamy się? „Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka.
Na scenę wchodzi Jan Peszek i zaczyna się dziać. Prowadzi niby wykład na temat socjologicznych problemów nowej muzyki - a jednocześnie tworzy na scenie wydarzenie artystyczne, mające swoją dramaturgię, logiczną (momentami filozoficzną) narrację, łączy akcję z przedmiotami (specjalnie do tego przygotowanymi), wytwarzającymi dźwięki. Wszystkie zgromadzone na scenie przedmioty, niby proste, ale symboliczne, w rękach Mistrza nabierają znaczenia, a on gra na nich jak na instrumentach.
Gdzie jest prezydent, czyli flaga na maszt
A mówiły jaskółki, że nie ma co przejmować się reklamą typu: Książka, o której mówi cały świat. Największa sensacja 2018 roku.
Ciekawość jednak wzięła górę. Może dlatego, że Pattersona czytałem do tej pory chyba jedynie raz i to dawno temu. A tu jeszcze na spółę z byłym prezydentem? Ciekawy byłoby poznać detale takiej współpracy, czyli kto za co odpowiadał. Mogę się jedynie domyślać, że wszystkie idealizujące głównego bohatera (prezydenta USA) kawałki i program wyborczy na koniec, to dzieło Clintona. Może jeszcze struktura różnych ciał doradczych i funkcjonowania w sytuacji zagrożenia? Bo za fabułę odpowiada już na pewno rzemieślnik, który się na tym zna. Nie zabraknie więc strzelaniny, terrorystów, bohaterskich agentów ochrony, mądrego przywódcy, który potrafi stanąć oko w oko z zagrożeniem, napięcia, ofiar i ratowania kraju na ostatnią chwilę przed wielkim zagrożeniem. Nawet dla Wielkiego Brata znajdzie się miejsce. Powiedziałbym, że nic nowego. Kto czytywał w młodości mistrzów sensacji i politycznych thrillerów pewnie powie, że to przeciętniak. No może jedynie zagrożenie wiszące na Stanami jest trochę innego rodzaju. Ale ten pomysł też nie jest nowy - chyba nawet w ubiegłym roku mieliśmy podobne rozwiązanie u któregoś z Europejczyków.
Ciekawość jednak wzięła górę. Może dlatego, że Pattersona czytałem do tej pory chyba jedynie raz i to dawno temu. A tu jeszcze na spółę z byłym prezydentem? Ciekawy byłoby poznać detale takiej współpracy, czyli kto za co odpowiadał. Mogę się jedynie domyślać, że wszystkie idealizujące głównego bohatera (prezydenta USA) kawałki i program wyborczy na koniec, to dzieło Clintona. Może jeszcze struktura różnych ciał doradczych i funkcjonowania w sytuacji zagrożenia? Bo za fabułę odpowiada już na pewno rzemieślnik, który się na tym zna. Nie zabraknie więc strzelaniny, terrorystów, bohaterskich agentów ochrony, mądrego przywódcy, który potrafi stanąć oko w oko z zagrożeniem, napięcia, ofiar i ratowania kraju na ostatnią chwilę przed wielkim zagrożeniem. Nawet dla Wielkiego Brata znajdzie się miejsce. Powiedziałbym, że nic nowego. Kto czytywał w młodości mistrzów sensacji i politycznych thrillerów pewnie powie, że to przeciętniak. No może jedynie zagrożenie wiszące na Stanami jest trochę innego rodzaju. Ale ten pomysł też nie jest nowy - chyba nawet w ubiegłym roku mieliśmy podobne rozwiązanie u któregoś z Europejczyków.
czwartek, 7 lutego 2019
Wszyscy wiedzą, czyli inne tło, podobne problemy
Premiera kinowa za tydzień, nie ma co więc odkładać pisania o nowym filmie Asghara Farhadiego. Dwukrotny zdobywca Oscara ma swój własny styl, potrafi wyciągnąć bardzo wiele psychologicznej głębi i dramatyzmu nawet z pozornie prostej sytuacji. Tym razem funduje jednak widzom pewne zaskoczenie, może nie samym scenariuszem i sposobem narracji, ale tłem w jakim osadza swoją historię. Znowu interesuje go rodzina, relacje między poszczególnymi członkami, postanowił jednak umieścić swój film w obszarze kultury hiszpańskojęzycznej, w trochę innej mentalności niż to co widzieliśmy dotąd w jego obrazach. Mimo plenerów, zatrudnienia charakterystycznej (i ciekawej) obsady, nie proponuje jednak nic nowego. Ba, nawet powiedziałbym, że "Wszyscy wiedzą" wypadają na tle jego poprzednich dzieł dość blado. środa, 6 lutego 2019
Kwiat jabłoni - niemożliwe, czyli radosne "dzień dobry"
Niby słucham sporo rzeczy muzycznych nie tylko w radiu, ale i w sieci, a płyt prawie w ostatnich latach nie kupuję, teoretycznie powinienem być na bieżąco. Tylko teoretycznie jednak, bo nowi artyści pojawiają się tak szybko (a wielu przelotnie), że trudno nadążyć za tym co najbardziej "na topie". Ze wstydem więc przyznaję się, że nazwa "Kwiat jabłoni" kojarzyła się raczej z piosenką o jabolu (m.in. śpiewał to Kuba Sienkiewicz), a nie z zespołem. Tym czasem oto jeden z projektów, którego życie w rzeczywistości wirtualnej (kilka milionów odsłon klipu) przekłada się na naszych oczach na chwalony debiut płytowy i zapowiadaną trasę koncertową, która świetnie się sprzedaje.
I niby dla takiego ramola jak ja nie ma w tej muzyce zaskoczenia, to dla pokolenia 20 czy 30 latków, jest to pewnie coś świeżego, tak odmiennego od elektroniki, gitarowego grania, które przeważa na naszym rynku. Rodzeństwo Sienkiewiczów stawia na melodyjność i proste aranżacje - proste ale wcale nie surowe. Jest w tych kawałkach jakaś radość, folkowa lekkość... I choć teksty są momentami poważniejsze, zaśpiewane są nie jakoś depresyjnie, ale bardziej w klimacie dobrych artystów kabaretowych (z czasów gdy jeszcze kabaret nie był tak głupawy). Ostatnio na podobnych rozwiązaniach wygrały popularność Domowe Melodie.
I niby dla takiego ramola jak ja nie ma w tej muzyce zaskoczenia, to dla pokolenia 20 czy 30 latków, jest to pewnie coś świeżego, tak odmiennego od elektroniki, gitarowego grania, które przeważa na naszym rynku. Rodzeństwo Sienkiewiczów stawia na melodyjność i proste aranżacje - proste ale wcale nie surowe. Jest w tych kawałkach jakaś radość, folkowa lekkość... I choć teksty są momentami poważniejsze, zaśpiewane są nie jakoś depresyjnie, ale bardziej w klimacie dobrych artystów kabaretowych (z czasów gdy jeszcze kabaret nie był tak głupawy). Ostatnio na podobnych rozwiązaniach wygrały popularność Domowe Melodie.
wtorek, 5 lutego 2019
A. B. C., czyli kim pan jest naprawdę Poirot?
Herkules Poirot. Detektyw - legenda. Tyle razy powieści Agathy Christie przenoszone były na ekran, że już całkiem sporo mieliśmy wcieleń aktorskich, czasem lepszych, innym razem słabszych. To postać bardzo charakterystyczna, budząca czasem nawet uśmiech, ale nie wolno przekroczyć tej granicy, za którą zostanie już jedynie śmieszność.
I oto mamy kolejny portret Poirot i to w jakim wykonaniu. John Malkovich dokłada do swojego dorobku kolejną ciekawą rolę. Ale jakże inny to obraz od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Starszy już pan, o którym już trochę zapomniano, policjanci z nim współpracujący do tej pory odchodzą na emeryturę, nikt nie prosi o pomoc, pozostają wspomnienia, cienie dawnej sławy... i demony przeszłości, o których nie potrafi zapomnieć.
Niezbyt dokładnie pamiętam powieść, ale mam wrażenie, że tym razem BBC mocno poszalało z materiałem wyjściowym. Oczywiście nie żądam, by zawsze podchodzić do wszystkiego na kolanach, ale jakaś spójność z innymi historiami o tym bohaterze by się przydała.
I oto mamy kolejny portret Poirot i to w jakim wykonaniu. John Malkovich dokłada do swojego dorobku kolejną ciekawą rolę. Ale jakże inny to obraz od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Starszy już pan, o którym już trochę zapomniano, policjanci z nim współpracujący do tej pory odchodzą na emeryturę, nikt nie prosi o pomoc, pozostają wspomnienia, cienie dawnej sławy... i demony przeszłości, o których nie potrafi zapomnieć.
Niezbyt dokładnie pamiętam powieść, ale mam wrażenie, że tym razem BBC mocno poszalało z materiałem wyjściowym. Oczywiście nie żądam, by zawsze podchodzić do wszystkiego na kolanach, ale jakaś spójność z innymi historiami o tym bohaterze by się przydała.
poniedziałek, 4 lutego 2019
Nim odleci, czyli ptak zaśpiewa ci pieśń o życiu, bo taka jest jego misja na ziemi …
Dziwny,
wielowątkowy, tajemniczy spektakl Teatru Współczesnego. Nie dla wszystkich. Tu
trzeba wyjątkowego skupienia i uważności żeby wychwytywać niuanse, czas w jakim
odbywa się kolejna scena, doceniać grę świateł, mimikę i gesty aktorów, to jak
i co mówią. W tym spektaklu wszystko jest ważne i ma swoje znaczenie. To tak
jakby rozsypać zdekompletowane puzzle czasowe na podłodze, a każdą postać
spektaklu zamknąć w matrioszce, a potem brać jednego puzzla i postaci z
matrioszek w różnych etapach „rozbierania” i tworzyć z nich scenki z życia
scenicznej rodziny. Jest w tym sposobie snucia opowieści jakiś swoisty urok,
tajemniczość jak również zadziwiająca alternatywność. Autor F. Zeller snuje swoją opowieść z
perspektywy Andre, człowieka z zaburzeniami neurologicznymi (Alzhaimer?),
którego patrzenie na świat i rzeczywistość bywa często upośledzone, mylne, dla
niego samego zadziwiające; jedne rzeczy pamięta, innych nie. Córki, które
przyjeżdżają do domu traktują go z pobłażliwą przychylnością, ale ich utarczki
słowne, wzajemne pretensje balansują miedzy miłością i opiekuńczością a chęcią
pozbycia się kłopotu jakim stał się stary ojciec, zagubiony w chorobie i
starości. Z tego chaosu wyłania się nie tylko przeszłość bohaterów, ale również
ich sposób podejścia do życia, myślenia. Już, już myślimy, że wiemy co któraś
postać myśli lub prezentuje, a nagle autor wprowadza nas na kolejną ścieżkę,
myli nasz tok myślenia i gubimy się… czy to dalej ścieżka czy już koleina. Nie
dziwię się, że starsza pani siedząca za mną w pewnej chwili wyszeptała: to on
żyje czy umarł 😊.
niedziela, 3 lutego 2019
Śmierć Komandora. Metafora się zmienia - Haruki Murakami, czyli nie do końca to czego się spodziewasz
Pisząc o pierwszym
tomie tej powieści już miałem kłopot, by ją jakoś scharakteryzować,
choćby gatunkowo. Murakami jest niepowtarzalny. I nawet jeżeli dla tych,
którzy znają jego powieści, wciąż krąży wokół podobnych schematów, to
za każdym razem ta mieszanka zwyczajności i niesamowitości smakuje
równie dobrze. Tak jest i tym razem.Nie wiem czemu, ale po końcówce poprzedniego tomu i po wejściu w atmosferę drugiego, spodziewałem się nie wiem jakich przerażających wydarzeń. Murakami wcale jednak nie ma ochoty wpisywać się w oczekiwania - bawi się z nami, straszy, budzi ciekawość, otula tajemnicą, a potem proponuje zupełnie inny kierunek w jakim powieść pójdzie. W sumie to może nawet i dobrze? Zwykle horrory rozczarowują finałem, a tak przynajmniej nie brniemy w jakieś idiotyzmy. Ciarki na plecach w pewnym momencie znikają, ale to uczucie wspomina się na pewno fajnie.
sobota, 2 lutego 2019
Farba - Wojciech Miłoszewski, czyli political fiction, ale obrazki jakby znajome
Przy tomie pierwszym cyklu, czyli "Inwazji" marudziłem strasznie, jakaś tam jednak ciekawość ciągu dalszego we mnie była, pobiegłem więc tym razem do biblioteki, żeby już nie marudzić, że przepłaciłem.
I wiecie co? Myślę, że jest lepiej niż w debiucie. Zawartość "Farby" przypomina mi trochę styl Ciszewskiego, czyli całkiem sporo się dzieje, w różnych lokacjach, z różnymi bohaterami, a potem ich drogi prędzej czy później się przecinają. Mniej jest scen, w których seks lub przemoc byłyby opisywane z taką lubością w szczeniacki i drażniący sposób (pisałem o tym przy pierwszym tomie), nie ma wyzłośliwiania się nad rządem (ale scenki ze świata z różnych najważniejszych gabinetów nadal trochę odstają poziomem od całości, więcej w nich humoru i mrugania okiem). Śledzimy losy postaci, które poznaliśmy już w pierwszym tomie, ale w innej rzeczywistości. Polska jest pod rosyjską okupacją, choć teoretycznie jest niepodległym państwem o znajomej nazwie PRL, świat ma to głęboko w dupie, licząc na to, że Rosja w ten sposób zaspokoiła swoje imperialne apetyty. A Polacy?
I wiecie co? Myślę, że jest lepiej niż w debiucie. Zawartość "Farby" przypomina mi trochę styl Ciszewskiego, czyli całkiem sporo się dzieje, w różnych lokacjach, z różnymi bohaterami, a potem ich drogi prędzej czy później się przecinają. Mniej jest scen, w których seks lub przemoc byłyby opisywane z taką lubością w szczeniacki i drażniący sposób (pisałem o tym przy pierwszym tomie), nie ma wyzłośliwiania się nad rządem (ale scenki ze świata z różnych najważniejszych gabinetów nadal trochę odstają poziomem od całości, więcej w nich humoru i mrugania okiem). Śledzimy losy postaci, które poznaliśmy już w pierwszym tomie, ale w innej rzeczywistości. Polska jest pod rosyjską okupacją, choć teoretycznie jest niepodległym państwem o znajomej nazwie PRL, świat ma to głęboko w dupie, licząc na to, że Rosja w ten sposób zaspokoiła swoje imperialne apetyty. A Polacy?
Obława, czyli i tak cię dorwiemy
Początek lutego, więc może parę zdań o tym co na tapecie zamiast podsumowania pierwszego miesiąca. Cztery książki czekają na wpis, kolejne sześć w czytaniu. Najszybciej idzie mi jak zwykle Horst, a przyspieszam bo przecież mam dużą chrapkę na nowego Cormorana Strike'a.
Jakoś w styczniu przypomniała sobie o mnie Agora i bombarduje mnie mailami, ale niestety nie z książkami, tylko z muzyką. Zobaczę co mi podejdzie. Ostatnimi czasy jakoś niewiele mam przestrzeni żeby w spokoju wysłuchać płyty w całości.
Wysyp teatrów w tym tygodniu, recenzje więc pewnie w przyszłym.
A filmowo? Dużo dobrego zgromadzonego "na później", a teraz tylko wyglądać jakiegoś tygodnia luźniejszego. Serialowo duże opóźnienia - m.in. Chyłka na tapecie, zaczynam też Poirot z Malkovichem. A dziś o "Obławie" (Manhunt) - raptem trzy odcinki i może nie trzyma w napięciu jak inne seriale kryminalne, ogląda się go jednak sympatycznie.
Jakoś w styczniu przypomniała sobie o mnie Agora i bombarduje mnie mailami, ale niestety nie z książkami, tylko z muzyką. Zobaczę co mi podejdzie. Ostatnimi czasy jakoś niewiele mam przestrzeni żeby w spokoju wysłuchać płyty w całości.
Wysyp teatrów w tym tygodniu, recenzje więc pewnie w przyszłym.
A filmowo? Dużo dobrego zgromadzonego "na później", a teraz tylko wyglądać jakiegoś tygodnia luźniejszego. Serialowo duże opóźnienia - m.in. Chyłka na tapecie, zaczynam też Poirot z Malkovichem. A dziś o "Obławie" (Manhunt) - raptem trzy odcinki i może nie trzyma w napięciu jak inne seriale kryminalne, ogląda się go jednak sympatycznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







