Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpański. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2022

El author, czyli życie najlepszym materiałem na powieść

Film polecony, więc długo go nie odkładałem, zresztą po powrocie z różnych wyjazdów trochę nadrabiam i lekturowo i filmowo. No i ponieważ produkcja hiszpańska, to wciąż jeszcze gdzieś myślami mogę być w tym kraju, w ciepełku, przy dobrej kawie i smacznych posiłkach. 

Historia urzędnika z kancelarii notarialnej, który marzy o tym by napisać książkę, jest tak naprawdę opowieścią o obsesji. Skoro uważam, że moje życie nie jest specjalnie interesujące i wciąż nie znajduje w nim materiały na powieść, która by zachwyciła innych, to może trzeba zacząć przyglądać się życiu innych ludzi? I tak dokonuje się w dotąd raczej nudnym życiu rewolucja. Zdradzony przez żonę, której zazdrości sukcesu (jej powieść choć pretensjonalna odniosła spory sukces), Álvaro postanawia wykorzystać propozycję szefa by zrobić sobie dłuższy urlop i wynajmuje mieszkanie, by zmienić otoczenie. I próbuje pisać...

niedziela, 27 września 2020

Niewidzialny strażnik, czyli bo to zła kobieta była


O proszę - przypadkowe odkrycie i zaczynam od filmu, ale może sięgnę po literacki oryginał. Skoro Cisza Białego Miasta była niezła, to może i Dolores Redondo sprawi trochę frajdy? Ekranizacje na podobnym poziomie, te same okolice (co takiego ma Nawarra i kraj Basków?) i schemat - sporo tajemnic z przeszłości, które rzutują na dzień dzisiejszy.
Zaczynam od Niewidzialnego Strażnika, ale niedługo kolejne dwie części filmowej trylogii. Bo książki dopiero muszę upolować.
Film jest niezły, choć klimat - mroczny, deszczowy - nie wystarcza by zachwycić, a pewne wątki są ewidentnie niedokończone. Choćby te dotyczące przeszłości głównej bohaterki.

niedziela, 22 marca 2020

Władcy czasu - Eva Garcia Sáenz de Urturi, czyli pisanie (i czytanie) jako sposób na traumę

Od pierwszego tomu kolejne książki z cyklu Cisza Białego Miasta długo nie czekał u mnie na swoją kolej, brałem szybko ze stosu. Zauroczył mnie klimat, sceneria średniowiecznych miasteczek, uroda kraju Basków, ciekawe wątki historyczne, które autorka wplatała w akcję, ale i dbałość o to, by współczesne śledztwo trzymało w napięciu. Pierwszy tom był świetny, drugi trochę słabszy, ale trzeci wciągnął mnie na równi z początkiem tej historii. Choć może zagadka nie była tak skomplikowana (a raczej jej rozwiązanie nie było tak dramatyczne), to świetnie udało się poprowadzić równolegle historię z XII wieku, nie mniej emocjonującą jak niejeden kryminał. No i nie ukrywajmy - na tyle polubiło się i poznało Krakena, czyli głównego bohatera, że z przyjemnością śledzi się nawet wątki dotyczące jego życia prywatnego. Facet niestety rzucając się w śledztwo zatraca się w nim na tyle, że czasem umykają mu różne sprawy, na szczęście przychodzą momenty opamiętania, gdy widzi ile ryzykuje zarówno on sam, jak i jego bliscy. Śledztwa, w których jako profiler odgrywał pierwsze skrzypce były na tyle głośne, że nie jest postacią anonimową.


wtorek, 18 września 2018

SKA-P, czyli ależ energia


Po 10 km spaceru (Walkathon), i jeszcze kilku dodatkowych, związanych z tym, że trzeba było jakoś dojechać i wrócić, żona zafundowała nam taki koncert, że całą niedzielę miałem zakwasy i bolały mnie stopy od skakania.
Kapela była dla mnie odkryciem, ale to chyba dlatego, że generalnie niewiele siedzę w alternatywie, na Woodstocku na nich nie trafiłem a i na płytach słucham raczej innej muzy. Ska dla mnie sprawdza się świetnie na koncertach, ale na krążkach trochę nuży monotonią. Dla tych gości chyba jednak zrobię wyjątek i poszukam więcej jakichś nagrań. To chyba jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem w ostatnich latach. Mimo, że nie znałem ani jednego utworu i na dodatek nie znam hiszpańskiego, więc ich teksty to dla mnie totalna zagadka. Mogę się domyślać z kontekstu, ale słów przecież nie znam.

czwartek, 1 października 2015

Kapitan Alatriste, czyli nasz Kmicic lepszy. I kolejne trzy tytuły do rozdania


O postaci stworzonej przez Arturo Pereza-Reverte słyszałem sporo, choć jak dotąd nie czytałem chyba nic z tego cyklu. Ale jak słyszę o przygodach Kapitana Alatriste, to od razu wyobrażam sobie kino spod znaku płaszcza i szpady, pełne rozmachu, akcji, pięknych scenografii, kostiumów, ale i scen walki. Nie dziwcie się więc, jeżeli tego nie otrzymuję, czuję trochę zawodu. Być może ktoś kto zna powieść, będzie odczuwał więcej frajdy z tego obrazu, dla mnie jednak nie dość, że się dłużył, to niewiele w nim znajduję tego co sobie wyobrażałem. Najlepsze sceny można policzyć na palcach jednej ręki (jedną z nich pokazuję Wam na dole), a reszta to takie snucie się ze szpadą u boku. Wielka szkoda.

wtorek, 5 maja 2015

Ostatni raz o Festiwalu Wiosna Filmów, czyli tym razem tylko dla dorosłych: Plemię, Ognie w polu i Stare grzechy mają długie cienie


Festiwal w Warszawie zakończył się już jakiś czas temu, ale na szczęście Wiosna Filmów ruszyła w Polskę, rozglądajcie się więc w kinach studyjnych albo jeszcze lepiej: sprawdźcie terminy i miejsca projekcji na stronach festiwalu.

Dziś ostatnia notka - kolejne trzy obrazy, które albo pojawią się w kinach dopiero za czas jakiś albo nawet dopiero czekają na swojego dystrybutora.
I zostały mi same"mocne" rzeczy - stąd chyba dziś rekomendacje jedynie dla widzów dorosłych.
A przy pierwszym filmie powiedziałbym nawet, że tylko dla wytrwałych kinomaniaków, którzy nie boją się wyzwań. Dla mnie muszę przyznać, że seans był cholernie trudny w percepcji. Nie wyszedłem z kina, bo mam taką zasadę, że raczej tego nie robię, próbowałem dostrzec w tej potwornej historii coś więcej, ale oprócz koszmaru wojny i kompletnej rozsypki psychicznej jednostki nic tam dla mnie ma. A jak na blisko dwie godziny, dawka dziwnych scen, okrucieństwa i okropności była trudna do wytrzymania.

piątek, 6 grudnia 2013

Lope, czyli ech ten temperament

Najpierw dwie małe zaległości - w dziury po zakończonych konkursach pojawiły się dwie nowe notki:
Mroczny rycerz powstaje
Epoka lodowcowa 4
Patrząc na pogodę za oknem, ten ostatni tytuł jest trochę szyderczy, ale po tym jak przemarzłem i powściekałem się w autobusie stojącym w korku, naprawdę mam jakoś mało w sobie chęci by świętować Mikołajki, albo pisać długie i poważne notki. Mózg też mi zmarzł. Więc idę zaraz pod koc z herbatką pod ręką, a na blogu pozostawiam Was z czymś co niestety ma temperaturę ledwie letnią. To znaczy w samej historii (w końcu to Hiszpania) żaru jest dość dużo, ale niestety po przeniesieniu tego na ekran pozostały jakieś skromne iskierki. No chyba, że komuś wpadnie w oko ktoś z trójki aktorów, których widzicie obok na plakacie. Skoro to film o miłości i o pasji, to ewentualne westchnienia nie będą wcale nie na miejscu.

niedziela, 10 marca 2013

Walka kotów - Eduardo Mendoza, czyli angielska flegma i hiszpański temperament

Jakiś czas temu znalazłem u Kasi ogłoszenie o wędrującej książce - akcji bardzo podobnej do Podaj książkę dalej, a skoro namawiam innych do udziału u siebie, jakże mógłbym ominąć okazję by skorzystać u kogoś?  To moje drugie spotkanie z tym autorem i prawdę mówiąc jakoś nie bardzo mogę się do niego przekonać - może Wy mi powiecie jaka jego powieść jest najlepsza, żeby nie było że mam pecha i mam pecha z wyborem? Mendoza zgrabnie żongluje nawiązaniami do historii, sztuki (w poprzednio czytanej była Wenecja, a teraz Madryt), bawi się w plątanie akcji, rozrzucanie jakichś tajemnic i symboli, a potem niewiele wyjaśnia, raptownie kończy i zostawia czytelnika w jakimś dziwnym stanie zawieszenia. Żeby jeszcze te zabawy literackie miały jakieś głębsze drugie dno, ale mam nieodparte wrażenie, że to tylko jakaś otoczka, a mimo wszystko najważniejsza w nich jest i tak pewna intryga i akcja (która moim zdaniem w obu powieściach kuleje).

środa, 18 kwietnia 2012

Czarny chleb, czyli zadowolić się resztkami i milczeć

O rozdawajce na dole.
A na początek o filmie, który zgarnął w roku ubiegłym chyba 9 nagród Goyi, czyli wyróżnienia za najlepsze filmy w Hiszpanii. Historia mocno osadzona w konkretnych czasach (powojenna Katalonia) i uwarunkowaniach, więc dla nas choć temat ciekawy to niełatwo się w tym wszystkich niuansach połapać. To tak jakby Matkę Królów dać do oglądania cudzoziemcom bez wprowadzenia w naszą historię. Tak też miałem i tu - historia rodzinna, osadzona mocno w środowisku lokalnym, ale cały czas pojawiają się odwołania do przeszłości - wojny, ale i wcześniejszej wojny domowej, ktoś się powołuje na "ideały", ktoś inny nazywa go zbrodniarzem... Film jest ekranizacją powieści pod tym samym tytułem.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Wszystko czego zapragniesz, czyli co można zrobić z miłości

Kolejny w ciągu kilku dni dramat hiszpański. I znów kino raczej nie komercyjne, z ambicjami artystycznymi, skłaniające do zastanowienia się i do różnych interpretacji. Momentami miałem przypominał mi się nasz polski "Tato" z Lindą, ale tu jest mniejsze nastawienie na "pokazanie problemu społecznego", a raczej podejście psychologiczne.  
Para z małą córeczką. On - Leo - adwokat, co prawda zapracowany i tkwiący w sprawach rodzinnych, ale z ambicjami na poważniejsze sprawy. Często wraca zmęczony i ma niewiele czasu dla żony Alicji i córki Dafne. Jego życie czeka totalna rewolucja gdy żona umrze. Od teraz spędza dużo więcej czasu z córką, ona staje się jego centrum życia, chce by była jak najszczęśliwsza.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Grubasy, czyli jakie to życie jest ciężkie

Wybaczcie, to nie żadna złośliwość i nawiązywanie do świątecznego obżarstwa. Po prostu notka już jakiś czas czekała na swoją kolej, czyli film obejrzany ponad tydzień temu, ale nie było kiedy o nim napisać. "Gordos” albo po polsku "Grubasy" to hiszpański film w reżyserii Daniela Sáncheza Arévalo, ostatnio często sięgam po kino europejskie :) Jest inne, to czesto obrazy bardzo zaskakujące. Tym razem też spore zaskoczenie. Bo niby mnóstwo tu scen komediowych, tak absurdalnych, że aż dziw, że komuś przyszły do głowy, ale też im bliżej poznajemy naszych bohaterów, tym bardziej zaczynamy im współczuć, trzymać za nich kciuki, lubić ich i traktować jak najbardziej serio. Poznajemy ich na początku filmu na terapii grupowej - szukają pomocy i pomysłu na siebie, bo czują się nieszczęśliwi ze swoim wyglądem (i ze swoim życiem). Terapia jak sami możecie się przekonać niekonwencjonalna, nie do końca skuteczna, ale i tak życie każdego z nich powoli się zmienia. Nie tylko pacjentów - terapeuty również.

sobota, 28 stycznia 2012

Wyspa niesłychana - Eduardo Mendoza czyli szarpiący niepokój

Sporo o tym pisarzu się mówi, komentuje, zachwytów co niemiara. Gdy więc ZNAK obdarował mnie tą pozycją stwierdziłem, że chętnie przeczytam. I potem kilkukrotnie sięgałem i odkładałem, bo nijak nie mogłem "chwycić" tych klimatów. Może zależy to od nastroju w jakim sami jesteśmy? Czasem ma się ochotę na rzeczy bardzo skomplikowane, wymagające myślenia, skupienia, zachwycamy sie każdym akapitem, innym razem szukamy przede wszystkim jakiejś spójności, akcji, sensu, powiązań, odpowiedzi lub rozwiązania zagadki... Tu nie znalazłem ani jednego ani drugiego.

środa, 24 sierpnia 2011

Nawet deszcz, czyli kolonializm trwa w najlepsze

Prosto z kina do kompa, bo pewnie jutro na chłodno już bym napisał o tym filmie coś zupełnie innego niż dziś gdy obrazy wciąż tkwią mocno w głowie. Troszkę szalony wieczór, ale za to udało się załatwić mnóstwo spraw i obejrzeć film, którego plakaty widziałem na wiosnę w Brukseli, a od piatku trafia wreszcie do naszych kin. Ciekaw jestem tylko jaką będzie miał dystrybucję. A zobaczyć go na pewno warto. To kino na pewno poruszające i skłaniające do refleksji, choć przesłanie raczej nie jest specjalnie odkrywcze. Mogą troszkę drażnić pewne uproszczenia i budowanie na emocjach, ale opowiedziane jest to tak, że dajemy się wciągnąć i przymykamy oko nawet na pewien sentymentalizm, którego byśmy raczej spodziewali sie po Hollywood, a nie po filmie hiszpańskim. Z ciekawym pomysłem, dające do myślenia i do tego świetnie wyreżyserowane (aktorsko też bez zarzutów) - no czego więcej chcieć od filmu?   

poniedziałek, 30 maja 2011

Ja też, czyli jak patrzymy na inność

Zauroczył mnie ten film. Tak prosty, wcale nie powalający ani zdjęciami, ani super naziwskami aktorów ani wielką wartością artystyczną. No to czym? Ano tematem jaki podejmuje i sposobem w jaki zostało to zrobione.
34-letni Daniel (Pablo Pineda) ma zespół Downa, jednak jego choroba nie utrudnia mu kontaktów z innymi ludźmi. Rodzice od małego bardzo mocno w niego inwestowali, pracowali razem z nim, skończyl więc uniwersytet i oto podejmuje pracę w urzędzie miasta, w wydziale ds. opieki nad niepełnosprawnymi. Tam poznaje Laurę (Lola Dueñas), dość atrakcyjną, ale strasznię pogubioną, nieszczęśliwą kobietę - poprzez luźny styl życia (alkohol i seks) zagłusza ona swoje problemy. Powoli rodzi się między nimi przyjaźń - trudna, bo każde z nich czego innego poszukuje, a otoczenie też niezbyt przychylnie patrzy na takie związki.