Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2023

Angielka, czyli ja jedynie pragnę tego by zło było nazwane złem

Czy western umarł? Ano zdaje się niekoniecznie. Wciąż pojawiają się przykłady tego, że można ten gatunek pokazać trochę inaczej niż przed laty, zaskoczyć widza. Angielka poniekąd też jest dobrym przykładem, choć nie bardzo trafiła w moje gusta. Zawieszona jakby rozkrokiem między romansem, dramatem, nie wykorzystuje całego potencjału jaki był w tym pomyśle. Mamy świetne zdjęcia, kilka dobrych pomysłów, intrygę, która początkowo zaskakuje złożonością, zabrakło jednak jakiegoś elementu, który by to spiął w całość. Bohaterowie są ciekawi, tylko jacyś tacy jakby niepasujący do tej rzeczywistości. Radzą sobie w niej nieźle, są jednak trochę sztuczni z tymi swoimi dylematami.
Ona, Angielka z dobrego domu, która przeżyła dramat i przybyła tu szukać zemsty, choć jest kompletnie do tego nie przygotowana. I on - zwiadowca amerykańskiej armii pochodzący z plemienia Pawnee, który właśnie zakończył służbę i liczy na to, że będzie mógł osiąść i spokojnie uprawiać ziemię.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Siedem czarnych mieczy - Sam Sykes, czyli to jak Tarantino w świecie fantasy

Cóż to za jazda bez trzymanki. Fantasy, akcja, klimat jak z westernu. Niby prosta opowieść o zemście, ale ile tu ciekawych pomysłów i ile zwrotów akcji. Jedyne do czego można by się przyczepić to fakt, iż bohaterka obrywa tyle razy, że 100 razy powinna umrzeć, a i tak się podnosi za każdym razem i jakimś cudem zbiera siły by działać dalej. W pewnym momencie przestajesz więc być zaskoczony rozwojem akcji i nawet motyw grożącego jej wyroku śmierci, wydaje się do odwrócenia.
Na pewno ciekawa jest sama postać bohaterki. Cyniczna, bezwzględna, odpychająca od siebie innych. I skuteczna. Ma misję, którą chcę doprowadzić do końca. Nawet choćby świat się wokół niej palił. Dodajmy zwykle podpalany jest za jej przyczyną. Tak to właśnie jest z Sal Kakofonią. Stała się legendą, przed którą wszyscy drżą. A to za sprawą broni, która nie jest zwyczajną bronią.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Charakterni, czyli Cud nieznanego świętego, Bracia Sisters i 21 mostów

Jedna z ostatnich paczek filmowych w tym roku. I tak mam wrażenie, że część tytułów mi ucieka i finalnie zapominam o nich napisać. Jednak próbuję nad tym chaosem panować.

Pierwsza propozycja ma dużo uroku ze względu na to, że to inna mentalność, inna kultura. Niespieszny rytm, pewne elementy komedii, kryminału i oto otrzymujemy historię, która może zafascynować. Oczywiście gdyby zamiast niewielkiej muzułmańskiej społeczności podstawić to wioskę z kościołem czy cerkwią, byłby podobny efekt, mimo wszystko mnie to bawi i zaciekawia.
Oto złodziejaszek kradnie sporą kwotę i ucieka przed policją. Tuż przed schwytaniem ukrywa torbę z pieniędzmi na pewnym wzgórzu i potem, po wyjściu z więzienia, próbuje to miejsce odnaleźć. Zdziwiony odkrywa, że wcale nie będzie to proste, bo w tym miejscu miejscowi zbudowali sanktuarium nieznanego świętego i całą dobę ktoś tam przebywa.

środa, 23 sierpnia 2017

Syn, czyli budujemy majątek, by przekazać go dzieciom

Na jakieś puste miejsce na blogu wskoczyła notka o filmie Zjawa, czyli o ziewaniu, ale dziś coś w klimatach dzikiego zachodu, co wzbudziło dużo większą moją sympatię. Wystarczyła informacja o tym, iż szykowana jest ekranizacja powieści Philippa Meyera (ja wciąż przed lekturą), już byłem całym sercem przy tym serialu. 
Niby jakoś nigdy nie przekonałem się do The Walking Dead, czyli AMC, mimo dobrych opinii pomijałem na liście ulubionych, ale teraz z ciekawością wyglądałem kolejnych odcinków. 
Domyślam się, że na potrzeby ekranizacji złagodzono mocno pewne sceny, trochę wypolerowano tę historię, ale i tak ma ona w sobie sporo przemocy, nawet jeżeli nie pokazuje wszystkiego wprost. Akcja rozgrywa się na przestrzeni 150 lat i śledzi losy trzech pokoleń rodziny McCulloughów. 
Eli, dziś charyzmatyczny nestor rodu (bardzo pasuje do tej roli Pierce Brosnan), ma swoje tajemnice. Gdy był młodym chłopakiem został porwany przez plemię Komanczów, na jego oczach zamordowano mu rodzinę, ale lata spędzone w niewoli powoli zmieniały go i w pewnym momencie bardziej pragnął zostać zaakceptowany przez Indian, niż wrócić do swoich. Mamy dwie przeplatające się historie: współczesna walka o utrzymanie ziemi, nie tylko związana z napadami Meksykanów, walczących o przyłączenie Teksasu do ich ziemi, ale i z długami, oraz pobyt wśród Komanczów, pierwsza miłość, przyjaźń, poznawanie ich zwyczajów. Obie równie ciekawe, choć ich połączenia możemy się jedynie domyślać.  

niedziela, 7 maja 2017

Nienawistna ósemka, czyli nie pytaj tylko strzelaj

 Odświeżam sobie "Miasteczko Twin Peaks", zapycham dekoder do granic możliwości, ale jeszcze co nieco wpycham na niego innych rzeczy. Takich, które jakoś ominąłem w kinach, mając dziesiątki innych rzeczy na głowie. Z różnych wydarzeń, spotkań, premier, zapisanych i ciekawych tytułów, udaje się skorzystać może z 20%... A resztę trzeba szukać potem już np. na małym ekranie albo żałować jeżeli to wystawa lub teatr (jak np. wystawa japońskich drzeworytów). Najłatwiej z filmami. I upolowałem wreszcie najnowszą produkcję Tarantino. Django bardzo lubię, ale Nienawistna ósemka (mimo świetnej obsady) mnie niestety trochę rozczarowała.

sobota, 1 października 2016

Siedmiu wspaniałych, czyli w następnej wersji kobiety będą stanowiły połowę drużyny

Zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do prób odświeżania filmów sprzed lat. Amerykanie uwielbiają tego typu produkcje, ale może dlatego, że tam dominuje widz młody, a ci często ignorują wszystko co stare. Skoro nawet powieści teraz przerabia się na nowo (Ben Hur), to co mówić o filmach. O ile więc klasyczny western toleruję, to niedościgniony jest jednak dla film Kurosawy. I to przede wszystkim do niego bym zachęcał. Tu pozostaje jedynie dvd. Jeżeli jednak nie macie uprzedzeń, bierzecie poprawkę, że to czysta rozrywka, a nie ściganie się z legendą, to "Siedmiu wspaniałych" może okazać się całkiem fajnym seansem. Zabawne jest to jak za Oceanem wszystko w tej chwili się poprawia pod kątem poprawności politycznej (musiała więc pojawić się mocna rola kobieca, a wśród bohaterów Indianin, Azjata, Meksykanin, Afroamerykanin, zaraz, zaraz zabrakło Muzułmanina - to straszne! Żądamy nowej wersji!). Czy to naprawdę takie istotne, czy w każdej historii muszą zaistnieć parytety? Klasyczna siódemka bohaterów staje się więc w produkcji Antoine'a Fuqua ("Dzień próby") troszkę bardziej urozmaicona. To nadal ludzie wyrzuceni poza nawias społeczności, funkcjonujący po swojemu, ale mający swój honor.

niedziela, 1 maja 2016

Za garść dolarów, czyli tak przegrzewała się strzelba. I konkurs.

O pozostałych dwóch filmach tzw. trylogii dolarowej już pisałem, pora więc domknąć historię. Eastwood w chyba najbardziej komiksowym z tych trzech filmów. Dziś ta prosta historia i pewne sceny mogą raczej bawić niż emocjonować, ale to trochę jak z starym Bondem - ogląda się nie dlatego, że to dziś kogokolwiek trzyma w napięciu, ale mamy frajdę z odkrywania jak budowano pewien gatunek, jak bawiono się kinem, schematami lub jak je przełamywano.
Tym razem małe przygraniczne miasteczko jest polem zmagań między dwoma rodzinami (a raczej bandami) - dotąd dzielili się strefami interesów (jedni broń, drudzy alkohol), ale wiadomo gdzie pieniądze, równowagi nie będzie zbyt długo. A mieszkańcy muszą znosić ich rządy, bo kto nie chce się podporządkować, ten ginie. Bezimienny bohater (Clint, bo któż by inny) próbuje tak manewrować, by i u jednych, i drugich uszczknąć troszkę kasy, ale nie tylko o to wzbogacenie mu chodzi. Facet, choć sprawia wrażenie cynika i zimnego drania, serce ma wielkie - szczególnie dla potrzebujących, więc szybko orientujemy się próbuje napuścić jednych na drugich, by wzajemnie się powybijali. I tak chce zasiać sprawiedliwość...

poniedziałek, 25 maja 2015

Potrzebny nam dobry szeryf, czyli Za kilka dolarów więcej i Dobry zły brzydki

No dobra, mamy nowego prezydenta.
I pozostaje nadzieja, by nie zawiódł pokładanych nadziei. Bo o to łatwo. Ludzie często mają tendencję do tego by marudzić, wyczekiwać zmian, marzyć o szeryfie, który zrobi porządek, janosiku, który odbierze bogatszym i doda trochę do ich portfeli. Sprawiedliwym, odważnym, aktywnym, mądrym... I tak by można ciągnąć tą listę.
I sami widzicie obok z jakimi filmami dziś skojarzyło mi się to nasze wyborcze szaleństwo i emocje. Do estetyki westernu tym razem nikt się nie odwoływał, ale przecież wiadomo, że to tylko symbole pewnego porządku. Chaosu i bezprawia, w które wkracza ten, który ma zrobić porządek. Najlepiej sam. Albo dając przykład i pociągając swoim wzorem innych. Żeby tylko rzeczywistość była tak mało skomplikowana, a podziały tak wyraźne, to jeszcze pół biedy. Pozostaje nam chyba marzyć i oglądać westerny. Ostatnio z ogromną przyjemnością obejrzałem dwa (i poluję na trzeci) ze słynnej trylogii Sergio Leone. Po tylu latach, wciąż bawią i zachwycają pomysłami.


czwartek, 24 lipca 2014

Ostatni zachód słońca, czyli dwóch twardzieli w melodramacie. I konkurs: Klub Książki Kobiecej

Kolejny "klasyk" upolowany w tv. Nigdy specjalnie nie lubiłem westernów, zachwyca mnie czasem muzyka, ale sama fabuła i postacie są jak dla mnie zbyt schematyczne. Skoro jednak  człowiek ma możliwość zapoznania się z tym co dawniej uchodziło za przełom w kinie, jakąś nowość lub przynajmniej coś bardzo popularnego, z ciekawością zasiadam przed ekranem.

Ostatni zachód słońca, jak na kino gatunkowe ma niewiele scen prawdziwie "kowbojskich" - faceci więcej tu gadają, tańczą lub śpiewają, niż używają broni. No ale są konie i bydło, więc może to wystarczy by uznać ich za prawdziwych twardzieli z dzikiego zachodu. Skoro śpią pod chmurką, w siodle trzymają się jakby się w nim urodzili, a spluwa to jakby przedłużenie ręki, to fakt że niewiele jej używają w filmie, musimy jakoś im darować.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Jeździec znikąd, czyli nie ten brat, albo inaczej gdzie ci Indianie

Ostatni weekend był intensywny kulturalnie, ale to wszystko dlatego, że dzieci daleko, więc mamy troszkę czasu dla siebie. Remont się nam obsunął, wyjazd na razie gdzieś daleko na horyzoncie, zostały więc wypady na rowerkach i jakieś wspólnie przeżywane przyjemności... Jak kino to teraz koniecznie na Johnny'ego Deppa - oznajmiła moja druga połówka, a że jakoś specjalnie do kina rozrywkowego awersji nie mam, dostosowałem się z przyjemnością.
Zawiedzeni będą chyba jednak ci, którzy spodziewali się lekkiej przygodówki na miarę Piratów z Karaibów (tyle, że w stylizacji westernowej). Niby wszystko jest podobnie - trochę humoru, masa akcji i tempo, które zwalnia tylko na krótkie chwile, Johny Deep, który jak zwykle tworzy postać jedną w swoim rodzaju, jakiś romansik, spektakularne sceny walk, gonitw i wybuchów... Ale tym razem w tej historii jest też sporo treści całkiem poważnych.

poniedziałek, 4 marca 2013

Django, czyli albo się to polubi, albo...

No właśnie albo się kino Tarantino lubi, bawią nas pewne nawiązania do historii kina, gra z widzem, czarny humor i przerysowanie, albo stwierdza się, że to wszystko głupoty, rzeź, rąbanka i wszyscy, którzy to lubią to psychopaci. Tym samym chyba przyznaję się do posiadania pierwiastka psychopatii, bo czasem naprawdę bawią mnie jego filmy. Facet jest po prostu świetny w tym co robi, totalnie pokręcony i wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzcie sami czyż pomysł by  w klimacie spaghetti westernów podsunąć nam ciut przewrotną politycznie opowieść o zemście byłego niewolnika nie jest zaskakujący? O filmie powiedziano i napisano już całkiem sporo, więc ja nie będę się specjalnie rozgadywał, dodam jednak, że jak dla mnie to były jeden z lepszych nominowanych w tym roku filmów i zasłużył na Oscara (było do przewidzenia, że za film i za reżyserię nie dostanie, bo Akademia jest zbyt zachowawcza, ale scenariusz był pewniakiem). Dwie i pół godziny - może trochę nierówne, ale i tak kapitalne i pewnie nie raz będę do tego obrazu wracał choćby dla niektórych scen i dialogów.

poniedziałek, 31 października 2011

Rącze konie - Cormac Mc Carthy czyli zauroczony

Cormac McCarthy to pisarz, który kusi mnie już od dawna. Znam już kilka ekranizacji jego powieści i za każdym razem stwierdzam (a przecież zwykle ekranizacja i tak nie dorównuje książce), że są to dzieła niebanalne, w których scenariusz jest jedną z mocniejszych rzeczy. Kusił, aż wreszcie zdecydowałem, że mimo braku czasu na czytanie róznych rzeczy chyba przyszła pora i wiecej odkładać lektury jego powieści nie ma co. Spotkanie z McCarthym pora zacząć. A zaczynam od tzw. trylogii pogranicza i jej pierwszego tomu, potem najwyżej cofnę się do wcześniejszych powieści.

czwartek, 30 czerwca 2011

Prawdziwe męstwo, czyli niewinność i determinacja

Koniec czerwca i mimo ostatnich kłopotów technicznych z blogiem obiecalem sobie, że "wyrobię normę" notatek. Kurcze - pół roku to niezły maraton, ale ja nie mam dość, trochę może wprowadzę porządków do archiwum, może za jakis czas konkurs, ale jestem pełen motywacji, że wakacje nie przeszkodzą mi i w kosztowaniu rzeczy ciekawych i w tym aby sie nimi dzielić. Odwiedzin sporo więc mimo niewielu komentarzy mam nadzieję, że można znaleźć tu coś ciekawego dla siebie :)
A notka na dziś to nadrabianie zaległości z tegorocznych Oscarów. Sam nie wiem czemu tyle odkładałem obejrzenie tego filmu. Może dlatego, że nie przepadam za westernami? A tym razem bracia Coen postanowili nakręcić właśnie coś w tym gatunku. Ale zrobili to trochę po swojemu - nie spodziewajmy się więc przygody, pościgów, strzelanin, super uczciwych szeryfów i tym podobnych schematów, które przychodza nam do głowy. Prawdziwe męstwo najbliżej chyba będzie dramatowi. I podobnie jak w ostatnich filmach tych reżyserów treścią jest nie tylko sama historia ale pokazanie pewnej konfrontacji - jak w świecie bez wartości i zasad zachować swoje morale, jak nie zginąć zbyt szybko, jak sobie radzić w trudnym świecie bez honoru, uczciwości i krztyny miłosierdzia.