I znowu zmieniam sobie zaplanowane notki, by napisać parę zdań na szybko o czymś co dopiero skończyłem. Wybrana jako lektura na DKK nie wiem czy skłoni nas do dyskusji, ale być może na nowo ożywi emocje jakie się pojawiły wokół filmu (pisałem o nim tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2015/02/dzika-droga-i-wszystko-za-zycie-czyli.html). Czy warto dorabiać legendę i wielką mistyczną, filozoficzną otoczkę do śmierci młodego człowieka, która tak naprawdę była dość przypadkowa? Reportaż Krakauera uświadamia to mocniej niż obraz - chłopak zamierzał wracać do cywilizacji, powoli miał dość samotności, może udowodnił sobie to co miał udowodnić, niestety warunki pogodowe sprawiły, że niestety musiał zostać na kolejne tygodnie w głuszy. A kilka błędów doprowadziło go do śmierci głodowej.
Chris McCandles był chłopakiem z dobrego domu, nigdy nie mógł narzekać na brak kasy. Ukończył college i szykował się do studiów prawniczych. Ale właśnie
wtedy postanowił wypisać się z klasy średniej, oddał wszystkie pieniądze
i ruszył w drogę. Jeździł własnym, starym autem, potem stopem, wędrował na piechotę, wskakiwał do pociągów towarowych, pływa kajakiem. Gdy miał na to ochotę zatrzymywał się na dłużej i pracował. Był lubiany, ale nigdy nie zagrzał miejsca na dłużej. Gnało go dalej. A rodziców nie informował o tym co się z nim dzieje.
Jednym z jego marzeń była wędrówka w dzikie ostępy na Alasce, życie tym co uda się zebrać lub upolować. I tam właśnie zmarł...
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
niedziela, 11 lutego 2024
Wszystko za życie - Jon Krakauer, czyli czy warto budować takie legendy?
sobota, 10 lutego 2024
Panów piłą. Trzy legendy o Jakubie Szeli - Ryszard Jamka, czyli gdybyż każdy potrafił tak pisać o historii
Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,lech_janerka,zabawawa.html
Chyba jedna z lepszych książek historycznych jakie czytałem w ostatnich latach. Czemu mnie tak zachwyciła? Ano jest dowodem na to, jak bardzo historycy mieszają światopoglądowo, ideologicznie, pisząc o przeszłości. Poprzez dobór faktów do tezy, dokładanie swoich interpretacji, sprawiają że nie mamy już do czynienia z książkami historycznymi, ale jakąś dziwną propagandą na temat historii. A podobno
Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae...
W wykonaniu wielu naszych "specjalistów" bynajmniej nie uczy zbyt wiele, chyba że tego jak można naciągać fakty i je przerabiać. Nie mówię o bezczelnym pisaniu na nowo podręczników, ale generalnie o tym jak pisze się o przeszłości. Dziś modna jest np. "ludowa" historia Polski, używanie do pisania o pańszczyźnie przy użyciu pojęć, które raczej były dotąd używane do opisywania niewolnictwa, ale takich kwiatków można wskazywać wiele. Wcześniej cały ten temat ignorowano przez lata, tworzono jakąś dziwną wizję kraju opartego na szlacheckich dworkach, dziedzictwie które bezpowrotnie zniszczyła komuna, ale do której chce się odwoływać większość społeczeństwa. Ale nie ma co zbyt długo o innych, skupmy się na tym dlaczego książka Ryszarda Jamki tak bardzo jest odmienna.
Gipsowy odlew falsyfikatu - Lech Janerka, czyli zobaczcie jak się lata
Lech Janerka to ikona polskiej sceny muzycznej, ale przyznajmy - od prawie dwóch dekad niewiele nagrywał, rzadko też pojawiał się na trasach koncertowych. Dlatego też ten krążek wyglądany był z taką ciekawością. Czy to pożegnanie? Miejmy nadzieję, że nie, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że to materiał dość gorzki, refleksyjny. Nie pozbawiony ironii, bo tekstowo zawsze Janerka był mistrzem w zabawie słowem, ale muzycznie jest raczej spokojnie, nostalgicznie.
Oczywiście ballady w stylu mistrza są niepowtarzalne i trudno je zestawiać z innymi nastrojowymi kawałkami granymi w radiostacjach, brakuje jednak trochę pazura, który Janerka potrafił czasem pokazać.
piątek, 9 lutego 2024
Strefa interesu, czyli gdzie pojedziemy w tym roku na wakacje?
Jego żona dba żeby wszystko w domu i w ogrodzie było perfekcyjne, tworzy im tu ich miejsce na ziemi. Podobnie jak dla niego, to wszystko co za murem jest mało istotne - to tylko praca, którą trzeba dopilnować do godziny 16, a potem wrócić do domu, by odpoczywać. Wszystko jest kwestią organizacji. Jest taka dumna, gdy sprowadza tu swoją matkę, gdy pokazuje jej na jakim poziomie teraz żyje...
czwartek, 8 lutego 2024
Wyprzedaż snów - Marzena Rogalska, czyli uwierz w znaki, uwierz w siebie
W sumie nie wiem czy nie szkoda miejsca na blogu na takie tytuły, skoro tyle innych rzeczy czeka, skoro jednak zasada niezmienna brzmi: starać się pisać o wszystkim, no to o wszystkim. Dziś więc na luzie.
Bynajmniej nie chcę deprecjonować upodobań czytelników literatury obyczajowej - wszak poszukiwanie wzruszenia, ciepła, pozytywnych emocji, pociechy, są równie ważne jak adrenalina, napięcie, strach i zagadki wśród tych, którzy lubią kryminały.
Nie ukrywajmy jednak, że większość tego typu powieści powiela pewne schematy i rzadko kiedy można uświadczyć czegoś naprawdę oryginalnego. Marzena Rogalska niedawno urzekła mnie krótką formą, po lekturze której chyba oczekiwałem więcej od powieści. A może muszę sięgnąć po coś bardziej retro? W tej współczesnej odsłonie jest... trochę nijaka.
No dobra, początek, choć może i słodkawy ale był fajny - dziewczyna przybywa do Krakowa i próbuje tu zbudować sobie od nowa życie, praktycznie od zera. Nic nie wiemy o jej przeszłości, za to czujemy, że ludzie szybko nabierają do niej zaufania na tyle, że się przed nią otwierają. Nie dziwmy się więc, że za nieduże pieniądze zdobywa mieszkanie do wynajęcia, wszyscy jej pomagają i szybko zawiera nowe znajomości. Tych starych, sprzed lat, kobieta jakoś nie spieszy się odnawiać, może obawiając się tego czy o niej nie zapomniano? Minęło prawie 10 lat gdy zniknęła z miasta z dnia na dzień, zostawiając jedynie dyspozycje by przyjaciele wzięli sobie lub sprzedali jej rzeczy...
środa, 7 lutego 2024
Niewidzialne kobiety - Caroline Criado Perez, czyli jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn
Dyskryminacją może być zatem nie tylko jawna nierówność w płacach, w zatrudnieniu, ale również ignorowanie specyficznych potrzeb, a tego naprawdę jest cała masa. Caroline Criado Perez zbiera dane z różnych stron świata, a potem punktuje cios za ciosem. Skoro przy zbieraniu danych konsumenckich czy nawet badawczych (leki), nie istnieje konieczność zbierania dawnych w równej ilości od kobiet, potem mamy tego efekty - czasem dość kuriozalne, np. wielkie smartfony, których kobieca ręka nie jest w stanie objąć, ignorowane pozytywne efekty dla kobiet specyfików dla mężczyzn, czy za płytkie kieszenie w ubraniach dla kobiet. A gdyby tak zapytać o zdanie połowy społeczeństwa? Czego się boimy? Czy naprawdę to takie trudne, by zadbać o to, by one też czuły się bardziej usatysfakcjonowane?
Nasze czasy, czyli porozmawiajmy o przemijaniu
Po raz pierwszy doświadczyłam czegoś podobnego. Wyszłam po spektaklu zdołowana i zła, że się wybrałam na tę sztukę. Następnego ranka wstałam i spojrzałam na nią w zupełnie inny sposób. Przecież nikt mi nie kazał iść na spektakl o upływie czasu. Czego mogła się spodziewać kobieta wiekowo zbliżona do scenicznej Małgorzaty, w jednakowo symbolicznie ciężkim futrze na sobie? Można się śmiać z upływu czasu, można go przyjmować filozoficznie, można go zaśmiewać, wyśmiewać… można go spróbować określić.
Czymże jest czas. Pojęcie niemal abstrakcyjne. Jak go określić, pojąć, opisać? Jak go zmierzyć? Można oczywiście mierzyć go w sekundach, minutach, godzinach. Można w dniach, tygodniach, latach. Można go liczyć oddechami. Można też w chwilach – tylko ile trwa chwila? Na fotelu dentystycznym trwa wieki całe, w ramionach ukochanego – czas pędzi jak światło w kosmosie. A gdyby nas spytano o najszczęśliwszą chwilę w życiu? Ile by ona trwała? Sekundę a może długość miłosnego uniesienia. Nasze życie zbudowane jest z czasu. W tym czasie doświadczamy wzlotów i upadków, a to w późniejszym okresie budują naszą tożsamość, daje nam wiedzę o nas samych i otaczającym nas świecie.
wtorek, 6 lutego 2024
Oppenheimer, czyli uratować świat, tworząc coś co może go zniszczyć...
Plan na najbliższe dni, teatr od M. dwie książki, coś muzycznego i może znowu dwa razy coś oscarowego.
Christopher Nolan już niejeden raz udowadniał, że potrafi tworzyć rzeczy wizualnie doskonałe, ciekawe, wcale nieoczywiste, nie pod gusta masowe. Biografia "ojca bomby atomowej" może zniechęcać do siebie długością obrazu, rozbudowanymi wątkami politycznymi. Dla tych którzy lubią rozbudowane i niebanalne, niejednowymiarowe biografie, to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. Czy to film na miarę Oscara? W mojej ocenie niekoniecznie, choć Cillian Murphy zagrał wybornie. Postać głównego bohatera pokazana jest nie tylko jako człowiek wykorzystany przez władzę, a potem odsunięty przez nią od wpływów na dalsze losy jego odkryć, ale i jako osoba rozdarta wewnętrznie. Pragnienie udowodnienia, że coś jest możliwe, chęć prześcignięcia w wyścigu Niemców, którzy mogliby zniszczyć świat, jednocześnie nie sprawia, że chciałby on wykorzystania bomby przeciwko ludziom. Naiwnie wyobrażał sobie, że sama wiedza, że taka broń istnieje, powstrzyma świat przed jej wykorzystaniem.
poniedziałek, 5 lutego 2024
Czas krwawego księżyca, czyli bogactwo nie czyni nas równymi, bo można je odebrać
Chyba póki co jeden z moich ulubionych spośród nominowanych i nie wiem czy w kategorii reżyseria, film i główne role, nie wskazałbym właśnie tu (choć ostatecznie DiCaprio odpadł z nominacji a szkoda).
Czemu tak bardzo poruszyła mnie ta historia? Scorsese sięga po wciąż chyba za mało znaną historię o serii morderstw popełnionych w latach 20. XX wieku na członkach plemienia Osagów (czy też Osedżów). Owszem - była książka, która pokazała światu całe zakłamanie wokół tej sprawy, jakie przez lata się utrzymywało. Film ma jednak dużo większą moc w dotarciu do ludzi. Nie chodzi jednak o samo oskarżenie o zabójstwa. Fascynujące jest zderzenie dumy Indian, którzy wreszcie dzięki zrządzeniu losu nie muszą głodować, nie muszą się martwić o to że ktoś ich przepędzi, z chciwością białych, którzy za wszelką cenę próbują jakoś uszczknąć coś z ich majątku. Jakże to inne od tego jak najczęściej układały się losy mieszkańców tych ziem. Osagowie mieli szczęście, bo po wielu tułaczkach, na suchej ziemi, gdzie myśleli że przyjdzie im zginąć z głodu, znaleźli ropę. I nie sprzedali wszystkiego, tylko dawali koncesje na jej wydobywanie, powoli stylem życia upodabniając się do tego jak żyli biali. No bo co robić z pieniędzmi? Ta panorama może nie jest bardzo szeroka, na pewno jednak bardzo ciekawa.
niedziela, 4 lutego 2024
Jutro, jutro i znów jutro - Gabrielle Zevin, czyli o grach komputerowych już dawno nikt tak ciekawie nie pisał
Trochę nostalgii na latami 80 i 90 XX wieku, fascynacji grami komputerowymi no i opowieść pełna rozterek, zranień, obaw i tęsknot, bardzo przypominająca mi atmosferą "Małe życie". Młodzi ludzie, którzy nie zawsze otwarcie potrafią powiedzieć o swoich uczuciach, idą za impulsem, a potem już nie bardzo potrafią się wycofać, są bardzo wrażliwi na punkcie samooceny, pełni kompleksów i potrafią nawet drobiazg rozdmuchać do poziomu całkiem sporej afery.
Może i dziwnie mało atrakcyjnie to wszystko brzmi jako opis dość rozbudowanej powieści, ale uwierzcie na słowo: czyta się naprawdę przyjemnie. Pomimo wad chyba cholera jakoś się kibicuje tym młodym ludziom, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.
Nie ma tu jakiegoś szerszego tła społeczno-politycznego, oni żyją trochę we własnym świecie, żyjąc grami, a nie innymi sprawami. A ponieważ nie tylko są użytkownikami, ale i twórcami, wchodzimy w ciekawy sposób w proces przygotowywania się do wydania jakiegoś tytułu. I nie ukrywam, że o ile jestem raczej dość obojętny wobec tej formy rozrywki (teraz, bo kiedyś to...), to z fascynacją czytałem jak nawet o głupawej strzelance lub budowaniu społeczności w stylu Simsów, można napisać w sposób porywający i pokazujący głębsze zamysły twórców.
Olbrzymia przygoda Billy'ego - Jamie Oliver, czyli gdy naruszony zostaje Rytm Natury...
Od jutro trochę notek filmowych, m.in. te oscarowe, ale dziś jeszcze dwie książki - jedna dla dzieci, druga poważniejsze wieczorem albo rano.
Jamie Oliver - chyba wszyscy kojarzą tego gościa, znanego szefa kuchni, ale i propagatora zdrowego żywienia, prowadzącego różne programy kulinarne w tv. I oto kolejna jego książka to nie przepisy, ale... książka dla dzieci? Hmmm. Z jednej strony trochę obawa, no bo czemu wszyscy celebryci próbują monetyzować swoją sławę nie tylko przez wspomnienia ale i pisanie bajek. Z drugiej zaś - kto, szczególnie jeżeli są rodzicami, może im odebrać prawo opowiadania swoim pociechom różnych fascynujących historii. A wtedy zawsze jest pokusa, że jeszcze bardziej będą one dumne jeżeli ukaże się to drukiem.
Okładka przyciąga uwagę, zachwycają mnie ilustracje bo jest ich dużo (choć są chwilami ciut mroczne, może dlatego że tylko czarno-białe), od razu zaznaczmy że to dopiero początek pewnej historii, będzie jej ciąg dalszy. A fabuła?
sobota, 3 lutego 2024
Biznes od kuchni, czyli na nowej drodze życia
Jeśli ktoś marzy o zajęciu wygodnego teatralnego fotela, by oczekiwać na rozpoczęcie się spektaklu, to będzie zaskoczony. Tu jest inaczej niż w typowej sztuce i trzeba na jakiś czas zapomnieć o wcielaniu się w rolę widza – wygodną fotelem, intymną i anonimową ciemnością przygaszonych świateł. W jaki sposób skutecznie zintegrować grupę gości teatralnych wie dobrze Diana Karamon – autorka i reżyserka spektaklu „Biznes od kuchni”.
Niebanalnie i zaskakująco – tak jest od samego początku. Szybko, radośnie, głośno, dynamicznie. Temu, kto zliczy aktorów pierwszej sceny – chylę czoła. Oficjalnie jest ich czworo, ale do końca spektaklu można mieć wrażenie, że i kilku, i nawet kilkudziesięciu.
Upiory spacerują nad Wartą - Ryszard Ćwirlej, czyli czekiści mogliby się od naszych chłopaków wiele nauczyć
Wirus grypy sprawił, że ostatnie dni nie miałem sił na nic, przysypiałem i chyba jedynie audiobooki dawały mi trochę radości. Co prawda z gorączką i trochę odlatując, wciąż musiałem się cofać, bo coś mi uciekało, ale to i tak lepsze niż czytanie, gdy po jednej stronie już zamykają ci się oczy.
Na początek Ćwirlej. I w dodatku jak się okazuje sam początek serii "milicyjnej". Miałem już do czynienia z tymi bohaterami, których autor doprowadził aż do czasów współczesnych, ale to właśnie te pierwsze części, których akcja dzieje się jeszcze w PRL, są dla mnie najciekawsze. Miesza się tu bowiem śledztwo prowadzone przez zespół milicjantów z Komendy Wojewódzkiej MO z Poznania, z atmosferą lat 80, gdy wszystko było na kartki, trzeba to było wystać w kolejkach. Polacy sobie jednak radzili i ten wisielczy humor na najlepszy ustrój na świecie, uchwycony został tu naprawdę trafnie.
Sama praca milicjantów też wygląda zupełnie inaczej niż współcześnie, no bo kto dziś wyobraża sobie picie w pracy, wymuszanie częstowania alkoholem w trakcie pracy w terenie... Ćwirlej stworzył ciekawą galerię postaci, z chorążym Olkiewiczem, starym ubekiem, który dołączył do ich zespołu, na czele. To główne on jest prowodyrem picia i szuka do tego nawet najmniejszej okazji, niespecjalnie angażując się w pracę. Kapitan Marcinkowski nie ma specjalnie z niego pożytku, ale też nie ma za bardzo jak się go pozbyć, daje mu więc jakieś mniej znaczące zadania.












