środa, 12 lutego 2020

Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko, czyli błądzić podobno jest rzeczą ludzką


Przy lekturze "Tokio Biografia" wydawało mi się, że brakuje jakichś ram i że jest zbyt wiele informacji? No to teraz mam coś odwrotnego - pomysłowo nakreślone ramy (raptem 10 rozdziałów i hasła typu: wojna) i naprawdę niewielka ilość przykładów, które miałyby udowadniać tezy autora. To nie znaczy, że nie znalazłby więcej - on specjalnie zdecydował się na humorystyczny ton, na to by swoje argumenty przekazywać poprzez jakieś anegdoty. Dzięki temu czyta się to (albo słucha tego jak w moim przypadku) w tempie błyskawicznym. Ciężar tych historii jest taki, że nawet niespecjalnie mamy ochotę rozwijać swoją wiedzę na ich temat - te skrótowce jak najbardziej wystarczają, a że po kilku miesiącach pewnie o nich zapomnimy to już inna rzecz.
Ważne żebyśmy zapamiętali główną tezę, tzn. nie popełniali błędów swoich poprzedników, starali się sprawdzać różne źródła, myśleli samodzielnie i nie podejmowali decyzji w oparciu o emocje. Bo to najszybsza droga na to by spieprzyć wszystko. A jak pokazują te historie, czasem nawet niewielkie czyny pojedynczych ludzi mogą mieć ogromny wpływ na losy całych narodów lub nawet cywilizacji (jak w przypadku choćby wynalezienie freonu).

wtorek, 11 lutego 2020

Kuchnia Caroline, czyli... gra pozorów


Carolina Mortimer to ulubiona kucharka Wielkiej Brytanii. W swojej kuchni nagrywa programy kulinarne, które przynoszą jej sławę, są bramą do błyskotliwej kariery, zapewniają uznanie, wzięcie. Wyjątkowy dom z taką kuchnią, wyjątkowy program, wyjątkowa Caroline. Celebrytka. Sławna, bogata, uwielbiana, a w dodatku piękna kobieta. Obiekt zazdrości. Ma wszystko. Bogatego, kochającego ją męża, syna, który ukończył studia z wyróżnieniem, fortunę przynoszą książki kulinarne jej autorstwa. Caroline - uśmiech na ustach, luz w ruchach, błyskotliwe dialogi… a potem gasną światła lamp, ustaje praca kamer, ekipa telewizyjna idzie do domu i zostają tylko najbliżsi…
I gdyby Caroline skupiła się tylko na mieszaniu składników potraw wszystko byłoby dobrze, ale ona poszła kilka razy o krok za daleko, dodała do tego udanego życia o jeden kieliszek alkoholu za dużo, a to pociągnęło za sobą lawinę zdarzeń, których konsekwencji nikt się nie spodziewał.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Tokio. Biografia - Stephen Mansfield, czyli politycy, inżynierowie i mieszkańcy

Powoli opadają we mnie emocje Oscarowe, pewnie będę w lutym pisał o tym czego nie zdążyłem zobaczyć lub opisać. Poza podwójnym nominowaniem i nagradzaniem dla Parasite, jestem raczej zadowolony. I wygrzebując się z notek filmowych wracam wreszcie do książek. Czytam sporo, ale niestety równolegle, co potem wydłuża finalizację spotkania z danym tytułem (bo akurat pod ręką inny). I staram się, żeby zawsze na tapecie był jakiś reportaż. Te z serii Mundus się kilkukrotnie sprawdziły. "Tokio. Biografia" też nie rozczarowała, choć spodziewałem się chyba czegoś troszkę innego - więcej współczesności, ludzi, problemów społecznych, wyjątkowych rozwiązań. Tymczasem najwięcej jest tu historii, a w gęstej sieci wydarzeń trochę gubi się samo miasto z jego tkanką, granicami, zmianami. Topografia, geologia, różne kataklizmy pojawiają się, znikają, władze raz stawiają na reformy, to znów od nich odchodzą, a to wszystko wpływa w ogromny sposób na to jak wygląda życie w mieście.
Mansfield zebrał ogromną ilość danych, więc wyróżnić w tym tekście jakieś charakterystyczne punkty odniesienia wcale nie jest łatwo, a całości się nie zapamięta. Nie wiem czy komuś znającemu miasto byłoby łatwiej. Zabytki, jakieś charakterystyczne cechy Tokio, ważne dla kraju postacie, przelatują niczym w kalejdoskopie. I to chyba mój jedyny problem z tym reportażem - to nie jest lekka gawęda, z której wiele informacji byś zapamiętał, cieszył się, że klocki jakie układasz są znajome i łatwo ci z nimi idzie.

niedziela, 9 lutego 2020

Jojo Rabbit, czyli dobry i zły czas dla bycia nazistą

Nie wiem czy Akademia będzie na tyle odważna, by przyznać nagrody tej produkcji, ale to naprawdę rzecz zaskakująca i niebanalna. Może nie aż tak kontrowersyjna jak się o niej mówi, ale i tak może być zaskoczeniem. Groteską o nazistowskich Niemczech? To byłoby pewnie do przełknięcia. Ale opowiadanie tej historii z punktu widzenia 10-letniego chłopca, który do końca uważa, że Hitler, który jest jego idolem i doradza mu jako wyimaginowany towarzysz, może nie wszystkim się spodobać.
Film Waititiego balansuje pomiędzy powagą i absurdem. Widzisz debilnych gestapowców i się śmiejesz, ale przy cywilach, którym rozdaje się broń, by bronili miasta, choć niby to sceny potencjalnie zabawne, już wcale nie jest do śmiechu.

sobota, 8 lutego 2020

Gorący temat, czyli temperatury jednak nie czuć

Po obejrzeniu "Na cały głos" miałem już jakąś wizję Rogera Ailesa, wielkiego wizjonera w świecie mediów, politycznego zwierzęcia, konserwatysty i apodyktycznego dupka, w dodatku molestującego kobiety. "Gorący temat" nie jest więc dla mnie jakimś zaskoczeniem, chyba że z tych niemiłych - że można człowieka takiego formatu sprowadzić jedynie do tematu wykorzystywania, do portretu żałosnego, stetryczałego dziadka.
No dobra, można tłumaczyć twórców, że nie zajmowali się tym razem nim, a skupili się na jego ofiarach, które miały odwagę się mu przeciwstawić. Mam jednak wrażenie, że nawet tego wątku nie do końca wykorzystano. Batalia o to, by przedstawić pierwszą oskarżającą go kobietę, szukanie nowych świadków, presja i zastraszanie - można by się spodziewać jakiegoś napięcia dramatów, a tymczasem oglądanie "Gorącego tematu" to raczej dotykanie jakiejś zimnej ryby. Nie powaliły mnie ani kreacje aktorskie, ani scenariusz. Szkoda więc - serial mnie trochę wkurzał jednostronnością, ale czuć w nim było emocje, walkę o prawdę. Tu nawet walka nie jest o prawdę, a jedynie o kasę.

piątek, 7 lutego 2020

Wielka samotność - Kristin Hannah, czyli miłość i ból

Przy Słowiku pisałem już z pewnym zdziwieniem o swoich odczuciach: z jednej strony niby nic wielkiego, trochę infantylne i proste, ale za serducho potrafi złapać. I to samo praktycznie mogę powtórzyć przy kolejnej powieści Kristin Hannah. O ile unikam raczej powieści obyczajowych, to ona potrafi wzruszyć, sprawić że przejmujesz się losem bohaterów, choć czujesz w jakim kierunku ta historia będzie się rozwijać.
Przyznaję, że spodziewałem się tego iż więcej miejsca poświęci ona wojnie w Wietnamie i traumom jakie miałby wywieźć stamtąd ojciec Leni, czyli głównej bohaterki. Nie dowiemy się jednak prawie nic, oprócz ogólnikowego: wrócił inny, a koszmary nie dawały mu spać, wywoływały rozdrażnienie. Tak naprawdę podejrzewam, że Ernt już wcześniej nosił w sobie iskrę ciemności, którą wyczuwali rodzice matki Leni, nie akceptując jej wybranka. A może chodziło jedynie o to w jakim kierunku ją ciągnął? Wszak to czas hippisów, wolności i beztroski. Po co myśleć poważnie o przyszłości, studiach, pracy, skoro można wiecznie żyć z dnia na dzień, zrzucając winę za swoje niepowodzenia na innych i na los.
Ernt znalazł sposób na to, że wciąż wyrzucają go z pracy, że żona i córka żyją w mieście widząc dookoła ludzi, którym się lepiej powodzi. Wywiezie je do dziczy, gdzie udowodni im, że jest w stanie się nimi zaopiekować, a one przestaną myśleć o luksusach. Dla 13 letniej dziewczyny wyprawa na Alaskę to musiał być jakiś kosmos. Kochała jednak matkę, nie miała wyjścia, a jedynie nadzieję, że tam będzie lepiej...

Historia małżeńska, czyli nie może być wygranego


Ależ się cieszę, że w Netfixie ktoś uwierzył w ten projekt i stworzono tak kameralny, a mimo to chwytający za gardło dramat. I tym bardziej się cieszę, że zauważono go przy nominacjach oscarowych. Pewnie nie wygra, chyba że za role aktorskie lub za scenariusz. Zasługuje, szczególnie Scarlett Johansson, ale konkurencja spora w tym roku.
Rozwód nigdy nie należy do rzeczy przyjemnych, a gdy jeszcze w centrum jest dorastające dziecko, z którym każde z rodziców chce utrzymywać kontakt, jest szczególnie trudno. Po seansie "Historii..." dodajmy jeszcze: gdy wtrącą się prawnicy, to już będzie jazda bez trzymanki - wydrenuje portfele, a i tak nikt nie będzie do końca zadowolony z wyroku.

czwartek, 6 lutego 2020

Czas kobiet - Jelena Czyżowa, czyli dla niej to wszystko...


Samotna kobieta dzieckiem, dziś może nie dziwi i tuż po wojnie też pewnie nie dziwiło, choć wtedy na pewno było trudniej. Państwo dawało pracę, jakiś kąt do spania, pieniędzy na podstawowe potrzeby, gdy dziecko dorastało był żłobek, przedszkole, szkoła... Więziami mało kto się przejmował, ten zimny chów uważano iż może nawet przysłużyć się temu iż przyszły obywatel nie będzie maminsynkiem. W takich realiach Jelena Czyżowa umieściła fabułę swojej powieści. Bohaterka, to prosta kobieta, nie potrafiąca się rozpychać łokciami w życiu. Jej córka, oczko w głowie jest niema i główną obawą Antoniny jest to, że jeżeli się to wyda, państwo ją wyśle do jakiegoś ośrodka, rozdzielą je na długi czas. Miała szczęście, że mieszkające razem z nią w tym samym mieszkaniu trzy starsze panie, rozumieją jej lęk, wspierają ją i opiekują się małą. I to jak opiekują - dbają by znała literaturę, muzykę, teatr, uczą francuskiego, a nawet w tajemnicy przed matką dziewczynkę ochrzciły. Choć Związek Radziecki odebrał im tak wiele i skazał je na ciasnotę kwaterunkowego mieszkanka, im do życia nie potrzeba już wiele, za cel postawiły sobie wychowanie swojej podopiecznej.

środa, 5 lutego 2020

Ella Fitzgerald, czyli cóż za głos

Mała przerwa w filmach nominowanych do Oscarów, a mimo to, że uzbierało się sporo książek przeczytanych, znowu filmowo, bo jesteśmy tuż po premierze filmu "Just one of those things". Filmy dokumentalne niestety u nas długo na ekranach nie goszczą, jeżeli więc ktoś jest zainteresowany, musi się spieszyć. I polecam, nawet jeżeli ktoś nie przepada za jazzem, bo to dobra historia i muzyka, którą się można zachwycić.
Ella Fitzgerald nazywana pierwszą damą piosenki, królową jazzu, a przecież tak mało brakowało, żeby nie dostała szansy od losu. Jak wiele innych dzieciaków afroamerykańskich żyła w nędzy, tańczyła za kilka centów na ulicy, nie miała jednak nic do stracenia, więc zgłosiła się na konkurs talentów w Apollo Theatre w Harlemie. Miała raptem 15 lat. I chwilę później wyruszyła w swoją pierwszą trasę koncertową, która zapoczątkowała trwającą blisko 6 dekad przygodę ze scenę.

Małe kobietki, czyli to samo życie, siostro

Znalezione obrazy dla zapytania: małe kobietki"
Przy takich seansach w kinie, żałuje się tego, że nikt jeszcze wpadł na pomysł by podawać widzom gorące kakao. Klasyka powieści, kino pełną gębą kostiumowe, bez udziwnień i prób uwspółcześniania, świetna mieszanka humoru i wzruszenia, a do tego bardzo fajne role kobiece (bo mężczyźni mnie tu raczej drażnili). Greta Gerwig (tak to ta od Lady Bird) zrobiła adaptację, która nie nudzi, jest żywa, ma dobre tempo, a do tego w ciekawy sposób wybrzmiewają w niej refleksje na temat roli kobiet, ich walki o to by układać swoje życie samodzielnie, nie według oczekiwać innych.
Film przesympatyczny, ciepły, mimo swoich dramatycznych momentów, wywołujący uśmiech na twarzy, spodoba się pewnie bardziej kobietom niż mężczyznom, ale to już kwestia tego co się lubi - walk, akcji, zwrotów akcji tu nie znajdziecie. 

wtorek, 4 lutego 2020

Emigracja - Malcolm XD, czyli chyba lepiej słuchać niż czytać

Dzięki wykupieniu konta premium na Empiku ostatnie miesiące to mój powrót do audiobooków - niby oferta nie jest nieograniczona, ale póki co wciąż znajduję sporo tytułów, które od jakiegoś czasu kusiły. Ja choćby Malcolm X. Zetknąłem się z jego tekstami w necie, a powieść, choć moim zdaniem nie ma takiej siły rażenia jak miniaturki, okazała się całkiem przyjemną rzeczą. Zabawną, ale trochę trafnych obserwacji też można tu znaleźć. I nie chodzi jedynie o obrazki z emigracji, czy z naszych miasteczek posiadających do 19999 mieszkańców, a na przykład to jak obecne pokolenia 20 latków postrzegają swoją rzeczywistość, ile w nich frustracji i marnowania szans. A może - patrząc na historie głównego bohatera i jego przyjaciół - należałoby stwierdzić: na błędach się uczą i będą mądrzejsi? Starzy raczej niewiele mogą im pomóc (przynajmniej im się tak wydaje), młodzi chętnie rzucają się na wariackie plany, a jak czasem wrócą z podkulonym ogonem, no to się przecież nic nie stało, prawda? W końcu to obowiązek rodziców wspierać swoje dzieci, skoro nie bardzo radzą sobie z samodzielnością. Wiele rzeczy potrafią, ale chyba to co najlepiej im wychodzi to zabawa i ładowanie się w kłopoty. Kto by tam ciężko pracował latami, skoro lepiej kombinować, wciąż szukać czego nowego, lepszego.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Richard Jewell, czyli ty się nie liczysz

Coś marnie mi idzie nadrabianie zaległości z nominowanymi do Oscarów. Do Irlandczyka podchodzę jak do jeża, na kilka czekam na pokazy przedpremierowe (niezawodne kina jak Atlantic, czy Wisła), ale dziś za to wpadłem na pokaz najnowszej produkcji staruszka Eastwooda. I choć uważam, że ostatnie jego produkcje są co najwyżej średnie, doceniam fakt iż wciąż szuka nowych historii do opowiadania. Na swój sposób, czasem wzruszając, czasem odrobinę bawiąc, próbując pokazać jakiś problem społeczny, ale przede wszystkim prawdziwych ludzi, relacje między nimi, które są ważniejsze niż podziały, niż rasy, niż system, oskarżenia itp. Przyjaźń, życzliwość, zaufanie. Skoro kraj i świat straciły z oczu to co ważne, to 89-letni reżyser będzie uparcie na swój sposób o tym przypominał. A bohaterstwo, choć ma może chwile sławy, ma też ogromną cenę i wiąże się z nim czasem ogromna samotność.

Oglądanie "Richarda Jewella" nie da nam jakichś wielkich emocji i zaskoczeń, nie da też wielkich przeżyć artystycznych i poczucia, że mamy do czynienia z czymś świeżym. To produkcja dość w klasycznym stylu, chwilami nawet przewidywalna. Czy to jednak sprawia, że ogląda się ją bez przyjemności? Na pewno nie.

sobota, 1 lutego 2020

Dwóch Papieży, czyli do tańca i różańca

Ciąg dalszy notek przedoscarowych. Netlix w tym roku ma całkiem sporo swoich produkcji wśród nominowanych i tym samym udowadnia, że warto inwestować w projekty, które na pozór nie noszą znamion popularności. "Dwóch Papieży" jest tego świetnym dowodem. Odpuśćmy sobie wszelkie dyskusje na temat tego filmu, czy zawiera prawdę o obu bohaterach - choć sugeruje on przebieg pewnych wydarzeń, przecież nikt nie mówi, że jest to biografia. Fernando Meirelles snuje swoją własną opowieść, zderzając nie tylko dwa różne charaktery i sposoby patrzenia na życie, ale i dając komentarz do zmian zachodzących w Kościele. Rozumiem, że niektórych drażni to, że bardziej sympatycznie wypada tu postać papieża Franciszka, a film sugeruje, że po czasach kryzysu wizerunkowego i afer Watykanu, przyszły wreszcie dobre reformy. Zaakceptujemy to, że twórcy mają prawdo do własnych ocen i odczuć i nie ma co się wkurzać na to, że opowiadając o fikcyjnym spotkaniu kardynała Bergoglio i Benedykta XVI jednoznacznie głoszą pochwałę tego pierwszego. Warto jednak docenić scenariusz, który pozwala fantastycznie rozgrywać ich "potyczki" intelektualne i duchowe. Siłą tej produkcji jest właśnie pokazanie obu postaci jako ludzi wiary, mających wątpliwości, słabości, ale rozumiejących też, że nie mogą polegać jedynie na sobie i własnym osądzie, szukają znaków, odpowiedzi, są otwarci na to co daje im ich Nauczyciel. I że nawet jeżeli się nie rozumieją, nie zgadzają, to ten który ich powołał jest ten sam.