Takie książki powinny stanowić część jakiego kanonu lektur, nie tylko dla młodych, ale i dla dorosłych. Nie ma bowiem nic lepszego na różne chore idee o tym jak to "Polska tylko dla Polaków", jak lepsze poznanie tych "innych", o których czasem wolimy nie pamiętać że są inni. Udajemy że mamy wspólną historię, wspólne wspomnienia, tradycje, tak samo myślimy, mówimy... Owszem, wiele nas łączy, żyjemy w tym samym kraju, ale poznanie tych różnic jest bardzo ważne, zwłaszcza że tak wiele zła już doświadczyły w przeszłości te rodziny od tych, którzy walczyli "z innymi". Wystarczyło czasem inne nazwisko, czasem wyczuwalny akcent, jakieś naleciałości, a czasem po prostu to, że ktoś zamiast do kościoła chodził do cerkwi. Sąsiad, człowiek który żył od dziesiątek lat w tej samej wsi, może się w niej urodził, nagle okazywał się niewystarczająco dobry, gorszy od tych, którzy może sprowadzili się tu przed rokiem czy dwoma...
To nie było też tak, że tak było zawsze, ale w historii czasem pojawiały się takie chwile, gdy nagle takie głosy i nastroje zyskiwały na popularności, gdy wskazanie "wroga" uważano za panaceum na wszystkie problemy. Czasem zawinił polityk, czasem może duchowny, który to wspierał, potem wystarczała jakaś plotka, obmowa, oskarżenie i nawet nie ważne było ile w tym prawdy, bo łatwiej było uwierzyć "swojemu".
"Kamienie musiały polecieć" zawiera sporo takich historii, rozpoczynając od historii rodzinnych samej autorki, która zaczęła grzebać we wspomnieniach bliskich i w dokumentach. Nie chodzi jednak tu o samą próbę upomnienia się o prawdę, o to by krzywdę wypowiedzieć na głos, przypomnieć o sprawiedliwości dla niewinnych ofiar. To co myślę ważniejsze co wybrzmiewa w tym reportażu to pokazanie jak potem łatwo buduje się narrację, która ma usprawiedliwiać wyrządzone zło - kradzieże, morderstwa, prześladowanie, donosy, jak wybiela się sprawców, jak zaciera się pamięć o ofiarach. W efekcie rzeczywiście można uzyskać prawie "czystą" wersję historii regionu, udając że nie ma na niej białych plam, nie działo się nic trudnego i bolesnego, chyba że z rąk Niemców lub Sowietów (bądź komunistów). Tymczasem często wkroczenie innej władzy było po prostu wykorzystywane jako pretekst, by "zrobić porządek" z sąsiadem, któremu się zazdrościło, a dodatkowo miał łatkę "ruskiego". Nagle zapominano ile lat żył wśród nich, ile pomagał, jakim był człowiekiem, ważniejsze stawały się plotki, że przecież nie swój, że kiedyś jego rodzina dostała ziemie po prawdziwych Polakach od cara, że trzeba to naprawić. I najlepiej własnymi rękoma.
To odkrywanie rodzinnych sekretów, faktów wokół postaci zamordowanego przez bandy Polaków dziadka, pewnie było bolesne dla samej autorki i to też się tu czuje. Nie tyle oskarża, ale ze zdziwieniem pyta: dlaczego? Jak było można?
Obecności społeczności białorusko-prawosławnej na obecnych ziemiach północno-wschodniej Polski trudno zaprzeczyć, wciąż jednak nie brakuje takich, którzy chcieliby o tym nie myśleć, widzą w nich agentów Łukaszenki, a o przeszłości w której wielokrotnie doświadczali oni różnych przykrości i krzywd, nie chcą słuchać. Bo nie daj Boże okazało by się, że uczestniczyli w tym ich dziadkowie albo rodzice. A to jednak trochę wstyd.
Może i ktoś powie: można by było napisać lepiej, mniej tkliwie, osobiście, mocniej, rzetelniej, bez takich emocji i rozdrabniania wątków rodzinnych, ale wiecie co. Dobrze że ten tytuł się pojawił. Bo jak pisze sama autorka, o wielu sprawach jakie porusza, dotąd raczej nie chciano opowiadać głośno, żeby nie narazić się na problemy. Narracja obowiązująca była taka, że różni wataszkowie, którym nawet władza komunistyczna sprzyjała, by wypchnąć na wschód jakiekolwiek mniejszości i mieć jednolitą populację, to wielcy bohaterowie, żołnierze wyklęci, a o ich cywilnych ofiarach, wśród których byli zarówno Białorusini czy Żydzi, starano się zapomnieć.
Dopóki nie nauczymy się wyciągać lekcji z historii, wyraźnie nazywać to co dobre i to co obrzydliwe, wciąż będziemy wpadać jako społeczeństwo w taką pułapkę, że jako bohaterstwo ktoś będzie uważał pobicie nastoletniej dziewczynki bo ma ciemniejszą skórę, mówi innym językiem albo chodzi do innej świątyni. Dobro rodzi dobro, zło rodzi zło, dbajmy więc by nie zamykać uszu, oczu na niesprawiedliwość, bo z niej nic dobrego nie rośnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz