środa, 13 grudnia 2017

Siła niższa - Marta Kisiel, czyli nowy dom i nowe problemy



Kontynuacja "Dożywocia", które w zadziwiający sposób zyskało status książki kultowej to kolejna porcja groteski, bardzo specyficznego humoru i klimatów paranormalnych, ale w bardzo swojski sposób oswojonych :) Tu nawet wywoływanie duchów z zaświatów przyprawia raczej o ból przepony, niż o dreszcz przerażenia. To chyba wszystko dlatego, że coraz bardziej przyzwyczajamy się do tej przedziwnej menażerii i dochodzimy do etapu gdy nic już nie dziwi. Jeżeli Lichotka, czyli dziwne domiszcze, które odziedziczył pisarz Konrad Romańczuk, miało klimat tajemnicy, domostwa, które w cudowny sposób mogło się "rozciągać", teraz będzie dużo bardziej "przyziemnie". 
Życie już takie jest, że czasem potrafi dać w kość i jeżeli na czas się nie otrząśniemy z depresyjnych nastrojów, będziemy wszystkim odbierać radość istnienia. Nie dość, że nowe domostwo jest ciasne, jest w nim dużo mniej miejsca, to i nagle okazuje się, że dusz do zamieszkiwania razem z Konradem się jakby namnaża w tempie zastraszającym.  
Wśród dawnych znajomych nie ma jedynie poety, ale i on powróci pod koniec powieści. Cała reszta inwentarza, czyli m.in. Licho (anioł o charakterze dużego dziecka), stado różowych królików, kotka, będą musieli się zmieścić pod dachem razem z Konradem i ich nowym gospodarzem, czyli Turu Brząszczykiem, facetem o wielkim sercu i wyglądzie dzikiego wikinga. Dorzućcie do tego jeszcze widma trzech żołnierzy Wermachtu ukrywających się na strychu. Mało? To może jeszcze jeden anioł do kompletu? Tak! Konrad odkrył, że nie on jeden na świecie posiada anioła stróża i dość nieroztropnie zgodził się na przyjęcie pod swój dach kolejnej istoty z niebios, jednak o jakże innym charakterze niż dobrotliwe Licho. Tsadkiel - anioł skromności i sprawiedliwości potrafi być tak upierdliwy i zasadniczy w próbach kierowania losem swoich podopiecznych, że wszystkich wprawia w załamanie nerwowe, kompleksy i totalną niemoc. 
To już wszyscy? Bynajmniej!

Wołyń. Bez litości - Piotr Tymiński, czyli na trzy fronty

Trochę czasu odkładałem lekturę tej książki, obawiając się, że na długie dni mnie zdołuje, przypomni różne obrazy zbrodni, które tak na świeżo mam po filmie Smarzowskiego. Nie byłem pewien w jakim kierunku autor pójdzie: dokumentowania okrucieństw, wyliczania kolejnych spalonych i wymordowanych wiosek, zarzucania czytelnika nazwami i datami. Nie da się przecież wokół takiej tragedii napisać historii, która miałaby w sobie lekkość przygody, pokazywałaby całe okrucieństwo, ale jednocześnie też pokazywała odwagę tych, którzy postanowili podjąć walkę w obronie swoich domów i ziemi. Nie da się? Kurcze, a Tymińskiemu mam wrażenie, że to właśnie się udało.

Rzeź wołyńska opisana jest tu z całym jej koszmarem, a jednocześnie te wydarzenia nabierają jakiejś zupełnie innej emocjonalnej barwy, gdy obserwujesz je oczami nie tylko niewinnych ofiar, ale również tych, którzy złapali za broń, polskiej samoobrony, nad którą z czasem dowództwo objęła Armia Krajowa. Każda walka, potyczka, każdy odparty atak UPA i ukraińskich band, staje się jakimś etapem formowania się oddziału, który choć nieliczny, stanowi dla wroga niełatwy orzech do zgryzienia. Obserwując jak ci młodzi (w większości) mężczyźni, którzy często stracili wszystko, z determinacją ruszają do walki, trudno nie czuć jakiejś dumy. Z gromady łapserdaków, stają się oddziałem partyzanckim, który potrafi realizować nawet najtrudniejsze misje. Jest w tym trochę z klimatów sensacyjno-przygodowych, bo też niektóre ich brawurowe akcje zawierają w sobie nawet wątek humorystyczny, gdy potrafią zaskoczyć przeciwnika mimo jego przewagi. Udało się więc połączyć grozę i realizm opisywanych zdarzeń, klimat tamtych miesięcy, emocje jakie buzowały w ludziach, z fabułą, która potrafi czytelnika wciągnąć.

wtorek, 12 grudnia 2017

Eternal Hunger - The Poisoned Hearts, czyli nie tylko dla nocnych marków

Co prawda dawno nie sięgałem po swoją kolekcję muzyczną sprzed lat, ale pisałem już chyba kilkukrotnie, że jakoś duży wpływ na moje gusta miały mroczne audycje Tomka Beksińskiego. Cold wave, wszystko co tajemnicze, gotyckie, fascynowało i choć dziś rzadziej siedzę w takich klimatach, sentyment pozostał. Gdy słyszę Sisters of Mercy (stare nagrania) to ciarki łażą po plecach.
Z radością więc poświęcam jedną z notek muzycznych dla młodej kapeli z Warszawy, która w tym roku pojawiło się na rynku muzycznym z EP-ką. The Poisoned Hearts - warto dać im szansę, odsłuchać, przekazać info o nich dalej, może kupić płytkę albo szukać koncertów. Słychać wyraźnie kim się fascynują, ale trzeba przyznać, że grają ciekawie i kto wie czy pełen materiał, gdyby dać im szansę nie dałby jeszcze więcej frajdy. Może nawet zdecydowaliby się nagrać coś po polsku?
Eternal Hunger to 5 numerów, dość wpadających w ucho, choć w mrocznych klimatach, dobrze nagranych, zaaranżowanych (jak na trio wcale nie brzmi to jakoś ubogo) - posłuchajcie sami.
https://darkpage.bandcamp.com/album/the-poisoned-hearts-the-eternal-hunger-ep

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Liga sprawiedliwości, czyli popcorn i migające obrazki

Pewnie w najbliższych dniach wypad rodzinny na Star Wars i przyznam, że najchętniej wszystkie inne blockbustery omijałbym z daleka. Tyle, że jednak córki trochę ciągną w tę stronę, czasem więc skuszony próbuję odnaleźć się w tych klimatach - najczęściej superbohaterskich. Wszystkie te komiksowe postacie bardziej mnie śmieszą niż kręcą pozytywnie, kolejnych produkcji filmowych też nie traktuję więc specjalnie poważnie. Jak dla mnie wystarczy, że akcja jakoś trzyma się kupy, da się rozkminić bez oglądania dwudziestu wcześniejszych produkcji, ma w sobie trochę humoru i nie jest zbyt bajkowata.

niedziela, 10 grudnia 2017

Gdy morze cichnie - Jørn Liera Horst, czyli jak ja lubię tego faceta

Horst już od dawna ma u mnie zapewniony czas na to, że przeczytany zostanie szybko. Wydawnictwo Smak Słowa powoli uzupełnia nasze zaległości wydając tomy zaległe (zostały już tylko dwa) o komisarzu Wistingu, a ja gdy tylko pojawia się coś nowego, nie mogę się powstrzymać od przełożenia tego na samą górę stosu. I wiecie co? Jeżeli nawet marudziłem przy tomach 1-2, to tym trzecim z kolei facet udowadnia, że potrzebował chwili na to by rozwinąć swoje pomysły i potem już jedynie trzymał równy poziom. Ci, którzy pamiętają "Jaskiniowca", który wydany u nas był jako pierwszy (tom 6), wiedzą o czym mówię. Wisting jest najlepszy gdy nie jest nieopierzonym policjantem, gdy może liczyć na kolegów z zespołu, ale i sam ma już spore doświadczenie. A do tej sprawy przyda ono mu się jak mało kiedy.

Wszystko zaczyna się tym razem bardzo dziwnie: przed apteką gdzie rozbito szybę znaleziono ciężko rannego mężczyznę, w tym samym czasie spłonął nieduży domek turystyczny, a następnego dnia znaleziono w zatoce opustoszałą żaglówkę - czy te trzy sprawy może coś łączyć? Przełożona komisarza twierdzi, że absolutnie nie i wcale nie zamierza słuchać jego próśb o dodatkowe siły do prowadzenia śledztwa.

#Wstydź się - Jon Ronson, czyli jakie masz prawo do osądzania


NIE CHCĘ SIĘ WSTYDZIĆ I NIE CHCĘ ZAWSTYDZAĆ
Wstyd. Uczucie znane każdemu. Niezbyt przyjemne. Za tym uczuciem kryje się napiętnowanie, strach, niekiedy śmierć. Ta książka jest o wstydzie, jest wnikliwą analizą tego pojęci. Opowiada jak odczuwają wstyd osoby napiętnowane, co czują osoby piętnujące. Jon Ronson ogląda wstyd z każdej strony. Opisuje jak przed wiekami karano za kłamstwa, oszustwa i inne przewinienia, których następstwem był wstyd; wstyd z obnażonej i odkrytej przewiny i wstyd w trakcie ponoszenia kary. Wstyd … za nim kryje się lęk i strach. Dla jednych. Bo pojęcie strachu potrafi mocno dotknąć i poturbować. Wstyd jednej osoby potrafi zrujnować życie nie tylko winowajcy , rozpływa się na najbliższych, kładzie się plamą na firmach, przedsiębiorstwach, niszczy tytuły.

sobota, 9 grudnia 2017

Ostatnia arystokratka - Evžen Boček, czyli dawniej to było lepiej

Coś na rozluźnienie. Ba, nawet mini cykl mi się zrobi na blogu - po dwóch morderstwach, teraz dwie trochę groteskowe historie o tym jak to życie potrafi czasem niespodziewanie obdarować niespodziankami (ciekawe czy zgadniecie jaka to książka z Polski skojarzyła mi się z Arystokratką).
W groteskowej powieści Evžena Bočka aż bije po oczach bardzo specyficzne podejście Czechów do arystokracji. Nie ma w nich za grosz jakiejś czołobitności, szacunku, podkreślania tradycji (ze wskazaniem na wielki dorobek kulturalny czy gospodarczy rodu) tak jak u nas. Dla nich cała szlachta to utracjusze, którzy mieli trochę szczęścia urodzić się w rodzinie, która miała pieniądze i majątek. A skoro panowie mieli dobrze, nie musieli się przejmować tym czy mają co włożyć do garnka, oczywiste, że przy nich całe gromady służby i pomocników mogły sobie żyć dostatnio. Gdy współcześnie w ręce potomków dawnych właścicieli trafiają zamki i pałace, ciekawość w narodzie jest ogromna, a za nią idzie również chęć przyjrzenia się temu jak żyją bogatsi, a może i uszczknięcia odrobiny tego majątku dla siebie. Szczególnie gdy trafia na Amerykanów, to nie może być nikt ubogi, prawda? Tymczasem ród Kostków to bardzo przeciętna rodzina ze Stanów i w żaden sposób nie byli przygotowani na dobrodziejstwo, które spadło im na głowy.

czwartek, 7 grudnia 2017

Zapach suszy - Tomasz Sekielski, czyli #jakbytunapisaćbestseller

Po pierwszym tomie "Sejfu" obiecywałem sobie kilkukrotnie, że sięgnę po kontynuację, ale wciąż jakoś nie było po drodze. Wpadło mi w ręce za to jego nowsze dziecko, czyli cykl "Susza". Znowu pierwszy tom trochę będzie rzutował pewnie na moją ocenę i na to, że po drugi wcale spieszyć się nie będę. I to aż dziwne, bo przecież thrillery, kryminały uwielbiam, a sama fabuła aż roi się od ciekawie rozpoczętych wątków, urwanych i wołających: co dalej!? Tylko, że z książkami Sekielskiego mam ten sam problem co z i głośno reklamowaną "Inwazją" Miłoszewskiego. To jest chwilami tak  toporne, że aż oczy bolą (albo uszy jak kto woli). Cholera, wydawałoby się dziennikarz, który ma już doświadczenie, obycie, powinien posiadać umiejętność przedstawienia historii bez uciekania się po żenujące sztuczki rodem z "Faktu" i programów "rozrywkowych" rodem z Polsatu. Nie czepiam się wyboru samych tematów, które ciągną fabułę (pedofilia, Kościół, handel kobietami, zmuszanie do prostytucji itp.), ale raczej o język jakim to jest napisane, sposób opisywania różnych scen.

Morderstwo w Hotelu Hilton, czyli jedyny sprawiedliwy


Kryminał z Egiptu, w którym ogrywa się schemat policjanta, który po raz pierwszy być może staje przed dylematami i próbuje być uczciwy - tak pewnie można by w skrócie opowiedzieć o "Morderstwie w Hotelu Hilton". W odróżnieniu jednak od masy filmów, w których z góry wiemy, że opowiadana historia jest jedynie rozrywką, jaką chcą nam zafundować twórcy, produkcja wyreżyserowana przez Tarika Saleha, niesie w sobie dużą porcję  dramatycznej prawdy o atmosferze życia w Egipcie tuż przed tzw. Wiosną ludów. Wszelkie schematyzmy, uproszczenia i porównania z innymi produkcjami kryminalnymi schodzą więc trochę na drugi plan, a my próbujemy wgryźć się w tę zadziwiający świat, pełen ogromnych różnic ekonomicznych, korupcji i przemocy. Policjant ma autentyczną władzę, o ile oczywiście nie tyka tych "wielkich".

wtorek, 5 grudnia 2017

Morderstwo w Orient Expressie, czyli herbatka zaledwie letnia

Z klasykami to zawsze trochę problem, bo jeżeli ekranizacje były już dokonywane i wyszły bardzo dobrze, czym zatem zaskoczyć widza? Można oczywiście zrobić kino akcji jak Guy Ritchie z Sherlockiem, ale z bohaterem Agathy Christie Herculesem Poirot wyszło by to raczej średnio. Można próbować przenieść akcję w czasy współczesne, kombinować w fabule...
Kenneth Branagh jednak podszedł do materiału tak, że chyba mało kogo zachwycił, czy zaskoczył, a jeżeli to drugie, to raczej na minus. Cała historia pozostała bez zmian, czasy również, ale już w charakterach różnych postaci, reżyser postanowił trochę zamieszać. Szczególnie w swojej. Stanął on bowiem nie tylko za kamerą, ale i przed nią (ciężko go nawet rozpoznać), tyle że wzbogacanie postaci słynnego detektywa o kaskaderskie sztuczki, raczej nie spodoba się jego fanom. Poirot słynie ze swoich niesamowitych wąsów, manier i umiejętności dedukcji, może dziwactw (niektórzy by powiedzieli natręctw), ale na pewno nie z tego, że bandytów by ganiał i łapał ich osobiście. Do tego dodajmy jeszcze pojawiający się wątek rasowy, którego w oryginale aż tak mocno nie podkreślano - niby nic, a jednak zmienia się przez to w naszym odbiorze sporo. Więcej czasu poświęcamy bowiem różnym porównaniom i zastanawianiu się: czy to był dobry pomysł, niż samej zagadce, która powinna przecież trzymać w napięciu.

Człowiek w przystępnej cenie - Urszula Jabłońska, czyli tai oznacza wolny

Gdy widzisz taką okładkę, już z góry spodziewasz się, że to reportaż, który łatwy i przyjemny nie będzie. Czytanie o krzywdzeniu, wykorzystywaniu innych, szczególnie nieletnich, zawsze sprawia, że człowiekowi zaciskają się ze złości pięście, w ustach czuje coraz większą gorycz, a w sercu rośnie wściekłość. 
Nawet tam gdzie handel własnym ciałem jest po prostu najlepszym sposobem na utrzymanie całej rodziny, gdy kobiet nikt do tego nie zmusza, a kusi je po prostu możliwość większych zarobków, czy możliwość znalezienie "opiekuna" z zagranicy, zawsze rodzą się pytania dlaczego tak właśnie jest i czy powinniśmy to akceptować.
Urszula Jabłońska pisze jednak nie tylko o tym co gdzieś być może kojarzymy z jakichś przekazów i opowieści z Tajlandii - o biznesie napędzanym przez mężczyzn (najczęściej już nie tak młodych), szukających "przygód i egzotyki". Okazuje się, że tytuł książki wcale nie jest przypadkowy, a handel ludźmi ma w tamtym regionie bardzo różne oblicza.

niedziela, 3 grudnia 2017

Lunatycy - Jan Favre, czyli młodzi, pełni marzeń...

Jan Favre. Być może ten pseudonim nikomu nic nie mówi, ale gdy doda się StayFly, wiele osób prędzej skojarzy jakieś przeczytane w sieci historyjki, pełne humoru, ale i jakiejś refleksji nad tym jak układa nam się czasem życie i relacje z innymi. Blog StayFly, profil na FB, który czyta blisko 20 tys. osób, masa osób, które mówią: chcemy więcej! Nic dziwnego, że przełożyło się to na próbę wyjścia naprzeciw oczekiwaniom. Bloger jednak nie poszedł na łatwiznę, zbierając to co już wisiało w sieci i wydając to z jakimś uzupełnieniem, ale napisał coś zupełnie nowego. I wydał to zupełnie sam. Tak. Cały proces wydawniczy, reklama i sprzedaż, to jego dzieło. Ryzykuje, ale ewentualna sprzedaż to będzie również jego sukces - chce przekonywać treścią, a nie reklamą, która z nią nie ma nic wspólnego. I dzieli się swoim doświadczeniem, pokazując, że najważniejsza jest pasja i pewność, że ma się coś do powiedzenia/pokazania. Jeżeli to jest, nie trzeba się oglądać na innych.
O czym jest ta książka? O życiu. Wściekaniu się na to, że się wyciągnęło gorszy los na loterii, żyje się w małym, szarym mieście, gdzie ludzie nie mają ani specjalnych perspektyw, a ich marzenia są bardzo przyziemne. Kombinowaniu jak by tu przetrwać kolejny tydzień z niewielkim zastrzykiem gotówki, a jednocześnie przynajmniej w weekend zabalować. O tym jak trudno czasem pogodzić perspektywy dorosłych i ludzi młodych, jak zupełnie są to inne światy. O pragnieniach by być kimś innym i o tym jak sukces może dać kopa w dupę, gdy nie jest się na niego przygotowanym.

sobota, 2 grudnia 2017

Turnus - Tomasz Łubieński, czyli jesteśmy tu jedynie turystami

Pamiętajcie, że ruszyła kolejne odsłona akcji rozdawania książek - 10 pozycji do wyboru. Każdy może coś tam sobie znaleźć (mam nadzieję). Dziś gościnnie i zabieram się za notkę o "Lunatykach".
R


Kiedy brałam do ręki niepozorną książkę „Turnus” zupełnie mi nieznanego pisarza Tomasza Łubieńskiego, widziałam tylko napis „…archipelagi …”. To seria Wydawnictwa WAB promująca polskich pisarzy, a kilka książek z tej serii czytałam. Miałam więc niemal pewność, że będzie literacko wartościowa. I tak jest. Nie jest jednak powiedziane, że będzie nam z autorem „po drodze”.
Przeczytałam jednak kilka akapitów i ta książka mnie wciągnęła jak ruchome piaski. Dosłownie. Język Łubieńskiego jest dla mnie jak poezja. Słowa płyną barwnie malując kolejne obrazy, pozwalają myślom bezkolizyjnie przenikać z jednej sfery do drugiej, cofają się do przeszłości, tworzą wspomnienia, kolejne opisy, kolejne zadumania. Krótkie zdania konkretnie zamykają myśli, a każdy akapit to mały archipelag myśli filozoficznej. Ale tej książki nie przeczytałam w jeden wieczór. To książka wymagająca. Nie ma w niej typowych dialogów, nie jest rozpisana na głosy, choć ma dwóch narratorów: Persi i Profesora.
Persi… to zdrobnienie od Persefony – bogini, władczyni świata podziemnego i opiekunki dusz zmarłych, nadane jej przez biuro podróży dla którego pracuje. Bo Persi jest rezydentką – opiekunką i przewodniczką polskich turystów po Krecie. Dziwna z niej przewodniczka … bo przy okazji opisów piękna Krety przede wszystkim oprowadza nas po swoim życiu. Snując barwny monolog o urokach wyspy, prowadzi nas równolegle swoim śladem z Podlasia do wielkiego świata. Kiedy wita kolejny turnus swoją gadaniną typową dla przewodników turystycznych i reklam, wydaje się być „dziewczyną z sąsiedztwa” w powiatowy miasteczku. Ot taką miłą, sympatyczną panienką, może nie najmądrzejszą. Jednak to tylko pozory… Historia jej życia jest jak historia Krety. Są w niej chwile dobre, ale i gorzkich też sporo. Mimo świadomości, że jest „dla ludzi” nie pozwala sobie na zbytnią poufałość. Dla niej każdy turnus jest do siebie podobny, turyści przylatują i odlatują, podobni do siebie… a ona pozostaje i dalej żyje swoje życie mądrzejsza o kolejne doświadczenia.
Jednak ten turnus będzie inny. Persi pozna na nim Profesora, który stanie się w książce drugim narratorem. Ten starszy mężczyzna, o którym niewiele wiadomo zaciekawi rezydentkę i odegra znaczącą rolę w jej życiu. Będą się spotykali wieczorami w małej kawiarence, nawiążą nić sympatii i bliskości. Skrajnie różni, a jednak stworzą międzypokoleniowe porozumienie i razem wyruszą na szczyt Psiloritos. Profesor wielokrotnie był na Krecie i kocha tę wyspę. Kocha też góry. Persi pomoże wejść na szczyt sędziwemu mężczyźnie. Może to jego ostatnia wyprawa … Taki jest plan? Czy okaże się, że ona, młoda i energiczna będzie przewodniczką po życiu, a on – dojrzały starszy człowiek – przewodnikiem po śmierci?
Ta książka nie jest jednak opowieścią o relacjach Persefony i Profesora. Przynajmniej nie tylko. Jest jedynie kanwą dla rozważań i refleksji o kondycji naszego świata współczesnego, o zmieniających się społeczeństwach, o pamięci historycznej i sprawach ostatecznych. A to wszystko prześlicznie plecie słowami Tomasz Łubieński, łącząc sielankowe obrazy wyspy z jej często niełatwą historią od antyku do czasów współczesnych. Cóż z tego, że plaże tam złote, a wąwozy kwieciste kiedy jednocześnie jej ziemia zbroczona jest krwią zabitych, kiedy pełna jest duchów tubylców.
Trudno się dziwić, że mieszkając na tej wyspie większą część roku, witając i żegnając kolejne turnusy turystów, Persefona z Podlasia stwierdzi, że żyjemy tylko przez ten jeden „turnus” na ziemi … „Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami …” - stwierdzi Persi. A potem po raz kolejny powita na lotnisku nowy turnus rodaków…
Polecam
MaGa