Chyba już trzeci raz wracam do tej powieści. Tym razem trochę skuszony tym, że DKK wybrał ją na lekturę, ale to powrót, w którym jest też dużo przyjemności i delikatnego zawahania, czy nadal będzie ona wywierać tak mocne wrażenie jak kiedyś.
Gdy czytałem ją po raz pierwszy nie wiedziałem nic o samym Clavellu, nie wiedziałem, że sam doświadczył sporo z tego co opisuje w tej powieści. Koszmar codziennego życia w japońskim obozie dla jeńców może nie jest aż tak wielkim horrorem jak obozy koncentracyjne w Europie, ale ludzie w nich osadzeni, doświadczali identycznej traumy, podobnie jak głodu, chorób, czy przemocy ze strony strażników. To co u Clavella specyficzne, to fakt, że w obozie są jedynie żołnierze, w dodatku podzieleni mocno na podobozy, w których nadal bardzo ważną rolę grają narodowość, czy stopień wojskowy.
Cała ta historia przyjaźni głównego bohatera, z jednym z największych cwaniaków obozowych, który zarabia na handlowaniu ze strażnikami, przekrętach, kiedyś tak fascynująca, dziś dla mnie nie jest tak wciągająca - może dlatego, że ją już znam. Zwracałem więc tym razem przy lekturze uwagę na inne sprawy.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
czwartek, 13 lipca 2017
środa, 12 lipca 2017
Harper, czyli złe wybory też są lekcją życia
Letni festiwal organizowany przez Teatr Dramatyczny to prawdziwa uczta, by za nieduże pieniądze zobaczyć to co najciekawsze w ich repertuarze w tym roku. Do końca lipca niewiele już zostało, ale parę perełek znajdziecie (tylko czy bilety jeszcze są?). Namawiam gorąco.
Okazja by zobaczyć Harper pojawiła się dość niespodziewanie, ale przecież obok wypadu do teatru nie można przejść obojętnie, prawda?
Dość kameralny dramat oddziałuje na widza głównie warstwą psychologiczną, emocjami, które chwilami są skrywane, by potem wybuchnąć z wielką mocą. Trochę to wszystko ibsenowskie, surowe, chwilami dość dziwne, ale nie ukrywam, że również ciekawe. Nawet jeżeli nie rozumie się wszystkich
wyborów, decyzji głównej bohaterki, brakuje nam empatii, by do końca ją zaakceptować, to jednak jej historia porusza.
wyborów, decyzji głównej bohaterki, brakuje nam empatii, by do końca ją zaakceptować, to jednak jej historia porusza.
wtorek, 11 lipca 2017
Komiksy - superbohater PRL, czyli moja młodość
Dziś jakby trochę na nowo odkrywam komiksy, dzięki znajomemu, który podsuwa mi smakowite kąski (zobaczcie w zakładce przeczytane na samym końcu), ale przecież moje dzieciństwo było nimi wypełnione. Kapitan Żbik, Kleks, Kajko i Kokosz, Tytus i cała masa innych bohaterów, czasopisma takie jak Świat Młodych... Dla mojego pokolenia był to sposób na ucieczkę w świat wyobraźni, inspiracja do tego by samemu zacząć coś rysować (mam takich znajomych).
Z jakąś radością zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć na Canal+ Discovery pierwszy odcinek serialu o twórcach komiksów z PRL. Piszę na gorąco, bo jeszcze w tym tygodniu do upolowania jest pierwszy odcinek, opowiadający o twórcy Tytusa, Romka i A'Tomka, czyli Papcia Chmiela. A potem co tydzień, jeszcze dziewięć części tego serialu dokumentalnego. Cudowna sprawa.
Nie tylko dla tych, którzy będą przypominać sobie komiksy ze swojego dzieciństwa (ja uzbierałem sobie wszystkie stare tomy Tytusa, by mieć je na półce), ale i dla tych, którzy ich nie znają, zaczytują się w zupełnie innych zeszytach, bardziej współczesnych, może brutalnych, dopracowanych graficznie... Tyle, że większość rysujących komiksy w Polsce wychowała się właśnie na tym co możecie zobaczyć w tym serialu. To te plansze rozpalały ich wyobraźnię, bawiły, pobudzały do wymyślania własnych historii. I to własnie oni też mają sporo tu o tym do powiedzenia.
Z jakąś radością zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć na Canal+ Discovery pierwszy odcinek serialu o twórcach komiksów z PRL. Piszę na gorąco, bo jeszcze w tym tygodniu do upolowania jest pierwszy odcinek, opowiadający o twórcy Tytusa, Romka i A'Tomka, czyli Papcia Chmiela. A potem co tydzień, jeszcze dziewięć części tego serialu dokumentalnego. Cudowna sprawa.Nie tylko dla tych, którzy będą przypominać sobie komiksy ze swojego dzieciństwa (ja uzbierałem sobie wszystkie stare tomy Tytusa, by mieć je na półce), ale i dla tych, którzy ich nie znają, zaczytują się w zupełnie innych zeszytach, bardziej współczesnych, może brutalnych, dopracowanych graficznie... Tyle, że większość rysujących komiksy w Polsce wychowała się właśnie na tym co możecie zobaczyć w tym serialu. To te plansze rozpalały ich wyobraźnię, bawiły, pobudzały do wymyślania własnych historii. I to własnie oni też mają sporo tu o tym do powiedzenia.
poniedziałek, 10 lipca 2017
Obywatel, czyli wielkie słowa i idee, tylko ludzie mali
Oj nie wyszedł Jerzemu Stuhrowi ten film. Coś, co miało nawiązywać do Piszczka, pokazywać naszą historię najnowszą trochę z przymrużeniem oka, a jednocześnie piętnować wszystkie nasze wady narodowe, jest jedynie zlepkiem mniej i bardziej udanych scenek, w których naprawdę trudno szukać okazji do prawdziwego uśmiechu. Komedia? No naprawdę, z takim poziomem żartów, ładowaniem z artylerii głównie w jedną stronę (kościół i prawica), ten film być może będzie oglądany przez tych, którzy wciąż tęsknią za PRL, szydzą wraz z Urbanem z wszystkiego co po 89, twierdząc, że to co stało u podstaw obalenia socjalizmu, to jakiś głupi przypadek i banda fanatyków, która dała się ogłupić. Czasem rzeczywiście szlag człowieka trafia ile jeszcze w ludziach jest tej mentalności (państwowe, to nie nasze; byle się nachapać; TKM; jak nie z nami...) sprzed lat, ile bierności, a jak mało potrafimy działać wokół siebie, uwierzyć w społeczeństwo obywatelskie. Obawiam się jednak, że takimi diagnozami, raczej jedynie się jątrzy, a nie cokolwiek zmienia, czy buduje.
Łopatologiczne walenie oskarżeniami, że każdy Polak, niezależnie od ustroju i przekonań to antysemita i rasista jest mało smaczne. A takich rzeczy jest tu więcej. I nawet nie chodzi o to czy potrafimy się śmiać sami z siebie, przyznać się do wad, bo jeżeli ma to wyglądać tak, że alternatywą dla pomników i mitologizacji historii ma być jej obśmianie i obrzucenie błotem, to ja nie wiem co gorsze.
Bezsenność - Stephen King, czyli przekleństwo i dar
Stephen King zwykle kojarzy się z horrorami, z mrocznymi thrillerami, z klimatem, tajemnicą, a tu książka, która jest zupełnie inna. Nawet trudno ją dokładnie jakoś zakwalifikować. Elementy Sci-Fi, przeplatają się z dramatycznymi zdarzeniami ze świata realnego oraz z rozważaniami pewnego starszego pana cierpiącego na bezsenność. Czy z takiego połączenia może wyjść coś ciekawego. Oceny różnych książek Kinga wskazują zwykle, że "Bezsenność" jest chyba największym zawodem, dla tych którzy szukają czegoś łatwego, strasznego, klimatycznego. Ta cegła może rzeczywiście zmęczyć, gdy przewracasz kolejne strony i wciąż nie widzisz rozpoczęcia się "tego na co czekasz". Ale wiecie co?
sobota, 8 lipca 2017
Ocean desperacji, czyli parę zaskoczeń jest

No tak: schemat już parę razy na ekranie przerabiany, czyli wakacje w odległym kraju, trochę pecha, konflikt z miejscowymi, którzy wyczuwają okazję do zrobienia biznesu, szantaż i potem już jazda bez trzymanki, bo nawet jak zapłacisz, nie jesteś pewny czy odzyskasz rodzinę.
Mimo tego, że schemat znałem, parę razy jednak udało się twórcom "Oceany desperacji" mnie zaskoczyć. Zwykle bowiem w tego typu produkcjach, aby nie straszyć widza za bardzo, zagrożenie mu się raczej sugeruje, niż pokazuje coś prawdziwego, unika się robienia z głównego bohatera jakiegoś potwora - ma być zdeterminowany, ale jednocześnie jednak hamować się przed przekraczaniem pewnych granic. Tu jednak historia, która niby układa się według jakiegoś przewidywalnego układu, ma w sobie kilka niespodzianek. Zupełnie tak jakby ktoś sobie trochę igrał z widzem: a właśnie, że nie doprowadzimy do zakończenia, którego oczekujesz.
Yamatai, czyli niełatwe budowanie
Kolejna nocka przy planszówkach, więc na razie dochodzę do siebie. Recenzja się ciut później, a jeżeli lubiecie bardziej rozbudowane, profesjonalne recenzje, z opisem zasad, to od razu uprzedzam, że to raczej nie u mnie. Ale Zerknijcie na recenzję Tomka (od niego też fotki).
Yamatai to tytuł bardzo fajny, dopracowany graficznie, przypadł mi do gustu, mimo, że pod koniec trochę się nam rozgrywka już dłużyła. Po raz kolejny rywalizowaliśmy ze sobą w opracowywaniu strategii jak najszybszej zabudowy mapy swoimi budynkami, ich jakością, zatrudnianymi doradcami. Walk tu nie ma, ale emocji nie brakuje.
Yamatai to tytuł bardzo fajny, dopracowany graficznie, przypadł mi do gustu, mimo, że pod koniec trochę się nam rozgrywka już dłużyła. Po raz kolejny rywalizowaliśmy ze sobą w opracowywaniu strategii jak najszybszej zabudowy mapy swoimi budynkami, ich jakością, zatrudnianymi doradcami. Walk tu nie ma, ale emocji nie brakuje.
piątek, 7 lipca 2017
Facet do wymiany, czyli nawet nie chce mi się pisać
Widziałem. I żałuję. To jest tak słabe, że aż żenujące.A ja tak lubię komedie francuskie i tyle sobie obiecywałem.
To miała być komedia, a do śmiechu nie ma tu prawie nic. Film opowiada o kryzysie aktora po 40, który nagle orientuje się, że zostały mu jedynie role ciapowatych tatusiów. Jak wybrnąć z takiej sytuacji i znów stać się obiektem pożądania, symbolem seksu, imprezowym zwierzęciem, choć to nigdy nie było w jego charakterze? W swoich pomysłach zrzucenia kapci, zyskania uwagi bohater (Guillaume Canet, który jednocześnie jest reżyserem "Faceta do wymiany") jest nie tyle zabawny, co po prostu żałosny. Skóra, modna fryzura, ćwiczenia, farbowanie włosów, czy wreszcie botoks, zwracają na niego uwagę, ale raczej w kontekście negatywnym - nie ma nic w tym ze sławy, raczej politowanie. A mimo to, nie rezygnuje.
Jest w stanie odrzucić nawet ukochaną, dzieci i dom, byle podążyć za swoim marzeniem - być w oczach świata wciąż młodym i pięknym.
Temat daje potencjał komediowy, ale tu po prostu nie wyszło. Ani dialogi, ani gra aktorska, ani scenariusz rozciągnięty na maksa. Dawno nie nudziłem się tak bardzo na filmie, oczekując końca. Komedia, w której nie ma nic zabawnego - to się zdarza. Ale żeby przynajmniej było tu coś do przemyślenia, coś niegłupiego. Nie ma nic. Wychodzisz z wizją sztucznej twarzy bohatera, ale o tym też chcesz jak najszybciej zapomnieć.
Na szczęście w te wakacje chyba jeszcze przynajmniej trzy lekkie filmy francuskie na naszym ekranie, więc mam nadzieję, że ten niesmak szybko przykryję jakimiś fajnymi wspomnieniami z kina.
czwartek, 6 lipca 2017
Król Artur. Legenda miecza, czyli choćby dla samej muzyki i montaży trzeba zobaczyć

Guy Ritchie ma już swój niepowtarzalny styl i grono fanów. Zdarzają mu się oczywiście wtopy, rzeczy słabsze, ale pod względem wizualnym, pomysłów na pokazanie pewnych scen, facet ma po prostu świetnego nosa. I tak jest i z "Legendą miecza". Jest spora grupa kręcących nosem: to przecież nie jest legenda króla Artura, co on wydziwia, itp. Zrobił to po swojemu, bawi się pewnymi wątkami, miesza, robi z tego mieszankę widowiska, komedii, fantasy. Ale w efekcie dostajemy film, który po prostu jest świetną rozrywką. Pod tym względem robi wrażenie, wbija w fotel i nie mam zamiaru marudzić na mielizny scenariusza, efekciarstwo, czy takie sobie aktorstwo. Ritchiemu po prostu znowu się udało. I trzymam kciuki za sukces finansowy, bo może wtedy doczekamy się jeszcze jakiegoś widowiska historycznego? Robin Hood? To mogłoby być zabawne.środa, 5 lipca 2017
Rewizja - Remigiusz Mróz, czyli w miesiąc???
Co prawda Mroza nie mam, ale myślę, że ciekawe tytuły i owszem.
Ale na blogu dziś Mróz. Nadrabiam zaległości pilnie. Forst w potrójnej dawce już za mną, a teraz również i Chyłka. Podobno "Rewizja" powstawał przez miesiąc i muszę powiedzieć, że to się czuje. O ile "Zaginięcie" trochę się ślimaczyło, to tu mam wrażenie, że powstał szybko szkielet, w którym nie mogło zabraknąć starcia na sali sądowej, a potem drogi autor wypełniał to luźnymi scenami. Przynajmniej takie to sprawia wrażenie. Sama intryga nie jest zła: oto zamordowane zostają kobieta z dzieckiem, dodajmy, iż ze szczególną brutalnością i dość szybko podejrzenia padają na jej męża. No bo jak to - Cygan, który pracuje za jakieś nieduże pieniądze na budowach, żona nie Cyganka i w dodatku ubezpieczona na bajońską sumę?
wtorek, 4 lipca 2017
W starym, dobrym stylu, czyli społeczeństwo powinno pomagać starszym (dobrze by było)

Dziś rozpoczął się u mnie konkurs z dwoma kryminałami do zdobycia, ale na wieczór zaplanowałem coś bardziej w komediowym stylu.
Niby wakacje najczęściej w kinach są okresem gdy nie za wiele w nich rzeczy wartościowych, to czasem trafi się coś takiego, że mówisz: tak, to jest to. Rozrywka, ale jak najbardziej na poziomie. Ostatni raz czułem się tak chyba przy "Praktykancie", więc chyba jest coś w tym, że aktorzy, którzy mają już swoje lata, nasi starzy znajomi, potrafią nas nie tylko do siebie przekonać, ale sprawiają, że wręcz ich uwielbiamy (o ile nie robią z siebie idiotów tak jak to czasem DeNiro potrafi). Może to kwestia marzenia o takich fajnych dziadkach, z którymi można się dogadywać, którzy rozumieją życie i potrafią dać wsparcie. A może świadomość nieuchronnego przyjścia starości i dla nas, marzymy więc, by znosić ją pogodnie, w dobrym stylu?
Ci trzej panowie, choć czasem zrzędzą, jeszcze nie do końca stracili wigor, o nie. Gdy banki podniosą raty kredytów, a pracodawca zwinie się wraz z ich funduszem emerytalnym, zdeterminowani panowie wezmą sprawy w swoje ręce.
Jack Reacher. Nigdy nie wracaj, czyli ten typ tak ma. I konkurs
Jeżeli przy pierwszej części przygód Jacka Reachera, która została zekranizowana jeszcze miałem jakieś nadzieje, że tego szybko nie zabiją, a Cruise nie będzie strugał zbytniej gwiazdy, to po obejrzeniu tej produkcji chciałbym żeby trzecie już nigdy nie powstała.
I na tym można by chyba zakończyć recenzję, prawda? Ale dla porządku dopiszmy kilka zdań. Jedna mina, malutki Cruise grający potężnego książkowego bohatera i coraz większy się z niego twardziel robi. Trzech? Ba, choćby i pięciu się rzuciło, on i tak ich jedną ręką...
Naprawdę rośnie moja ciekawość jak to jest napisane, bo wciąż nie miałem okazji. Może więcej bym się dowiedział na temat tego czemu jest taki samotny, czemu wędruje z miejsca na miejsce, zatrzymując się jedynie tam gdzie trzeba zrobić porządek. Tu od razu wrzucony jestem w dziwną historię, gdzie bohater postanawia stanąć w obronie pewnej pani major, bo choć zna ją jedynie z rozmów telefonicznych, wie na pewno, że jest niewinna, wrabiana, zagrożona itd.
poniedziałek, 3 lipca 2017
Fritz Bauer kontra państwo, czyli co z sumieniem narodu


Dziś dwa świetne filmy rozrywkowe w kinie, więc będzie o czym pisać w dniach najbliższych, ale najpierw jeszcze coś poważniejszego. Pojawiło się właśnie w tv, więc do upolowania. Dla tych, którzy interesowali się sprawą polowania na Adolfa Eichmanna, jego porwania i procesu, będzie to ciekawy dodatek i chyba zaskoczenie. Wszędzie bowiem mocno podkreśla się osiągnięcia wywiadu Izraela, który przecież wiele sił poświęcił na tropienie byłych zbrodniarzy niemieckich. Tymczasem ten film, oparty na biografii niemieckiego prokuratora, pokazuje całą sprawę trochę z innej strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






