niedziela, 16 sierpnia 2026

Szklany ogród - Tatiana Țîbuleac, czyli o tym co trudne można opowiadać w piekny sposób

Wśród masy kryminałów, thrillerów, które wiadomo że połyka się szybko i równie szybko zapomina pojawiają się wśród lektur takie tytuły, które może czyta się wolniej, ale smakują wybornie. I pamięta się o nich potem jeszcze długo. 

Na tegoroczny finał WOŚP udało zdobyć się dwie powieści Tatiany Țîbuleac z autografem (dzięki Książkowe Klimaty), przy okazji jedną z nich udało się przeczytać, na drugą (Lato gdy mama miała zielone oczy) jeszcze będę polował, bo opinie stawiają ją jeszcze wyżej. O ile wędrówki po mapie lub w realu, czytanie reportaży, może i dadzą jakąś możliwość poznania jakiegoś kraju, regionu, to spotkanie z literaturą daje nam coś jeszcze więcej. Tu często miesza się mentalność, teraźniejszość, historia, podejście do sąsiadów, kuchnia, kultura, język, tradycje... Szczególnie w przypadku mniejszych krajów, o których niewiele wiemy, myślę że to może być cenne doświadczenie. Mołdawia, bo w tym przypadku autorka pisze właśnie o tym miejscu, pojawia się w naszych mediach trochę przy okazji wpływów Rosji, polityki, niewiele jednak chyba wiemy na temat ich historii i problemów. 

Szklany ogród daje okazję do takiego przyjrzenia się trochę bliżej temu jak różne grupy etniczne mogły patrzeć na to co tam się działo. 



Bohaterką jest dziewczynka wykupiona przez jej przyszłą "mamę" z wiejskiego sierocińca. Jaskółka - w sierocińcu nauczona została języka rumuńskiego, ale by dokonać awansu społecznego musi nauczyć się rosyjskiego. To właśnie język będzie tu ważną osią w tej historii, na której wszystkie zdarzenia będą się układać, bo z nim będzie wiązał się nie tylko wysiłek, ale i trudność, bo to jednak nie jest twój język w jakim myślisz, tylko coś obcego do czego musisz się zmuszać. I mimo wysiłków, wciąż możesz być szykanowana, wytykana palcem i czuć się kimś gorszym. 

To opowieść o dorastaniu, pełne obrazów dzieciństwa na podwórku, na ulicy, nie zawsze wypełniona ciepłem rodzicielskim. Czasem tak bywa, że ktoś niby chce dla dziecka dobra, ale tak naprawdę traktuje je troszkę jako pomoc domową albo sposób na realizowanie własnych potrzeb.  

Tatiana Țîbuleac nie buduje przed nami spójnej, linearnej historii, raczej ofiarowuje rozsypane puzzle, które sami zbieramy. Sceny, zdarzenia, ale także myśli (szczególnie często powraca właśnie znaczenie słów w różnych językach), sny, zarówno małej dziewczynki, jak i dorosłej już kobiety, która ma szansę spojrzeć na relację ze swoją adopcyjną mamą. 

Kocioł narodowościowy, który trochę na siłę został stworzony (bo wielu ludzi nie miało wyboru), kipiący od emocji, konfliktów, pretensji i kompleksów, do tego kraj który powoli przechodzi transformację, próbuje odnaleźć własną tożsamość, być może odbierając jednocześnie prawo do własnej tożsamości niektórym grupom. Rosyjski miał być językiem elit, kariery, a mołdawsko-rumuński to mowa plebsu, który nic nie osiągnie i jest skazana na życie w biedzie. Gdy potem się to zmienia, pewien mętlik jaki może być w słownictwie może wydawać się jeszcze większy.


Niby trochę baśniowa, poetycka narracja, ale to raczej dość ponura opowieść, w której niewiele jest światła, radości i nadziei. 

Ciekawe!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz