Nie raz już zachwycałem się miniaturami scenicznymi Teatru Młyn.
Nazywam je tak, bo rzadko kiedy trwają dłużej niż 70 minut, dostarczają
jednak całej masy emocji i nie raz ciekawych przemyśleń.
Czasem
rozśpiewane, lżejsze, ale nawet wtedy nie brakuje tam miejsca na
bardziej trudne i bolesne sprawy. Natalia Fijewska-Zdanowska
(scenariusz, reżyseria), ma dar do tego, by wychwytywać żywy język jakim
się posługujemy, jak się kłócimy, przekomarzamy, jak wyrażamy nasze
marzenia, tęsknoty, a jak bezradność. W najnowszej premierze udowadnia
to po raz kolejny.
"Niedzielne popołudnie" to słodko-gorzki obrazek
z życia pary. Pewnych rzeczy się domyślamy, pewne wiemy od początku, a
niektóre dopiero zostaną nam zdradzone w trakcie. Od zwykłych
przekomarzanek, żartów, codzienne narzekania, czułości lub tęsknotę za
nimi, aż do słów, które być może nie powinny zostać wypowiedziane. A
może powinny, skoro dusiło się je w sobie, skrywało lub z drugiej strony
wyczekiwało się ich z obawą...