wtorek, 22 grudnia 2020

Las i i ciemność - Marta Matyszczak, czyli choćby w firance, byle do ślubu

Moje spotkanie z Guciem i jego opiekunem (a teraz już chyba opiekunami) numer osiem. Cykl się rozwija, autorka wciąż zabiera nas w nowe miejsca, ale wiele elementów się nie zmienia. Za każdym razem jest trup, więc mamy do czynienia naprawdę z kryminałem oraz bohaterowie dostarczają nam spore porcji zabawy, czyli nie bez przyczyny nazywa się tą serię komediową. I muszę przyznać, iż mimo tego, że robi się dość przewidywalnie, że zagadki nie zaskakują, to na tyle polubiłem te postacie, że zamierzam dalej im towarzyszyć. Nie tylko Guciowi, ale i Solańskim... Tak, nie przejęzyczyłem się - Róża wreszcie zrealizowała swoje marzenie, czyli ślub się odbył! Jej Szymon jest już jej. A ona jego. Co prawda finał znowu miesza nam w głowach, ale tego dowiemy się już w kolejnej części. Ślubu chyba jednak nikt nie wymaże. To wszystko co się zdarzyło w trakcie przygotowań do niego, to niezły armagedon. 

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Charakterni, czyli Cud nieznanego świętego, Bracia Sisters i 21 mostów

Jedna z ostatnich paczek filmowych w tym roku. I tak mam wrażenie, że część tytułów mi ucieka i finalnie zapominam o nich napisać. Jednak próbuję nad tym chaosem panować.

Pierwsza propozycja ma dużo uroku ze względu na to, że to inna mentalność, inna kultura. Niespieszny rytm, pewne elementy komedii, kryminału i oto otrzymujemy historię, która może zafascynować. Oczywiście gdyby zamiast niewielkiej muzułmańskiej społeczności podstawić to wioskę z kościołem czy cerkwią, byłby podobny efekt, mimo wszystko mnie to bawi i zaciekawia.
Oto złodziejaszek kradnie sporą kwotę i ucieka przed policją. Tuż przed schwytaniem ukrywa torbę z pieniędzmi na pewnym wzgórzu i potem, po wyjściu z więzienia, próbuje to miejsce odnaleźć. Zdziwiony odkrywa, że wcale nie będzie to proste, bo w tym miejscu miejscowi zbudowali sanktuarium nieznanego świętego i całą dobę ktoś tam przebywa.

niedziela, 20 grudnia 2020

Śniegu już nigdy nie będzie, czyli potrzeby ciała, potrzeby duszy

Tytuł brzmi dość groźnie i proroczo, a patrząc za okna, wcale nie jest nam do śmiechu. Najnowszy film Szumowskiej (i Michała Englerta, który dotąd był jedynie operatorem, a teraz jest również współodpowiedzialny za całość) to film, który skłania do refleksji i trochę może wybić ze strefy komfortu, jaką zwykle sobie tworzymy wokół Świąt Bożego Narodzenia. To obraz szczególnie krytyczny wobec bogatej klasy średniej, ludzi, którzy uciekają z Warszawy, chronią się za wysokimi płotami, lubują się we wszystkim co modne, co drogie... Ale czy przypadkiem wielu biedniejszych nie patrzy na nich z zazdrością? Niby się śmiejemy z ich zadęcia, ale wielu, mając taką możliwość, chętnie by się zamieniło i potem zajadało tymi ślimakami, ośmiorniczkami, piło najlepsze wina, wydzwaniając z pretensją do ochrony, że ktoś obcy im za oknem stoi.

Gdy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z osiedla, na którym dzieje się większość akcji, zachciało mi się śmiać, bo w trakcie jednej z rowerowych wypraw, przypadkowo odkryłem tą oazę luksusu niedaleko Nadarzyna. Wielkie willo-pałace z kolumienkami, ale zdaje się, że wersja dla uboższych, bo to całe osiedle, jedna obok drugiej, z niewielkimi trawnikami, kwartały podzielone ulicami, a po nich zapieprza ochrona czuwając nad bezpieczeństwem mieszkańców. Kogoś nie stać na dużą działkę, a ma kompleksy to sobie buduje takie coś...

sobota, 19 grudnia 2020

Zaginiona kronika - Jacek Ostrowski, czyli jak Indiana Jones

Pan Jacek przyzwyczaił mnie do serii z mecenas Zuzą Lewandowską i teraz mam problem z jego najnowszą książką. Niewielki, ale jednak mam. No bo tak: jest akcja, jest zagadka do rozwiązania, poszukiwania, pościgi, morderstwa, skarby... No niczym o Browna albo w najlepszych książkach sensacyjno-przygodowych. Ten gatunek ma jednak to do siebie, że czytelnik albo widz muszą pogodzić się z pewnymi uproszczeniami, nie zadawać pytań, tylko cieszyć się z obserwowania pędzącej akcji.
I tak jest trochę tu. Tajny zakon, tajemniczy człowiek, który jak się okazuje zmarł 900 lat temu, ale teraz biega po mieście, bo stwierdził, że nie skończył wtedy misji, spiski, wywiad Izraela, szantaże, morderstwa, a w tym wszystkim dziennikarz, który wraz z przyjaciółką kiwają wszystkich jak chcą. W dodatku w maseczkach, bo wiadomo - pandemia.
Jak ja nie lubię takich "przypadkowych" zwycięstw, ratowania tyłka z każdej opresji, bezradności policji i szczęścia bohaterów, którzy rozwiązują prawie od ręki wszystkie zagadki. To dobre w książkach dla młodzieży, ale nie dla dorosłych. No chyba, że lubi się tą konwencję.

piątek, 18 grudnia 2020

Misja Greyhound, czyli przez martwą strefę


Dawno nie było produkcji tego typu na ekranach, bo nawet jak mieliśmy do czynienia z filmami wojennymi, to produkcje były rozbudowywane o jakieś wątki romantyczne, losy bohaterów itp. A tu sama esencja, czyli półtorej godziny działań wojennych. Raptem kilkadziesiąt godzin na morzu, ale ile emocji. Jeżeli ktoś lubi kino wojenne będzie miał frajdę!
Tom Hanks jak zwykle dobry i choć można by kręcić nosem na lekka pomnikowość granej przez niego postaci, trudno odmówić tego, że uczynił ją ciekawą i żywą. Tytułowy Geyhound to nazwa jednego ze statków, które płyną w konwoju ze Stanów do Europy. A bohater grany przez Hanksa jest dowódcą eskorty, która chroni statki przed atakami niemieckich U-botów. Mimo, że pierwszy raz dowodzi w takiej misji, radzi sobie wyjątkowo dobrze i to głównie dzięki niemu większość z 37 statków przepływa przez tzw. martwą strefę, gdzie nie mają możliwości korzystania z obrony z powietrza.

czwartek, 17 grudnia 2020

Ich matki, nasi ojcowie. Niewygodna historia powojennej Polski - Piotr Pytlakowski, czyli kim się czujesz

Takie pozycje niejednokrotnie budzą dużo kontrowersji, bo wiele osób uważa, że nie należy przypominać żadnych wojennych spraw, które by stawiały Polaków w złym świetle, bo wtedy relatywizuje się wszystkie krzywdy jakich doświadczali. To część dyskusji na temat tego na ile każda taka cegiełka prawdy, przywrócenia sprawiedliwości pokrzywdzonym, może być wykorzystana przez wrogów Polaków, by przedstawiać ich jako sprawców, a nie jako niewinne ofiary. Niestety - tzw. wielka historia nie lubi się z tą dotyczącą pojedynczych ludzi, których losy czasem są na tyle skomplikowane, że trudno postawić ich po jakiejś stronie. Co mają powiedzieć np. Ślązacy lub mieszkańcy terenów uznanych przez Niemców za ich ziemie, którzy zostali przez nich siłą wcieleni do armii? Dla Polaków i Rosjan, każdy kto choć na chwilę założył ten mundur, był Niemcem, więc był wrogiem. Co mają powiedzieć ludzie, którzy choć czuli się Polakami i byli prześladowani przez Niemców, ale z powodu tego, że zostali na ziemiach zachodnich uznani zostali przez żołnierzy ze wschodu za tych, których pochodzenie jest skażone? A co mają powiedzieć ci, którzy zostali po wycofaniu się armii Hitlera, cieszyli się nadchodzące wyzwolenie, a to czego doznali na przywitanie to gwałty, przemoc, grabieże?  
Pytlakowski podsuwa nam pojedyncze historie, próbując pokazać szerszą panoramę - że ogromna niesprawiedliwość jaka jego zdaniem dokonywała się po wojnie w Polsce, dotykała tysięcy, może nawet dziesiątek tysięcy. A coś co można nazwać wprost jako obrzydliwe okrucieństwo wobec cywili, tłumaczone prawem do zemsty i sprawiedliwości, mogła dotknąć nawet setek tysięcy ludzi.

środa, 16 grudnia 2020

3 razy Sean Connery jako Bond, czyli Pozdrowienia z Moskwy, Goldfinger i Operacja Piorun

  Zanim doczekam się premiery nowego Bonda, to chyba skończę sobie cały cykl. I czynię to nie bez przyjemności. Oczywiście - zgrzytają efekty, dłużyzny, ale jest też sporo fajnych scen, no i ten klimat :) A Sean jest wyborny jako Agent 007. Dziś pewnie by, choćby za oglądanie się za spódniczkami, był odsądzony od czci i wiary, ale jemu się wybacza. Nawet jak obrywa. A obrywa przecież wcale nie tak rzadko.

Pozdrowienia z Rosji jak na nasze skojarzenia z filmami o Bondzie jest dość "stacjonarny", ale te pierwsze takie właśnie są. Jest też dość specyficzny, bo to nie Bond realizuje jakąś misję (choć jemu się tak zdaje), tylko wszystko jest piętrową intrygą, dzięki której tajna organizacja Widmo chcą unieszkodliwić agenta, który im bruździ. Skoro od początku wiemy, że mamy do czynienia z prowokacją, to i emocje jakby mniejsze. On ma nadzieję, na przejęcia radzieckiego urządzenia szyfrującego, więc jak po sznurku daje się prowadzić i wyrusza wprost w pułapkę do Turcji.

wtorek, 15 grudnia 2020

Teściowe w tarapatach - Alek Rogoziński, czyli sanktuaria czy winnice?

 Zdaje się, że Alek Rogoziński próbuje doścignąć Remigiusza Mroza w tempie wydawania książek w jednym roku :) A może po prostu pandemia pisarzom służy i dzięki temu po zaledwie 6 miesiącach od pierwszego tomu o teściowych, dostajemy kontynuację cyklu. Kto polubił te jakże różne bohaterki, będzie miał niezłą frajdę. Jedna to wzorcowy przykład słuchaczki radia ... , karmionej przedziwną mieszanką propagandy TVP, uprzedzeń i nietolerancji pod przykrywką religijności i walki ze złem. Druga jest wyzwolona, zaangażowana w przeróżne protesty, otaczająca się podobnymi do siebie kolorowymi ptakami. Jak masz takie dwie "mamusie" to musisz bardzo dbać o to, by ich wizyty nigdy nie nakładały się na siebie, bo grozi to wybuchem.
Ale co wtedy, gdy z własnej woli postanowią wyjechać razem na krótki urlop? Jedna z nadzieją, na odwiedzanie świątyń, miejsc kultu, a druga celując w spa, winnice i kluby nocne? Niech się strzegą wszyscy, którzy wejdą im w drogę...

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Vice, czyli robiliśmy co trzeba - serio?

To ciekawe, że jakoś dużo mniej mamy do czynienia z "demaskatorskimi" filmami, które by odsłaniały kulisy rządów liberalnych, czy lewicowych, za to w ostatniej dekadzie mamy ich całkiem sporo tych walących mocno w "konserwę", szczególnie jeżeli chodzi o USA. A o przecież pewnie nie koniec, bo Trump aż prosi się o to, by walić w niego jak w bęben. Słabszy PR? Bardziej zdeterminowany przeciwnik? Pieniądze na takie filmy, bo to narzędzie do walki politycznej? Przecież demokraci/lewica też popełnia błędy i nie jest czysta. A mimo to jakoś z prawicy częściej możemy się pośmiać lub na nich powkurzać. 

"Vice" nadaje się do tego idealnie. Adam McKay cudownie potrafił utrzymać cienką granicę między trzymaniem się faktów, obnażaniem przerażających informacji, kłamstw i manipulacji, a satyrą i przerysowaniami. Niby się człowiek śmieje, a potem uświadamia sobie, że nie wszystko tu wcale jest takie zabawne i czuje jak ciarki biegają mu po plecach.

niedziela, 13 grudnia 2020

Pierwsza taka gwiazdka - Karen Schaler, czyli na nowo odnajdź w sobie radość


Na okładce chatka z piernika i wiadomo już, że będzie słodko. No i jest. To jedna z tych książek, które najlepiej czytają się właśnie w okresie świąt Bożego Narodzenia, gdy nawet ci, którzy nie lubią kiczu i słodzenia, dają się poddać tej magii. Wspólnie przeżywane święta to przecież nie tylko tradycje, choinka, prezenty, smakołyki, słodkości, ale także ciepło rodzinne, czas na odpoczynek, okazja do wybaczenia, przeprosin, czy rozpoczęcia czegoś od nowa. To wyjątkowy czas i fajnie zanurzyć się w takie historie, jakby nowe wersje "Wigilijnej opowieści", tylko może jeszcze przyprawione odrobiną romansu.

Pink Freud - piano forte brutto netto, czyli taką twarz jazzu mogą pokochac wszyscy

Wśród nowości płytowych miłe zaskoczenie dla ucha. Najpierw singiel, który wydał mi się bardzo wakacyjne, chilloutowy, a potem już dorwałem się do całości i gęba mi się coraz bardziej uśmiechała.
Co prawda singiel okazał się mało reprezentacyjny, ale może i dobrze, bo byłoby nudno. Jaka to płyta? Ano chodzi o najnowszy krążek Pink Freud, czyli kwartetu pod wodzą Wojciecha Mazolewskiego. Ich eksperymenty z jazzem zawsze wykraczały poza ramy gatunkowe - pokusili się nawet o covery punkrockowe, prawie każdy krążek jest inny. Ten jest... wyjątkowo melodyjny. I to właśnie zaskakuje. Jazz zwykle jednak kojarzy nam się mocno z improwizacją, z przestrzenią na każdy instrument, a tu - raczej harmonia, melodia, zespół, a brzmieniowo chwilami jest bardzo rockowo (choć nie brakuje też elektroniki). To kolejny żartobliwy eksperyment (popatrzcie chociaż na tytuły i wariacje na temat słowa Pink), szukanie czegoś co im w duszy gra. Może w okresie pandemii właśnie w takim kierunku zaprowadziły ich emocje. Na luzie, ze swobodą, wciągając nas w pulsującą energię lub też poddając delikatnemu kołysaniu. Ta muzyka żyje, rozwija się, oplata nas... I to jest w niej fajne. 

sobota, 12 grudnia 2020

Szamańska choroba - Jacek Hugo-Bader, czyli nie uwierzysz dopóki nie zobaczysz

Jacek Hugo-Bader podobno od kilkunastu lat myślał o tym temacie i oto jest - jego najnowsza książka, wydana zresztą zdaje się własnym sumptem (zerknijcie tu), w całości poświęcona szamanizmowi na terenach byłego imperium sowieckiego.
Mimo tylu lat panowania komunizmu, prób wyplenienia wszystkiego co dla tamtej władzy kojarzyło się z zabobonami, religią, światem duchowym, szamani wcale nie zniknęli, a w nowych czasach nawet całkiem dobrze się mają. Ludzie bowiem mają jakąś dziwną wewnętrzną potrzebę, by szukać pomocy nie tylko w nauce, pieniądzach, tym co namacalne, ale i w świecie duchów, które mogą się nami opiekować lub też zmienić czyjeś życie w koszmar.

Tuwa, Jakucja, Buriacja, Ałtaj, cały region środkowej Azji, terenów odległych od wielkich ośrodków, Syberia, to tereny gdzie autor szuka śladów tego fenomenu i próbuje go zrozumieć, dotknąć jego istoty. Nie ocenia, nie narzuca nam swojej opinii, choć chwilami czujemy jego sceptycyzm, ale stara się jak najlepiej poznać tych, których otoczenie traktuje jako szamanów, rozmawia o ich historiach życiowych, wypytuje o znaczenie rytuałów, ich działanie. Ta książka to podróż przez tereny Federacji Rosyjskiej i jednocześnie wędrówka do świata, który jest dość odległy. Oczywiście, podobnie jak w innych religiach, dla części ludzi którzy przychodzą do szamanów po pomoc, to jedynie część jakiejś tradycji, zabobonów, których nie rozumieją, ale są też tacy, którzy doświadczyli istotnej przemiany, uzdrowienia, więc dla nich spotkanie ze światem duchów, do którego szaman jest przewodnikiem (czy też pośrednikiem) ma jak najbardziej realne wymiary.

piątek, 11 grudnia 2020

30 gramów, czyli wciąż łowimy płotki

 Szukałem czegoś, ca na dziś mogę wrzucić w miarę szybko, bez zagłębiania się w detale i chyba mam. Może i taki obraz by przeszedł u mnie bez specjalnych emocji, gdyby nie to, że został wyprodukowany w Iranie. Bo że narkotyki, handlarze i bezradność policji w ściganiu takich przestępstw w Stanach to się przyzwyczailiśmy, ale tam? A tu proszę.
Mocny obraz tego jak wiele osób stacza się na dno przez używki, ale i niezłe kino akcji pokazujące jak zdeterminowany glina walczy żeby przynajmniej raz dopaść jakąś grubą rybę, wyeliminować całe laboratorium, a nie jedynie handlarzy. Żeby to zrobić Samad będzie działał na granicy prawa, choć tak często podkreśla konieczność przestrzegania go przez wszystkich. Jeżeli jednak można groźbami, manipulacją uzyskać jakieś informacje, może trzeba przymknąć oko na zasady?