Co prawda notkę sobie naszkicowałem już ponad tydzień temu, a dziś już trochę inne klimaty muzyczne chodzą mi po głowie, ten krążek jednak wart jest osobnej notki, inne więc przekładam na potem.
Znowu - to efekt poszukiwań na Spotify, gdzie czasem buszuję, szukając czegoś nowego co wpadnie w ucho, żeby nie ograniczać się jedynie do tego co znam. I tu "zażarło". Głos Kelsey Lu ma w sobie tyle emocji, niepokoju. I nawet jeżeli chwilami zaskakujące są przejścia od czegoś bardzo popowego, po eksperymenty w stylu Björk, migawki jazzowe, to uznaję to za bardzo ciekawe spotkanie z artystką niebanalną. Może to kwestia tego konkretnego krążka, mocno nasyconego czymś bardzo osobistym, poświęconego rozstaniu.
Jest tu więc i gniew i ból, czułość i akceptacja, szukanie na nowo równowagi. I to chyba właśnie najbardziej mnie przyciągnęło. Nie tyle sprzeczności, choć rzeczywiście są tu różne nastroje, ale to że one są obok siebie, w naturalny sposób się splatają.
Chwilami bardziej popowo, a jednak wciąż czuje się chęć rozdmuchania tego w coś bardziej oryginalnego, a nie sztampę jakiej wiele w stacjach radiowych.
Obok elektroniki fortepian, saksofon, wiolonczela (akurat to naturalne bo gra nim Kelsey Lu). No powiedzcie sami, czyż to nie jest ciekawe?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz