czwartek, 6 grudnia 2018

Miasta równoległe, czyli komu zależy by ten podział istniał?


Cztery odcinki, duży apetyt, bo połączenie kryminału i SF obiecywało coś smakowitego. Jesteśmy wrzuceni od razu mocno w pewne realia, bez tłumaczenia zasad tego świata i to trochę może przeszkadzać. Dwa miasta oddzielone czymś w rodzaju muru, każde z nich zupełnie inne, przejście pilnowane przez policję - przypomina Berlin, prawda? I wizualnie też twórcy bardzo nie poszaleli, bo obrazki jako żywo przypominają konfrontację szarej nijakości socjalistycznej i przepychu kapitalizmu. Ba, nawet mundury podobne.
Do tego jednak jeszcze są dodatkowe elementy: jacyś "czarni", których boją się wszyscy po jednej i po drugiej stronie granicy, strażnicy porządku i istniejących podziałów, jakieś schizy przy przechodzeniu z jednego miasta do drugiego - tak jakby wywoływało to trudności psychiczne... No i podziemne miasto, które podobno istnieje tuż obok, marzenie wszystkich buntowników, legendarna i utopijna kraina, w której postęp poszedł dużo bardziej do przodu.
Kadr z serialu „Miasto równoległe”
Ta tym trójkącie rozpisano śledztwo w sprawie morderstw kobiet, które znikają, a potem pojawiają się po drugiej stronie granicy. Prowadzi je detektyw, dla którego to nie jest zwykłe zadanie - przed laty w podobny sposób zniknęła jego żona. Nic więc dziwnego, że dużo mocniej angażuje się w rozwiązanie zagadki, nawet gdy nie podoba się to przełożonym.
Beszel i Ul Qoma - skonfliktowane, żyjące trochę jakby zupełnie innym tempem, wbrew wszelkiej logice, tak bliskie, a tak inne. Tego dystopijnego potencjału mam wrażenie nie do końca wykorzystano, grzęznąc trochę na mieliźnie, w egzystencjalnych rozterkach i wspomnieniach policjanta. Nie wystarczą same "przebłyski" żeby coś widzowi wyjaśnić, to się robi po prostu męczące i niestety finał z rozwiązaniem zagadki też jest rozczarowaniem. A szkoda.
Powoli kończę wszystko co miałem na dysku z tv, będę rozglądał się za nowymi serialami. No i może wreszcie wezmę się za zbiory netflixowe, których przecież już trochę mam zaległych. Może 1983 okaże się lepszy?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza