Trochę wykorzystując popularność serialu 1670 i obśmiewanie Sarmatów z ich największymi kutasami (a co!) autor postanowił wydać publikację, która obiecywała trochę coś czego nie do końca potem udało się zrealizować. No bo co to znaczy: zmierzyć się z czarną legendą złotego wieku? Czyżby autor zamierzał udowodnić, że to co zwykle opowiada się o XVII-XVIII wieku, rosnącej roli szlachty, osłabianiu państwa i powolnej anarchii, samowoli, które zjadały Rzeczpospolitą, nie były prawdą? Oczywiście żarty z doszukiwania się przodków w dalekiej przeszłości i zbytnie go zadzieranie nosa, czasem idą tak daleko, że zapomina się o tym iż Polska naprawdę była w tym okresie potęgą, cieszyła się względnym spokojem, swobodami obywatelskimi (i tolerancją religijną) a szlachta pozostawiła po sobie masę dowodów na swoją wielkość. Czy jednak powiedzenie: nie przesadzajmy z tym ośmieszaniem facetów w żupanach, wystarczy by powiedzieć: oto obaliłem czarną legendę i wszystko jest cacy? Autor musiałby dostarczyć dowodów na to, iż wiele faktów wskazywanych na potwierdzenie zaprzaństwa, rozrzutności, zaślepienia polskich szlachciców, nie mają potwierdzenia. A tego raczej nie jest w stanie zrobić. W sumie sam siebie określa jako popularyzatora historii, demaskatora mitów, opisywacza szurii i pseudonauki wszelakiej, raczej spodziewałbym się że weźmie się też do dekonstrukcji mitu o wielkości, braku krytycyzmu i wyjątkowości sarmackiej tożsamości, a nie do jej obrony.
Sarmatia jest więc podróżą w czasy gdy od XVI wieku zaczęły rosnąć wpływy szlachty, a kolejni władcy mieli przez nią coraz bardziej związane ręce, musząc liczyć się z ich głosami. Podróżą ciekawą, ale trudno powiedzieć że wielce odkrywczą. To zbiór faktów, ciekawostek, które dają pewien obraz zarówno jasnych stron epoki, jak i tych ciemniejszych.
Autor nie mitologizuje, ale też nie dąży do strącania pomników, po prostu stara się opowiedzieć o pewnych sprawach, które mogły na czarną legendę wpływać, tłumaczy, podaje fakty, a czasem sugeruje gdzie mogła pojawić się nadinterpretacja pewnych wydarzeń. Wiadomo przecież że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a będąc dokładniejszym na naszą ocenę składają się nie tylko fakty, ale i to jak je chcemy je widzieć. Dobrym przykładem jest tu np. trochę wcześniejszy konflikt króla i biskupa, który dla jednych jest dowodem zbrodni na świętym, a dla drugich raczej zasłużoną karą dla zdrajcy, która potem przez Kościół została zamieniona na legendę o wstrętnym monarsze.
U Wójcika właśnie takich faktów trochę znajdziecie - począwszy od słynnego Liberum Veto, czyli pokazania nam okoliczności w jakich poseł Władysław Siciński po raz pierwszy zerwał obrady sejmu. Spokojnie pisze o wydarzeniach, wskazuje na źródła, cytuje i pokazuje konkretne postacie, zdarzenia, dokumenty, decyzje, a to my jako czytelnicy mamy ostatecznie dokonać ich oceny. Najczęściej pewnie będzie ona zgodna z zamierzeniem autora: ta szlachta wcale nie była taka zła i z postawy niektórych nie powinno się wyciągać wniosków rozciągniętych na całą grupę. Nie omija się tu jednak również tego co dokonywało się jakby w tle i miało wpływ na całe społeczeństwo - np. rosnąca rola reformacji a tym samym i nietolerancji, ksenofobii, obniżanie poziomu edukacji (przynajmniej tej krajowej).
Czyta się to dobrze, sporo ilustracji umila lekturę, nie traktujcie tego jednak jako opracowania historyka, dogłębnej analizy, ale raczej jako gawędę o idei, która zdaniem autora wpływała na świadomość Polaków przez wieki, a pewne jej osiągnięcia jak nacisk na wolność, obywatelskość, tolerancję religijną, są niesłusznie od niej odcinane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz