Wczoraj Krajewski, to dziś kolejna gwiazda sceny kryminalnej. I jutro kolejna :) Czyta się coraz więcej. Ostatnie powieści Katarzyny Bondy o profilerze policyjnym Hubercie Meyerze wciągnęły mnie dość mocno, choć mam wrażenie, że prędkość z jaką się pojawiają jedna po drugiej, trochę zaczyna wpływać na ich jakość. Trochę co innego szlifować jakąś historię przez pewien czas, a co innego pisać szybko i jak najszybciej zbierać też uwagi... Czemu o tym wspominam? Przecież pewien schemat, który nie zawsze mi pasował, pojawiał się u Bondy już wcześniej. Chodzi o takie rozdęcie liczby wątków, hipotez, postaci, że mało kto za tym nadąża, a potem fundowaniu finału, który trzeba przyjąć na wiarę. Nie ma frajdy z towarzyszenia w śledztwie, z mimochodem rzucanych uwag i pomysłów Meyera nie wynika wiele. Ano wspominam, bo tym razem jakoś szczególnie wyraźnie mi to się zarysowało. Za dużo grzybów w barszczu, mętne powiązania, śledztwo, które posuwa się do przodu głównie dzięki przypadkom...
A mogło być ciekawie, bo przecież bohater znalazł się cholernie trudnej sytuacji. Po śmierci ukochanej nie tylko pogrążył się w depresji, obrywa na linii służbowej od ministra, który próbuje się na nim mścić, to jeszcze cała ta sprawa poszła w Polskę jako jego wielka porażka. Jak tu w takim razie odbudować swój autorytet, przecież praca to jedyne co jeszcze go jakoś trzyma przy życiu. Nie dość że boi się wciąż wypłynięcia niewygodnych dla niego faktów z przeszłości, to jeszcze i nowe zadanie jakie mu zlecono go nie cieszy. Baza danych, zbierająca informacje z różnych dochodzeń, ma pomóc w analizach, łączeniu spraw, wyjaśnianiu tych zamkniętych - to jego dziecko, ale do cholery Meyer nie chce siedzieć za biurkiem, do czego go się zmusza.