Piotr podrzucił mi kolejne dwa komiksy, więc moja przygoda z albumami trwa. Tym razem autorzy już mi znani, bo Pierre Christin i Enki Bilal wydali album Polowanie, o którym pisałem tu. Ale w ramach serii Mistrzowie komiksu wydano u nas też właśnie Falangi... I powiem Wam, że chyba jestem nawet pod większym wrażeniem pomysłu niż wtedy. Tym razem scenariusz dość luźno oparty na historii, nie ma chyba postaci autentycznych (a może się mylę?), ale mimo wszystko urzekła mnie ta opowieść o grupie staruszków, którzy na nowo podrywają się do walki.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
poniedziałek, 21 listopada 2016
niedziela, 20 listopada 2016
Stukanie do mych drzwi - David Jackson, czyli gliniarz też człowiek
Na miejsce nieuzupełnionego postu pojawił się dziś wpis o niezłym filmie "System" - zajrzyjcie jeżeli jesteście ciekawi. Za mną kolejny kryminał (jestem zachwycony Szymiczkową), od razu biorę się za następny, a w tzw. międzyczasie podczytuję klasyków czeskich, czyli Hrabala i Kunderę. Wydawało mi się, że mam kryzys i nie mogę czytać? Na szczęście na razie przeszło.
Dziś kolejna propozycja od Prószyńskiego (za nową Rudnicką biorę się za chwilę): „Stukając do mych drzwi” to pierwszy tom z cyklu o sierżancie Nathanie Cody'm, autorstwa Davida Jacksona. Kolejny thriller policyjny z psychopatą w roli głównej. Ileż razy to już przerabialiśmy. Ale trzeba przyznać, że autor sprawnie operuje schematami i czyta się to nieźle. I szczerze mówiąc naszą ciekawość budzi nawet nie tyle sam sprawca i jego motywacja, co postać głównego bohatera. Ten policjant najlepiej czuje się nie za biurkiem, czy przed komputerem, ale na ulicy, na pierwszej linii frontu walki z przestępcami. Przez lata zajmował się pracą pod przykrywką, niestety razem z kolegą zostali odkryci, skończyło się to sporą traumą i ostatecznie Cody wylądował w wydziale zajmującym się zabójstwami w Liverpoolu. Właśnie stracił narzeczoną, zmaga się z napadami lęku, nie panuje nad złością, do zespołu przyłączono właśnie jego byłą dziewczynę, a tu jeszcze trupy gliniarzy...
Dziś kolejna propozycja od Prószyńskiego (za nową Rudnicką biorę się za chwilę): „Stukając do mych drzwi” to pierwszy tom z cyklu o sierżancie Nathanie Cody'm, autorstwa Davida Jacksona. Kolejny thriller policyjny z psychopatą w roli głównej. Ileż razy to już przerabialiśmy. Ale trzeba przyznać, że autor sprawnie operuje schematami i czyta się to nieźle. I szczerze mówiąc naszą ciekawość budzi nawet nie tyle sam sprawca i jego motywacja, co postać głównego bohatera. Ten policjant najlepiej czuje się nie za biurkiem, czy przed komputerem, ale na ulicy, na pierwszej linii frontu walki z przestępcami. Przez lata zajmował się pracą pod przykrywką, niestety razem z kolegą zostali odkryci, skończyło się to sporą traumą i ostatecznie Cody wylądował w wydziale zajmującym się zabójstwami w Liverpoolu. Właśnie stracił narzeczoną, zmaga się z napadami lęku, nie panuje nad złością, do zespołu przyłączono właśnie jego byłą dziewczynę, a tu jeszcze trupy gliniarzy...
Tacy jak my, czyli jak pamiętamy
Mała zaległość: na miejsce zakończonego konkursu parę słów o filmie Czarny Orfeusz. A dziś też film. Widziany już jakiś czas temu, pewnie niedługo do upolowania w tv, ale zastanawiam się czy rzeczywiście Wam go rekomendować do oglądania. Pewnie fanów Kultu, Lao Che i jeszcze paru innych wykonawców umieszczonych na plakacie, skusi nadzieja, że znajdą w tym dokumencie trochę muzyki. Niestety muszę Was (i siebie) zawieść - nie jest jej tu wiele.
Dziwny to film. Posadzić artystów i przepytać o to co ich fascynuje w Powstaniu Warszawskim, czemu uważają, że warto pielęgnować o nim pamięć, czemu próbują je upamiętnić w swojej twórczości. I do tego dołożyć kilka obrazków archiwalnych i jakąś sondę uliczną. I już.
Dziwny to film. Posadzić artystów i przepytać o to co ich fascynuje w Powstaniu Warszawskim, czemu uważają, że warto pielęgnować o nim pamięć, czemu próbują je upamiętnić w swojej twórczości. I do tego dołożyć kilka obrazków archiwalnych i jakąś sondę uliczną. I już.
piątek, 18 listopada 2016
Hotel Westminster, czyli zajmijmy się upadkiem moralnym
Dziś dzięki Włodkowi robię pierwsze plany teatralne na grudzień, do opisania mam jeszcze dwa zaległe spektakle, oddajmy więc po raz kolejny miejsce na notatniku dla teatru. Tym razem teatru Komedia. Ku zdziwieniu zapraszającego mnie na ten spektakl, byłem w tym miejscu pierwszy raz, choć przecież moja żona lubuje się w farsach. Widzę, że będę musiał brać pod lupę repertuar kolejnego miejsca.
Sporo znanych twarzy na scenie, dbałość o scenografię i detale, niezły tekst - to wszystko sprawia, że publika może czuć się usatysfakcjonowana. A ja mimo wszystko pomarudzę. Może dlatego, że wiele z tych rzeczy wydaje mi się trochę zbyt płaskich, zbyt prostackich (słabo moim zdaniem wypadają wstawki muzyczne i np. gagi związane z przewracaniem się na scenie), a część zespołu zdaje się, że uważa, iż nie muszą się starać, bo wystarczy się przebrać/lub rozebrać i tak będą im klaskać. Szkoda, bo wtedy starania innych aktorów mogą nie wystarczyć, aby uratować spektakl i sprawić by widz z przekonaniem bił brawo, wcześniej świetnie się ubawiwszy.
Tekst sztuki Reya Cooney'a (m.in. Mayday) ma potencjał i może warto by nawet przenieść go wprost do naszych realiów, ale być może prawa autorskie na to nie pozwalają lub też ktoś bał się zbytniej dosłowności.
Sporo znanych twarzy na scenie, dbałość o scenografię i detale, niezły tekst - to wszystko sprawia, że publika może czuć się usatysfakcjonowana. A ja mimo wszystko pomarudzę. Może dlatego, że wiele z tych rzeczy wydaje mi się trochę zbyt płaskich, zbyt prostackich (słabo moim zdaniem wypadają wstawki muzyczne i np. gagi związane z przewracaniem się na scenie), a część zespołu zdaje się, że uważa, iż nie muszą się starać, bo wystarczy się przebrać/lub rozebrać i tak będą im klaskać. Szkoda, bo wtedy starania innych aktorów mogą nie wystarczyć, aby uratować spektakl i sprawić by widz z przekonaniem bił brawo, wcześniej świetnie się ubawiwszy.
Tekst sztuki Reya Cooney'a (m.in. Mayday) ma potencjał i może warto by nawet przenieść go wprost do naszych realiów, ale być może prawa autorskie na to nie pozwalają lub też ktoś bał się zbytniej dosłowności.
czwartek, 17 listopada 2016
Przełęcz ocalonych, czyli jeden, który chce ten świat naprawiać

Wojna niesie ze sobą masę okropieństw. O tym wszyscy wiedzą i choć nagradzamy bohaterów, którzy dokonywali wielkich czynów, musimy sobie też zdawać sprawę, że nie zawsze heroizm wynika ze świadomej decyzji, że może to być wynik przypadku, szczęścia, jakiegoś odruchu. Nie umniejsza to oczywiście wartości samego czynu, bo przecież na pytanie czy byśmy potrafili dokonać tego samego, nikt z nas nie potrafi.
Nie przejmujcie się tym dziwnym wstępem - po prostu "Przełęcz ocalonych" uruchomiła we mnie sporo refleksji, nie tylko na temat tego, co stanowi główne przesłanie filmu, ale i wiele pytań o postawy na polu bitwy. Obraz Gibsona pokazuje autentyczną i poruszającą historię człowieka, który odmówił noszenia broni, ale zgłosił się na ochotnika do armii, służył jako sanitariusz w ogniu walk i dokonał czynu, który nawet trudno sobie wyobrazić. Mamy więc pacyfistę, głęboko wierzącego młodego chłopaka, który nie chce dokładać kamyczka do wszechobecnej przemocy, a chce ratować życie innym. Tylko tyle i aż tyle. Jego postawa dziwi i nawet wielu oburza: jak to, przecież to głupota, narażanie na śmierć zarówno siebie, jak i kolegów, bo bez broni nie może ich bronić przed zagrożeniem. Czy gdyby zginął od kuli ktokolwiek nazwał by go bohaterem? A z drugiej strony - czy rzeczywiście umierać z bronią w ręku, zabijać tych, których wskazano ci jako wrogów, to najlepsze co można zrobić? Gibson odnalazł arcyciekawą historię i stawia przed nami ciekawe pytania. Oto pierwszy obdżektor, który został odznaczony medalem za odwagę. Nie wywyższa się moralnie ponad kolegów, on chce po prostu zrobić coś zgodnie z własnym sumieniem.
Desmond Doss uratował życie 75 kolegów, wynosząc rannych z pola bitwy (a dodajmy, że Japończycy potrafili rannych dobijać) i prawdę mówiąc nie bardzo wierzę w to, że dokonał tego tak jak pokazał nam to Gibson, tylko czy to jest ważne jak to w detalach wyglądało? Będę polował na dokument, który jest wydany również w Polsce, aby więcej dowiedzieć się o tej postaci. Tu zrobiono z niego postać praktycznie bez wad, człowieka niezniszczalnego, który na polu bitwy jest niczym archanioł, nosząc rannych, a kule się go nie imają. Do tego ta muzyka, ten patos...
Mieliśmy już parę próbek w wykonaniu Gibsona, który kręcił takie bohaterskie kawałki i mnie zawsze one trochę drażnią i śmieszą, ale też przyznaję, że działa to na emocje.
środa, 16 listopada 2016
Córka cieni. Siedem szmacianych dat - Ewa Cielesz, czyli powtarzali sobie, że będzie dobrze
Chyba jedno z większych zaskoczeń czytelniczych ostatnich tygodni. Gdy wyciągałem z paczki od wydawnictwa Axis Mundi trzy tomiki autorstwa Pani Ewy Cielesz, pomyślałem sobie, że to chyba jednak nie będzie dla mnie, że zbyt kobiece, zbyt rzewne i proste. Z ciekawości sięgnąłem po tom pierwszy i.... wsiąkłem na kilka godzin. No rzeczywiście napisane dość prosto, do pewnych rzeczy można by się przyczepić, ale sama historia, sposób jej poprowadzenia na piątkę! Najbardziej chyba bałem się tego, że podobnie jak w przypadku Paszyńskiej, dostanę coś tak polukrowanego, że nawet tragedie nie wywołują w nas dreszczy, tylko wzdychamy co najwyżej: o jaka ona biedna, o jaki on okrutny itp. Tymczasem wcale nie. Jest miłość dwojga ludzi, którym los jakoś wszystko pod górkę ustawił, jest historia, która niczym zawierucha przechodzi obok ich szczęścia i zostawia zgliszcza, więcej chyba nawet jest zmagania się z cierpieniem, niż chwil szczęścia, które zwykle przecież dominują w literaturze dla pań. Ewa Cielesz od początku miała u mnie plusa - nie pisze bajki o królewnie i jej wybranku, czy też jak kto tam woli odwrotnie, ale pisze o prawdziwym życiu, które potrafi kopnąć w cztery litery. Takiego prawdziwego życia bohaterka musi się nauczyć. Panienka z dobrego domu zakochana w ubogim młodzieńcu, pewnie nie zdawała sobie sprawy co ją czeka, gdy postanawia uciec z domu. Magdalena wiedziała, że nie dostanie nigdy zgody na takiego wybranka, odrzuca więc całe ciepełko, bezpieczeństwo i wygody, decydując się na nieznane. Czy gdyby wiedziała co ją czeka, zdecydowałaby się na to drugi raz? Przecież nie jeden raz zatęskni za tym wszystkim co miała w domu.
wtorek, 15 listopada 2016
Dziewice i mężatki, czyli zróbmy to jakoś inaczej albo czym zachwycił się ten chochlik?
Jeszcze nie mogę dojść do siebie po seansie "Przełęczy ocalonych", dlatego odkładam recenzję książkową, jak dam radę to pojawi się jutro.
Dziś za to kolejna zaległa recenzja teatralna, a zmobilizował mnie do niej Włodek, który mnie zaprosił na ten spektakl. U siebie na blogu (Chochlikkulturalny.blogspot.com) wrzucił recenzję, a ja drapię się po głowie i jakoś nie bardzo mogę nadziwić się jego zachwytom. Podzielę się więc może trochę tym swoim zdziwieniem, a potem wrzucę w całości jego recenzję, abyście mogli dać mu się przekonać (ja jakoś nie mogę). Może to kwestia innego podejścia do tego czego się szuka na deskach teatru? Od razu się przyznaję, żem laik, barbarzyńca, ale zawsze wysiedzę grzecznie, marudzić mogę sobie prywatnie. Szukam przede wszystkim emocji, jakiejś prawdy i lubię gdy jest ona bliska życiu, a nie serwuje mi się jakichś eksperymentów, szantażując jednocześnie, że to właśnie prawdziwy, nowoczesny i żywy teatr, a kto się nie zachwyca ten cymbał. "Dziewice i mężatki" oglądałem w lekkim zdziwieniu, bo jednak Molier kojarzy mi się z rzeczami dość prostymi, farsowymi, a tu chwilami czułem się jakbym oglądał raczej Mrożka i to w wydaniu nowoczesnym. Historia nadal jest mało skomplikowana, ale grana jest moim zdaniem jako szereg scenek, czasem bardzo dziwnych, które nie tworzą spójnej całości. Są kobiety, które przed sobą udają, że wcale miłości nie pragną i mężczyźni, którzy gdy pojawią się na horyzoncie, łatwo te postanowienia kruszą - bywamy śmieszni w tym naszym wyobrażeniu o szczęściu i pozach jakie przyjmujemy na użytek świata...
Niby to jest, ale też niknie w zalewie pomysłów wizualnych i reżyserskich. To taka zabawa aktorska, reżyserska, scenograficzna - ej nudno tak grać normalnie, udziwnijmy to, przebierzmy się, pomalujmy, zagrajmy inaczej niż zwykle, wsadźmy kogoś do szafy, podłóżmy bombę, niech milcząca śmierć przechadza się po scenie... Zabawne, całkiem sympatyczne, ale czy wyborne, tak jak to określa Włodek? Dla mnie nie bardzo. Może po prostu nie miałem nastroju na zbieranie tych wszystkich detali i smaczków w całość, słuchać wyjaśnień jak mam na to spojrzeć. Tak przecież bywa.
Ten wieczór, i owszem, był wyjątkowy, ale to ze względu na jubileusz Henryka Łapińskiego. Aktor ten, tego wieczoru miał dość skromną rolę, lecz i tak dostał zasłużone brawa na stojąco. W końcu nie każdy świętuje swój 60 rok obecności na deskach jednego teatru :) W dodatku to człowiek z taką klasą, kulturą, tak skromny, że aż mi się łezka zakręciła, bo mam wrażenie, że dziś takich aktorów już coraz mniej: większość marzy o sławie, a mało myśli o rolach, o kasie, a nie o wyzwaniach aktorskich. Kto dziś pamięta o tym iż na jego lata pracy i wszystkie sukcesy pracują też wszyscy ci niewidoczni na scenie: od charakteryzatorni, aż po szatnię? Ech. Szacunek i czapki z głów dla takich ludzi jak Pan Henryk.
Poniżej przeczytacie to co napisał Włodek, on potrafi zanalizować wszystko co się tylko da, ja co najwyżej mogę powiedzieć czy się podobało czy nie. Podobało, choć nie rzuciło na kolana. Szczególnie sam pomysł wystawienia tego w taki, a nie inny sposób, trochę groteskowy, szalony, ale i chaotyczny. A tu jemu z ocen jakie wystawia wychodzi, że to jedna z najlepszych sztuk widzianych przez niego w tym roku. Hmmm
Dziś za to kolejna zaległa recenzja teatralna, a zmobilizował mnie do niej Włodek, który mnie zaprosił na ten spektakl. U siebie na blogu (Chochlikkulturalny.blogspot.com) wrzucił recenzję, a ja drapię się po głowie i jakoś nie bardzo mogę nadziwić się jego zachwytom. Podzielę się więc może trochę tym swoim zdziwieniem, a potem wrzucę w całości jego recenzję, abyście mogli dać mu się przekonać (ja jakoś nie mogę). Może to kwestia innego podejścia do tego czego się szuka na deskach teatru? Od razu się przyznaję, żem laik, barbarzyńca, ale zawsze wysiedzę grzecznie, marudzić mogę sobie prywatnie. Szukam przede wszystkim emocji, jakiejś prawdy i lubię gdy jest ona bliska życiu, a nie serwuje mi się jakichś eksperymentów, szantażując jednocześnie, że to właśnie prawdziwy, nowoczesny i żywy teatr, a kto się nie zachwyca ten cymbał. "Dziewice i mężatki" oglądałem w lekkim zdziwieniu, bo jednak Molier kojarzy mi się z rzeczami dość prostymi, farsowymi, a tu chwilami czułem się jakbym oglądał raczej Mrożka i to w wydaniu nowoczesnym. Historia nadal jest mało skomplikowana, ale grana jest moim zdaniem jako szereg scenek, czasem bardzo dziwnych, które nie tworzą spójnej całości. Są kobiety, które przed sobą udają, że wcale miłości nie pragną i mężczyźni, którzy gdy pojawią się na horyzoncie, łatwo te postanowienia kruszą - bywamy śmieszni w tym naszym wyobrażeniu o szczęściu i pozach jakie przyjmujemy na użytek świata...
Niby to jest, ale też niknie w zalewie pomysłów wizualnych i reżyserskich. To taka zabawa aktorska, reżyserska, scenograficzna - ej nudno tak grać normalnie, udziwnijmy to, przebierzmy się, pomalujmy, zagrajmy inaczej niż zwykle, wsadźmy kogoś do szafy, podłóżmy bombę, niech milcząca śmierć przechadza się po scenie... Zabawne, całkiem sympatyczne, ale czy wyborne, tak jak to określa Włodek? Dla mnie nie bardzo. Może po prostu nie miałem nastroju na zbieranie tych wszystkich detali i smaczków w całość, słuchać wyjaśnień jak mam na to spojrzeć. Tak przecież bywa.
Ten wieczór, i owszem, był wyjątkowy, ale to ze względu na jubileusz Henryka Łapińskiego. Aktor ten, tego wieczoru miał dość skromną rolę, lecz i tak dostał zasłużone brawa na stojąco. W końcu nie każdy świętuje swój 60 rok obecności na deskach jednego teatru :) W dodatku to człowiek z taką klasą, kulturą, tak skromny, że aż mi się łezka zakręciła, bo mam wrażenie, że dziś takich aktorów już coraz mniej: większość marzy o sławie, a mało myśli o rolach, o kasie, a nie o wyzwaniach aktorskich. Kto dziś pamięta o tym iż na jego lata pracy i wszystkie sukcesy pracują też wszyscy ci niewidoczni na scenie: od charakteryzatorni, aż po szatnię? Ech. Szacunek i czapki z głów dla takich ludzi jak Pan Henryk.Poniżej przeczytacie to co napisał Włodek, on potrafi zanalizować wszystko co się tylko da, ja co najwyżej mogę powiedzieć czy się podobało czy nie. Podobało, choć nie rzuciło na kolana. Szczególnie sam pomysł wystawienia tego w taki, a nie inny sposób, trochę groteskowy, szalony, ale i chaotyczny. A tu jemu z ocen jakie wystawia wychodzi, że to jedna z najlepszych sztuk widzianych przez niego w tym roku. Hmmm
poniedziałek, 14 listopada 2016
Gabinet, czyli tak rzadko rozmawiamy otwarcie
Parę razy już pisałem o Teatrze Młyn i miniaturowych sztukach, które wystawiają na deskach Staromiejskiego Centrum Edukacji Kulturalnej. Zwykle poniżej 60 minut, ale emocji tyle, ile czasem i w bardziej rozbudowanych spektaklach się nie znajdzie. I po raz kolejny, po obejrzeniu "Gabinetu" wychodzę bardzo usatysfakcjonowany, nie mając ochoty doszukiwać się jakichś słabszych stron, ale ciesząc się z bardzo udanego wieczoru. To na pewno zasługa aktorów (szczególnie Paulina Holtz, która ma dużo więcej do zagrania), ale i tekstu, pomysłu, co zawsze jest mocną stroną tego teatru. W wystawianych sztukach (reżyserka i scenarzystka większości to Natalia Fijewska-Zdanowska) dotykają życia, spraw i historii bardzo prozaicznych, ale i przez to uniwersalnych, bliskich widzowi. Dużo w tym emocji, zdzierania z siebie masek, wyrzucania tego co boli... I co ciekawe, nawet jeżeli myślę: chciałbym rozwinąć jakieś wątki, podomykać, wyjaśnić, coś zakończyć, mam wrażenie, że często przyjmuję tę minimalistyczną formę jako idealną. Być może jej rozbudowywanie mogłoby tylko jej zaszkodzić. Jesteśmy zostawieni tu z czymś otwartym, tak żeby widz, jeszcze mógł sobie coś dopowiedzieć, myśleć nad dalszymi losami postaci. I tak właśnie ma być.
niedziela, 13 listopada 2016
Gonitwa chmur - Maria Paszyńska, czyli nowe rozterki i dramaty
W zanadrzu jeszcze trzy spektakle do opisania, kolejna książka kobieca, felietony Mellera i sporo filmów. Kolejność jak zwykle będzie bardzo przypadkowa :)
A dziś zapraszam do przeczytania kilku zdań na temat drugiej książki Marii Paszyńskiej. O pierwszej z cyklu pisałem tu, trochę wtedy kręcąc nosem, że dla mnie zbyt monotonne, za mało opisów miasta, ale i za mało życia. Przy drugim tomie zarzuty pozostają praktycznie bez zmiany, muszę jednak przyznać, że zaczynam wciągać się w te historie. to nawet nie kwestia tego, że jakieś postacie się polubiło lub nie, a raczej ludzka ciekawość i życzliwość, jak dla sąsiadów, o których wiemy, że przeżywają jakieś problemy. Jeżeli wiesz, że to ludzie dobrzy, tym bardziej życzysz im tego, żeby wszystko im się poukładało. I tak trochę mam tutaj. Choć pisałem, że do drugiego tomu raczej spieszyć się nie będę, teraz to nawet i żałuję, że trzeciego jeszcze nie ma.
A dziś zapraszam do przeczytania kilku zdań na temat drugiej książki Marii Paszyńskiej. O pierwszej z cyklu pisałem tu, trochę wtedy kręcąc nosem, że dla mnie zbyt monotonne, za mało opisów miasta, ale i za mało życia. Przy drugim tomie zarzuty pozostają praktycznie bez zmiany, muszę jednak przyznać, że zaczynam wciągać się w te historie. to nawet nie kwestia tego, że jakieś postacie się polubiło lub nie, a raczej ludzka ciekawość i życzliwość, jak dla sąsiadów, o których wiemy, że przeżywają jakieś problemy. Jeżeli wiesz, że to ludzie dobrzy, tym bardziej życzysz im tego, żeby wszystko im się poukładało. I tak trochę mam tutaj. Choć pisałem, że do drugiego tomu raczej spieszyć się nie będę, teraz to nawet i żałuję, że trzeciego jeszcze nie ma.
sobota, 12 listopada 2016
Miasteczko Cut Bank, czyli no Fargo to nie jest
Film braci Coen był takim przebojem, że pewnie wielu twórców kusi, by pójść podobną drogą: małe miasteczko i jego mieszkańcy ze swoimi wadami, przewrotna historia o genialnym przekręcie i jego konsekwencjach.
Do tego kilka znanych twarzy aktorskich i będzie przebój, nie?
A tu dupa.
Do tego kilka znanych twarzy aktorskich i będzie przebój, nie?
A tu dupa.
piątek, 11 listopada 2016
Tajemnica zaginionej ślicznotki - Eduardo Mendoza, czyli gdyby nie ten pies...
Od razu się przyznam, że dotąd jakoś nie bardzo mi było po drodze z Eduardo Mendozą, wiele rzeczy w jego pisarstwie mnie drażniło, ale wszyscy mówili: weź się za przygody damskiego fryzjera, to się przekonasz. I nadarzyła się taka okazja. Dzięki wydawnictwu ZNAK mogłem zapoznać się z najnowszym tomikiem z tego cyklu, czyli "Tajemnicą zaginionej ślicznotki". Cóż mogę powiedzieć... Chyba wiem już o co chodzi z tym autorem. To co wydawało mi się tak niepotrzebne w jego historiach, co mi przeszkadzało, czyli nielogiczne zachowania bohaterów, zwariowane zbiegi okoliczności, mieszanie tego co poważne, ze scenami kompletnie absurdalnymi, jest przecież obecne w tym kryminalnym cyklu i to może nawet w dawce mocniejszej niż zwykle. Tak to już po prostu konwencja, nie do końca serio i obojętnie czy to powieść historyczna, czy też jak w tym przypadku kryminał, to Mendoza bawi się z czytelnikiem, tworząc fabuły, które są dość niepowtarzalne. Zdarzało mi się czytać bowiem już bardziej humorystyczne kryminały, ale takiego, przyznaję, chyba jeszcze nigdy.
czwartek, 10 listopada 2016
Jestem mordercą, czyli melduję, że go mamy
Gdy czujesz, że coraz bardziej łamie cię grypa, chyba nie powinieneś pisać notek, ale jakoś miejsca nie mogę sobie znaleźć i ani oglądanie, ani czytanie, wcale nie dają przyjemności. Nawet spać się nie da. Siadam więc do pisania, zwłaszcza, że mam o czym. Jutro kolejny książkowy kryminał, choć bardziej humorystyczny, a na dziś coś filmowego - ukłony dla Kina Atlantic za seans.Obraz Macieja Pieprzycy zasługuje na to, żeby zobaczyć go na dużym ekranie, zwłaszcza ze względu na klimat, jaki udało mu się osiągnąć poprzez zdjęcia, kostiumy, scenografię i muzykę. Duże brawa za warstwę wizualną i dźwiękową. Aktorsko też na bardzo dobrym poziomie (nawet na drugim planie, patrz Adamczyk w roli komendanta). Czy więc mamy do czynienia z kolejnym przebojem i filmem, który można by określić jako taki, który będzie się pamiętać za kilka lat. Mam trochę wątpliwości. Prawdę mówiąc trochę przypomina mi nie tak dawno goszczącego na naszych ekranach "Czerwonego pająka" - łączy je nie tylko genialne przeniesienie nas w czasy PRL (zero sztuczności), ale również sposób opowiadania tej historii. Tam przynajmniej mieliśmy pewien haczyk, niespodziankę, a tu od początku przecież znaliśmy zakończenie sprawy Wampira ze Śląska. Twórcy skupili się więc na atmosferze, na dylematach i wątpliwościach, w efekcie podsuwają nam film, który ogląda się trochę na chłodno, brakuje tu napięcia, czegoś co pozwoliłoby zaangażować większe emocje.
środa, 9 listopada 2016
Mężczyzna na dnie - Iva Procházková, czyli nawet jak dużo wiesz, okazuje się, że nie wiesz prawie nic
Wydawnictwo Afera od początku swojej działalności miało we mnie swojego wiernego czytelnika. Skoro po kilku tytułach wiedziałem, że wybierają rzeczywiście bardzo starannie pozycje zza naszej południowej granicy, które chcą przybliżyć Polakom, potem już nie miałem wątpliwości - można im zaufać. A wybierają rzeczy bardzo różne. Od dowcipnych historyjek, aż po bardzo poważną prozę. Tym tomem sięgają do nowego dla siebie gatunku, czyli po kryminały i otwierają nową serię: czeskie krymi.
Iva Procházková jest w Czechach znana m.in. właśnie z kryminalnych historii, które tworzy na potrzeby uwielbianego tam serialu (doczekamy się go i u nas?). Ta książka nie jest jednak prostym rozbudowaniem filmowego scenariusza, ale zupełnie oddzielną historią, z tymi samymi bohaterami. I powiem Wam, iż rzecz jest na świetnym poziomie. Jeżeli już trochę zmęczeni jesteście skandynawskimi klimatami, wśród polskich pisarzy trudno Wam znaleźć kogoś kto by zaskakiwał, sięgnijcie po kryminał z Czech. Wciągającą, policyjną historię, skomplikowaną, ale i cholernie życiową.
Iva Procházková jest w Czechach znana m.in. właśnie z kryminalnych historii, które tworzy na potrzeby uwielbianego tam serialu (doczekamy się go i u nas?). Ta książka nie jest jednak prostym rozbudowaniem filmowego scenariusza, ale zupełnie oddzielną historią, z tymi samymi bohaterami. I powiem Wam, iż rzecz jest na świetnym poziomie. Jeżeli już trochę zmęczeni jesteście skandynawskimi klimatami, wśród polskich pisarzy trudno Wam znaleźć kogoś kto by zaskakiwał, sięgnijcie po kryminał z Czech. Wciągającą, policyjną historię, skomplikowaną, ale i cholernie życiową.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













